sobota, 2 listopada 2019

Spontaneous Live Series - Live in Dragon 2019 is still striking!


Jesienna edycja Spontaneous Live Series, realizowanego przez poznański Klub Dragon i Trybunę Muzyki Spontanicznej cyklu koncertowego, wkracza w decydującą fazę. W tej części serii bywalcy Dragona mieli okazję zobaczyć już koncerty Spinifex, Tatvamasi, Jorge Torrecillas Ensemble, a także kilka dni temu francuskiego perkusisty Petera Orinsa, który zagrał set solowy oraz duet z poznańskim saksofonistą i klarnecistą Michałem Giżyckim. Do końca serii pozostały jeszcze cztery wydarzenia, w tym jedno, które nie było anonsowane w momencie startu tej edycji.

12 listopada w Poznaniu zagra polsko-duńskie trio Witold Oleszak (fortepian), Tomo Jacobson (kontrabas) i Peter Ole Jørgensen (perkusja). Poznań będzie jednym z przystanków na krótkiej trasie koncertowej formacji, która rozpocznie się występem w Alchemii, w ramach 14. Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Koncert tria w Poznaniu poprzedzi set solowy Jacobsona, który ma w dorobku niebywałą, dwunastoczęściową serię solowych nagrań, rejestrowaną w roku 2017 miesiąc po miesiącu i w takim cyklu wydawaną własnym sumptem, każda w nakładzie 25 sztuk.




Nim trio Oleszak/ Jacobson/ Jørgensen zagra w Krakowie, potem w Bielsku Białej i wreszcie w Poznaniu, już 2 listopada w Kopenhadze wystąpi jako kwartet, albowiem z dwoma Polakami i Duńczykiem zagra saksofonistka Laura Taxvaerd. W jak doskonałej formie artystycznej są od dłuższego dwaj Polacy, przekonać się można słuchając nagrań zamieszczonych poniżej.


Trzy dni po koncercie w/w tria, w piątek 15 listopada w Dragonie zagra Bomb. To w pełni już skandynawskie (nawet szwedzkie) trio, to Ola Paulson na saksofonie, Anders Lindsjö nas gitarze basowej oraz Anders Uddeskog na perkusji. Ten pierwszy, to m.in. właściciel bardzo ciekawego labelu Konvoj Records. Muzycy Bomb tak udanie potrafią pisać o sobie, iż nie pozostaje nam nic innego, jak ich zacytować:

„Bomb to laboratorium - poligon doświadczalny dla dźwięków i postaw muzycznych, przestrzeń interakcji między różnymi perspektywami i doświadczeniami. Celem (jeśli istnieje) jest znalezienie nieoczekiwanych, być może niesprawdzonych do tej pory, sposobów i nowych podejść w kontekście muzyki improwizowanej (... bla, bla, bla). Jest to jednak przede wszystkim niekończący się eksperyment - dokładny wynik jest stałym przypuszczeniem”.




W subiektywnej opinii organizatorów, Bomb może być prawdziwym czarnym koniem jesiennej części Spontaneous Live Series. By posmakować, czego spodziewać się można po Szwedach, warto kliknąć w poniższy link.


Po kolejnych dwunastu dniach, we środę 27 listopada zagra w Dragonie nowa formacja z udziałem Matsa Gustafssona, The End. Znów w pełni skandynawska załoga, która zdaje się gwarantować dużo emocji i konstruktywnego noise’ free jazzu - Kjetil Møster (The Core) na saksofonie barytonowym, tenorowym i elektronice, gitarzysta barytonowy Anders Hana (MoHa!, Ultralyd, Noxagt), perkusista Børge Fjordheim (Cloroform) oraz wokalistka Sofia Jernberg. Sam Gustafsson zagra na saksofonie barytonowym i elektronice.




Ich bezkompromisowy debiut wydany przez RareNoise "Svårmod Och Vemod Ęr Värdesinnen" (tytuł, którego przybliżone tłumaczenie ze szwedzkiego na angielski, można by określić jako „mroczną melancholię i smutek to zmysły, które należy docenić”), jest potężną dawką energii o sile młota kowalskiego.


Tegoroczny cykl Spontaneous Live Series zakończy koncert przedstawicieli młodej, polskiej sceny improwizowanej – gitarzysty Pawła Doskocza i perkusisty Wojtka Kurka. Muzycy dobrze już znani dragonowej publiczności, w tej stosunkowo nowej konfiguracji personalnej, są zdolni poważnie zaskoczyć. Na ich koncert zapraszamy w sobotę 4 grudnia.


poniedziałek, 28 października 2019

Gussoni! Magliocchi! Northover! The Sea Of Frogs!


Gdzie duch niezapomnianego Johna Stevensa najintensywniej czuwa nad rozwojem swobodnej improwizacji? Zapewne w Zjednoczonym Królestwie, ale jak się okazuje, nie pierwszy już raz, motyw włoski też warty jest w tym kontekście podkreślenia. Co zresztą Trybuna, naczelny organ pamięci o światowym dorobku Spontaneous Music Ensemble, dostrzega i od czasu do czasu werbalnie akcentuje.

Perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi, po rodzicach zdecydowanie jest Włochem, ale od lat swe muzyczne aktywności realizuje głównie na wyspie, ulokowanej geograficznie powyżej Kanału Le Manche. A każdym kolejnym swym nagraniem daje powód, by zaliczać go do grona ważkich kontynuatorów artystycznej spuścizny Johna Stevensa.

Dziś pochylimy się nad wydawnictwem, na którym towarzyszy mu jego niemal stały partner, saksofonista Adrian Northover, a trzyosobowy skład domyka flecista Bruno Gussoni. Całość dzieje się na koncercie we … włoskiej Genui. Pięć, a w zasadzie sześć swobodnych improwizacji, trzy pierwsze w trio, trzy kolejne w uzupełniających się duetach – łącznie 47 minut i 36 sekund. Całość zwie się The Sea Of Frogs, a wydawcą jest grecki netlabel Plus Timbre (uwaga, jak każda jego edycja, muzyka jest dostępna bez dodatkowych opłat, ale jedynie w wersji elektronicznej!).




Krawędziowy drumming, pełen niuansów i szczegółów, małe, zwinne, kocie ruchy – Marcello w całej swojej krasie! Obok sopran Adriana, tu w konwencji molekularnej improwizacji, tkanej z mikroelementów dźwięku, bodaj najbliższy wężowym przebiegom Trevora Wattsa, jakie ten zwykł czynić wieki temu u boku Johna Stevensa – master class! Flet Bruno, bardziej osadzony w klimatach chamber, ale w takim towarzystwie, gotowy do fermentowania od pierwszej sekundy koncertu. Wstęp trwa nieco ponad trzy minuty, jest równie dynamiczny, co zadziorny, ma zrobić wrażenie na odbiorcy i tak też się dzieje. Druga improwizacja budzi się perkusjonalnym intro – dzwonki, małe talerze. Oba dęciaki wchodzą bardzo wysokimi i niezwykle czystymi pasażami, świetnie kontrastującymi brud percussion. Cisza, skupienie, zdrowy swąd wyzwolonej kameralistyki i nadaktywny drumming – doskonały melanż! Zmysłowy rezonans talerzy, zdobiony sonorystyką fletu i skaczącego do nieba sopranu. Na finał części ptasia symfonia wyłącznie pięknych dźwięków. Trzecia trzyosobowa konstelacja – sopran, choć to niemal niewykonalne, skacze jeszcze wyżej, flet szumi, perkusjonalia przekomarzają się z ciszą. Narracja wydaje się lekka jak piórko, jednocześnie, co chwila narusza nasz wewnętrzny spokój zmyślnym zadziorem akustycznym. Potrafi bystrze narastać, by po chwili spaść na sam dół i refleksyjnie skowyczeć. Na finał odrobina kipieli w wąskich tubach, taneczne dialogi i nieustająca moc urody pojedynczego dźwięku.

Koncert przechodzi w fazę duetów. Najpierw sopran i flet z wyraźnym zamiarem odbycia całkiem sonorystycznej wycieczki. Głaskanie ciszy, szum suchego powietrza, tuż potem szybki skok w gęstwinę interakcji i dramaturgicznych punktów zwrotnych. Narracja momentami przybiera bardziej intensywne rozmiary niż ta poprzednia, w trio. Dużo zdarzeń w jednostce czasu – piękne imitacje, kompulsywne dialogi. Free impro chamber’ kingdom! Na finał cisza, partycja prychania, szumy, świsty, ptasie (żabie?) przekomarzania. Piąty, ostatni trak, to dwa kolejne duety. Sopran i perkusja – taniec prawdziwie wyzwolonych kreacji. Saksofon znów ciągnie bardzo wysoko, na bazie drżących z emocji krawędzi werbla. Bardzo dynamiczna, ekspresyjna opowieść, niemal free jazzowa, z akcentami wręcz hałaśliwymi. Gdy muzycy gubią moc, wchodzą w mantryczny taniec komunikacji zupełnej. Brawo! Po chwili oklasków duet finałowy – spokojny, wytłumiony flet i szczoteczki perkusyjne. Aktywnie, pod ramię z ciszą! Marcello dominuje, Bruno tańczy tuż obok i jest mu z tym bardzo dobrze. Ostatnie dźwięki, to niemal wyłącznie akustyczny, piękny szum, który zdobi dochodzący z oddali dźwięk … kumkających żab!


środa, 23 października 2019

Spinifex! Soufifex! ‎


Dzika, australijska trawa w nazwie, energetyczna muzyka free & punk jazz na wymiętej z emocji pięciolinii, tamże zgrabne melodie, czasami nawet do tańca, dalekowschodnie inspiracje, nie tylko semickie i genialny warsztat muzyczny – oto międzynarodowy sekstet Spinifex, którego poprzednią płytą mieliśmy okazję zachwycać się na tych łamach prawie dwa lata temu.

Nowa płyta zwie się Soufifex (TryTone, CD 2019), a za jej nagranie (studio w belgijskim Gent, dokładnie rok temu) odpowiada taka oto wataha, w większości świetnie nam znanych, muzyków z Niemiec, USA, Belgii, Holandii i Portugalii. A zatem: Tobias Klein – saksofon altowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Philipp Moser – perkusja, Jasper Stadhouders – gitara elektryczna, John Dikeman – saksofon tenorowy i Bart Maris – trąbka. Siedem kompozycji (pięć autorstwa własnego, jedna autorstwa muzyka ze wschodu, jedna zaś, to trawestacja utworu tradycyjnego, też z tamtego rejonu świata), 63 minuty i 23 sekundy. Zapinamy pasy, napinamy mięśnie i startujemy!




Confrerie. Marszowy, śpiewny temat, podany bardzo rozchełstanym unisono, zadziorny, już na wejściu pięknie eksponujący saksofon tenorowy, który potrzebuje kilku sekund by wpaść w artystyczną konwulsję. Przestrzeń foniczna zdaje się nie mieć tu ograniczeń, albowiem mimo niezłej kipieli w tubie tenoru, cała reszta nie przestaje podawać tematu nagrania. Na chwilę milknie, by zaraz z nim powrócić i podkreślić komentarzem jakość wypowiedzi głównej. Narracja, choć w dużej mierze toczona z kartki, wcale nie ogranicza poziomu kreatywności muzyków, nie tłumi ich temperamentu. Eksplozja goni tu eksplozję, każdy z muzyków dokłada to ognia cząstkę siebie i czyni całość niezwykle śpiewną, ale też niebywale gęstą i intensywną.

Drinks & Logistics. Rzewne, semickie intro na alcie koi rany po eskapadzie otwarcia. Wysoko, aż po nieboskłon. Potem muzycy rysują temat, pozornie spokojny, silnie naznaczony zapachem murów Jerozolimy. Zornowska Masada, wersja rockowa – notuje recenzent, na potrzeby tych, którzy potrzebują drogowskazów. Wysokich tonów nie brakuje też trąbce, a całość opowieści pięknie rozpływa się w kolektywnej improwizacji. Sekcja rytmiczna trzyma całość w ryzach, pionizuje opowieść, która przypomina gatunkowy melting pot. Co za emocje!?!

Zarbi Owj. Kolejne semickie akcenty, wschodni temat, rytm tryska na wszystkie strony – dance, dance, dance! Potem sprawy bierze w swoje ręce gitarzysta i buduje zmysłową bazę z post-rockowym sznytem, na tle której wszystkie dostępne na scenie dęciaki gnają na zmysłowe zatracenie. Muzycy wspaniale panują nad dramaturgią całości. W ogniu swobodnych improwizacji, idealnie w punkt, potrafią powrócić do tematu głównego i kilkukrotnie z gracją strawestować go. Kolejna partycja tej pieśni zbudowana zostaje na linii niezwykle dynamicznej gitary basowej. Saksofon daje kolejną świetną zmianę, a temat nagrania powraca jak mantra.

AHAP. Za wprowadzenie w kolejny temat odpowiada nostalgicznie nastrojowa trąbka. Czar ujmującego smutku wisi nad nami, a sekcja rysuje wyważone pętle, nikt nigdzie się nie śpieszy. Narracja nabiera dynamiki pod światłym przewodnictwem trębacza. Ostre zęby szczerzą też gitarzysta, basista i drummer. Saksofony pięknie komentują zastaną sytuację. Jest też moment solowej ekspozycji perkusji, także z komentarzem instrumentów dętych.

Unnecessary Lines. Ruszamy w najdłuższą, ponad 13 minutową podróż! Rozpoczynamy ją w ciszy basowych pomruków, szmerze suchych tub, szumie cienkich strun gitary. Narracja nadyma się jak budyń, pęcznieje i rozbłyska całkowicie wyzwoloną improwizacją. Gitara snuje się wokół saksofonowych podmuchów. Temat utworu podany zostaje dopiero po 9 minutach – ekspozycja budowana na dynamicznej linii basu. Tańce i głośne śpiewy zdają się nie mieć końca. Gitara rządzi do ostatniej sekundy!

Marifa. Trąbka na ostro, pogłos basu, cisza pośród pozostałych instrumentów. Temat rusza na bazie basowych sekwencji, a powtarzany jest niemal w nieskończoność – jednocześnie melodyjny i zadziorny. Potem alt zaczyna swoją arię, którą opiera na dynamice sekcji rytmicznej. Znów powraca zmysłowa semickość, a linia basu pędzi jednym akordem. Po chwili, przy wsparciu perkusji, bas ma także swoje, bardzo wyzwolone expo. Rockową niemalże kipiel zwinnie gasi … gitarowe spowolnienie.

Dikri. Pieśń zamknięcia, traditional song, rytm na raz, grany bardzo kolektywnie, rockowe, bezceremonialne bum bum. Dancingowa narracja z prawdziwie punkowym wdziękiem. Dęciaki śpiewają, what a game! Tenor znów błyszczy, jak w pieśni otwarcia. W międzyczasie drobne, ale wyraziste solo drummerskie. Reszta bystrze kontrapunktuje, by na ostatniej prostej znów zagrać… bum bum.


poniedziałek, 21 października 2019

Lencastre’ Brothers! Lopes! Leblanc in Lisbon! Rodrigues with Cirera! The Portuguese impro is still in heaven!


Płyty z muzyką improwizowaną z naszego ulubionego końca Europy, wietrznej i słonecznej Portugalii, dość obficie pojawiały się w redakcyjnych odtwarzaczach w trakcie ostatnich kilku tygodni. Zatem bez zbędnych wstępów przystępujemy do ich wnikliwego omówienia. Sześć płyt, pięć z nich zarejestrowanych w Portugalii, jedna w Holandii, muzycy z różnych zakątków świata, ale oczywiście Portugalczycy w istotnej przewadze liczebnej. Nie zabraknie naszego ulubionego katalońskiego saksofonisty, jego brazylijskiego kolegi, a także pewnej równie cenionej, kanadyjskiej pianistki. Do dzieła!




José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert  ‎Spirit In Spirit Live At Zaal 100  (FMR Records, CD 2019)

Naszą portugalską podróż zaczynamy w … Amsterdamie i świetnie nam znanym klubie Zaal 100. Na scenie José Lencastre na saksofonie altowym i jego holenderscy przyjaciele - Raoul Van der Weide na kontrabasie (jak zawsze wspomaganym dodatkowymi urządzeniami) i Onno Govaert na perkusji. Koncertowy Duch w Duchu potrwa niespełna 40 minut, składa się z sześciu części opatrzonych tytułami, a zarejestrowany został niemal dokładnie rok temu.

Koncert zaczyna się dość wysokimi, wręcz piskliwymi dźwiękami – frywolne pizzicato, świst rezonujących talerzy drummerskich, repetujący, filigranowy alt. Skupiona, niebanalna opowieść zanurzona w jazzowej estetyce, silnie naznaczona piętnem dalece swobodnej improwizacji. Najzwinniejszy perkusista tej części świata, zawsze grający w punkt, równie wyrazisty kontrabasista, który zawsze potrafi zaskoczyć niebanalnym dźwiękiem, wreszcie lekki jak pawie pióro, alcista kolorysta. Już w 3 minucie ten pierwszy ma krótką ekspozycję solową, która unerwia krwioobieg improwizacji. Swoje trzy grosze dokłada quasi elektronika podpięta pod struny kontrabasu. Podobnie czyni swobodny alt, który od czasu do czasu brudzi swoje brzmienie. Piękną pieśń otwarcia puentuje solowa opowieść kontrabasu z komentarzem drummerskim.

Kolejne opowieści, jakby drobne epizody doskonale wyseparowane z większej całości (koncert w rzeczywistości trwał niemal 80 minut), to małe perełki free improv, która zna całą historię open jazzu od jego zarania. Druga część zaczyna się w rezonującej ciszy, by po pewnym czasie osiągnąć stan zwiewnej taneczności (brawo alt!), po raz kolejny, acz nie ostatni, podkreślając świetny poziom komunikacji w obrębie tria. Trzecią opowieść ciągnie kontrabas z perkusją, alt często operuje tu ciszą, milknie w dobrych momentach, świetnie budując dramaturgię całości. Ostatnią rzeczą, jaką można zatem powiedzieć o grze Lencastre, to konstatacja, iż wydaje on zbyt dużo dźwięków. W kolejnym epizodzie do gry w większej skali wchodzi zmysłowy smyczek Raoula. Kompresowany bystrym drummingiem i kontrapunktowany śpiewnym, wysokim altem, czyni ten odcinek jednym z najpiękniejszych na płycie. W piątej części kontrabasista sięga po coś, co brzmi jak mały flet, dzięki czemu cała narracja nabiera nowych, świeżych barw. Gdy powraca ze smykiem, cała opowieść najpierw zyskuje na dynamice, a po chwili zmysłowo ją traci. Wreszcie pieśń finałowa, wyważona, być może najspokojniejsza – smyczek, cichy alt, przyczajona perkusja, wszystko w kolektywnej podróży w kierunku finałowego dźwięku koncertu. Na ostatniej prostej bystre pizzicato kontrabasu i skrzeczący, z podziwu nad efektem całości, saksofon altowy.




João Lencastre  ‎Parallel Realities (FMR Records, CD 2019)

Czas na drugiego z braci Lencastre, perkusistę João. Definitywnie, i już do końca dzisiejszej opowieści, przenosimy się do pięknej Lizbony. Kwintet, którym dowodzi João zwie się Parallel Realities i proponuje nagranie z grudnia ubiegłego roku, pod takim właśnie tytułem. Wtedy to, w studiu Timbuktu, zameldowali się także: Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym, Rodrigo Pinheiro na fortepianie, João Hasselberg na basie, kontrabasie i elektronice oraz Pedro Branco na gitarze (dodajmy, iż na okładce widnieją nazwiska wszystkich muzyków). Osiem części (kompozycji, improwizacji predefiniowanych – tego jedynie się domyślamy), 52 minuty i 53 sekundy.

Nagranie budzi się do życia w głuchej, brzęczącej ciepłem amplifikatora, ciszy, w okolicznościach elektroakustycznego szumu pierwszych dźwięków. Szczypta gitarowego ambientu, sucha tuba saksofonu, skupiony, drobny drumming, minimalistyczne i repetytywne piano. Całość ciekawie narasta i przekształca się w … spokojną balladę, rodzaj open jazzu z elektronicznymi inkrustacjami. Długa, dziesięciominutowa pieśń otwarcia gaśnie przy miłym dla ucha ambiencie gitary. Druga odsłona skrzy się elektroakustycznie, zdaje się być znacznie żwawsza, z płynnym piano i śpiewnym saksofonem sopranowym. Narrację buduje mnogość dźwięków i moc jedynie dobrych interakcji pomiędzy muzykami. Swoboda improwizacji budzi szacunek, z pewnością jednak niektóre jej elementy były wcześniej zapisane w nieistniejącym scenariuszu. Dobrą zmianę ponownie daje gitarzysta, którego ekspozycja smakuje post-rockiem przyprawionym odrobiną psychodelii. Nie próżnuje też elektronika, a całość dostarcza nam sporo tzw. fake sounds, dźwięków, które udają … inne dźwięki. Nie brakuje też ognistych fraz roztańczonego sopranu. Trzecią opowieść zaczyna właśnie Cirera, ale preparacjom poddaje już saksofon tenorowy. Reszta muzyków podłącza się po 45 sekundach i rysuje coś na kształt jazzowej ballady, która jednak permanentnie fermentuje dzięki zmyślnym zabiegom katalońskiego saksofonisty. Po czasie za gęsty flow tej akurat opowieści odpowiedzialność biorą wszyscy muzycy. Te same atrybuty możemy śmiało przypisać czwartej części, na dobre słowo zasługuje w niej także pianista i ponownie gitarzysta.

Piąta część startuje wyjątkowo kolektywnie, z dużą porcją emocji, ładnie wystudzonej saksofonem w roli głównej. Szósta historia stawia na preparacje, a w tym niecnym dziele biorą udział wszyscy muzycy. Po fazie wstępnej, narracja przechodzi w długą, wielobarwną, ale i zmysłowo wystudzoną część, którą komentuje post-ambient z pojedynczymi akordami piana. Na finał muzycy znajdują jeszcze dość sił, by zwinnie pogalopować – ognisty saksofon i bystra gitara wieńczą najdłuższy, niemal 14 minutowy, z pewnością najciekawszy fragment płyty. Dwa ostatnie epizody na krążku, to niemal miniatury. Pierwsza, choć kolektywna, toczy się pod dyktando perkusji, druga stawia na mroczny i przepiękny chaos całkowicie wyswobodzonej improwizacji. Finał płyty stawia istotnie wartościową kropkę nad ”i”. Brawo!




João Lencastre's Communion 3  Song(s) Of Hope  (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w obecności drugiego z braci Lencastre, perkusisty João i sięgamy do formacji Communion 3. Bezdyskusyjnie zasłużyliśmy na chwilę dramaturgicznego oddechu! Perkusiście, który incydentalnie skorzysta także z syntezatora analogowego, w okolicznościach studyjnych Timbuktu (marzec bieżącego roku) towarzyszą – norweski kontrabasista Eivind Opsvik oraz amerykański pianista Jacob Sacks. Odsłuch dziesięciu kompozycji (!) – sześciu lidera i czterech jak najbardziej kolektywnych – zajmie nam 42 minuty bez dwóch sekund.

Pieśni Nadziei, to w pełni kolektywna, dobrze skomunikowana, budowana w oparciu o przygotowane kompozycje, dość swobodna … improwizacja, czyli to, co na tych łamach lubimy najbardziej. Określenie open jazz też winno być w trakcie tej introdukcji wskazane, jako kierunek poznawczy. Narracja budowana przez skupiony, bardzo precyzyjny drumming, czyste, zwinne piano z wieloma klasycyzującymi ornamentami, and last but not least, kontrabas, zatopiony w otwartej przestrzeni narracji, wyrazisty, zdolny samodzielnie prowadzić opowieść bez narażania jej na mielizny dramaturgiczne. Przestrzeń, duch wolności, skrupulatność i duże porcje zadumy, szczęśliwie bardzo dalekie od nudy, którą zwykliśmy kojarzyć z monachijskim ECM.

Wskażmy najbardziej wartościowe momenty tej historii. Szczególnie udany zdaje się być odcinek pierwszy, niemal 10 minutowy, świetnie wprowadzający nas w szczegóły. W drugim warto zawiesić ucho na zabrudzonym tembrem smyka na strunach kontrabasu i pianem, które buduje opowieść z mikro fraz wprost z klawiatury. Także narracja piątej opowieści zgrabnie wisi na zmysłowym smyczku, a pikanterii całości nadaje skromna, syntezatorowa inkrustacja perkusisty. W kolejnej części usłyszeć można także drobinki dźwięków budowanych z wykorzystaniem prądu, a dodatkowo garść nostalgii i bardzo efektownego drummingu w ramach puenty. Siódma część pachnie barokowym smutkiem, a pianista znów stawia na minimalizm, jako ulubioną metodę twórczą. Wreszcie finałowa opowieść, ze smykiem, który złowieszczo syczy, budując przy tym zwinne chamber. Piękny finał niemal relaksującej płyty, przynajmniej w obliczu tego, co słuchaliśmy parę chwil temu i tego, co usłyszymy w drugiej części dzisiejszej zbiorówki.




Luís Lopes  Love Song: Post-Ruins (Shhpuma, CD 2019)

Nim znów uderzymy w mocne tony, jeszcze jedna nieco stonowana opowieść, choć estetycznie daleka od poprzedniej. Okoliczności koncertowe, nawet teatralne i one man show – Luis Lopes na gitarze elektrycznej, w ramach kontynuacji cyklu solowych występów pod tytułem własnym Love Song, tu nazwanej dodatkowo … Post-Ruins. Nagranie z roku 2016 z Teatro Maria Matos trwa 37 i pół minuty.

Pojedynczy akord, szum i garść ciszy, pierwsze stadium minimalizmu. Potem akord podwójny, może nawet potrójny. Step by step w opowieści Lopesa jakby przybywało dźwięków, ale narracja toczy się w wyjątkowo żółwim tempie. W 6 minucie mały rezonans basowy na prawej flance, a w tle życie sali koncertowej/ teatralnej rozkwita – ktoś oddycha, inny szeleści włosami, małe akcenty pogłosu, mikro pulsacje na gryfie.

Od mniej więcej 12 minuty gitarowa narracja nabiera pewnej płynności, obok brzęczy amplifikator, wciąż wszakże akcje dźwiękowe ubogacane są antraktami maksymalnie wyciszonej zadumy. W 21 minucie, na krótki moment, narracja nabiera post-rockowej zadziorności, zakleszcza się w zmysłowej gęstwinie powolnych dźwięków. Po 25 minucie następuje dystyngowany powrót do aktywnego minimalizmu. W 28 minucie recenzent odnotowuje ciekawe, basowe pulsary, które rezonująco wybrzmiewają. Po 30 minucie muzyk już zdecydowanie zarządza odwrót – proponuje smukłe meta ballady, budowane z dużą oszczędnością sił i środków. Gaszenie płomienia koncertu czynione jest pojedynczymi dźwiękami.




Leblanc/ Gibson/ Vicente/ Mira/ Ferreira Lopes ‎ Double On The Brim (atrito-afeito, CD 2019)

Po krótkim odpoczynku, czas wrócić do ognistej muzyki. Free jazz pełną gębą, pięknie zatopiony w tradycji gatunku, nawet hard-bopowego, proponuje nam kwintet pod nieśmiałym przewodnictwem kanadyjskiej pianistki Karoline Leblanc, której wydawnictwa, sygnowane nazwą własnego labelu, są stałym gościem tych łamów. A towarzystwo dobrała sobie pianistka doprawdy wyśmienite – Yedo Gibson na saksofonach, Luís Vicente na trąbce, Miguel Mira na wiolonczeli i Paulo J Ferreira Lopes na perkusji. Nagranie z Namouche Studio, z lutego br., składa się z sześciu części, a trwa 58 minut i 42 sekundy.

Już pierwsze dźwięki nagrania mówią nam wszystko to, co winniśmy wiedzieć o intencjach muzyków – strong jazz, bardzo swobodna, masywnie podawana narracja, która brzmi jak temat, który zostaje natychmiast i po wielokroć rozimprowizowany. Kolektywizm, moc i gracja, a u stóp muzyków leży cała historia wolnego jazzu. Gęsta opowieść, co chwila zdobiona solowymi, krótkimi ekspozycjami, które barwią opowieść w takim tempie, iż recenzent nie nadąża z odnotowywaniem wszystkich ważnych epizodów. Ostra jak brzytwa sekcja rytmiczna z wiolonczelą, która nieustannie kąsa, saksofon i trąbka rozstawione na przeciwległych flankach, cios za cios! Brudne, szorstkie brzmienie wszystkich instrumentów, jakbyśmy nie spotkali muzyków w najlepiej brzmiącym studiu całego zachodniego Półwyspu Iberyjskiego, a raczej w przydrożnej oberży. Druga część próbuje przez moment tłumić emocje po obu stronach nieistniejącej sceny. Szczypta nostalgii, oczekiwanie na płomień życia. Nie trwa ono zbyt długo – kolektywna jazda zaczyna się już po niedługiej chwili. Odnotujmy świetny komentarz wiolonczeli wypuszczonej na smyku, tu w towarzystwie bystrego expo pianisty. W 9 minucie muzycy podejmują pierwszą próbę szukania ciszy – piękny dialog saksofonu sopranowego i wspomnianej wiolonczeli, jakże bystra imitacja! Po chwili cały … kwartet wpada jednak do ognia (z Gibsonem na czele!), a milczenie zachowuje jedynie trębacz.

Trzecia historia, to skromne, wyciszone interludium, pełne niebezpiecznego smutku. Czwartą część otwiera Mira, Gibson preparuje, a Karoline używa tylko czarnych klawiszy. Wreszcie Vicente przerywa wielominutowe milczenie i wgryza się w narrację, niczym doświadczony borsuk. Brawo! Piąta część płyty startuje bardzo kolektywnie, z saksofonem tenorowym, jako głównym zaborcą czasoprzestrzeni. Znów kwintet połyka czas na pełnym gazie. Ostre piano, kanciaste dialogi saksofonu i trąbki, krew leje się strumieniami. Muzycy zdają się być w tej free jazzowej jatce dramaturgicznie przewidywalni, ale jakość ich reakcji i solowych ekspozycji znamionuje klasę światową. Ta uwaga tyczy się przede wszystkim brazylijskiego saksofonisty. Yedo, what a game! Czas na pieśń finałową – bystra free narracja budowana na rozgrzanym do czerwoności smyku wiolonczeli. Dęciaki pięknie preparują na dużej dynamice. Na finał fortepianowe fajerwerki, galopada sekcji i czyste szaleństwo w tubie saksofonu! Jego gorące podmuchy wieńczą tę niezwykle energetyczną podróż w znane-nieznane.




Ernesto Rodrigues/ Albert Cirera/ Rodrigo Pinheiro/ Carlos Santos  Three Phases ① White (Creative Sources, CD 2018)

Na naszą wyimaginowaną scenę powracają Albert Cirera (tym razem tylko saksofon tenorowy) i Rodrigo Pinheiro na fortepianie, a dołączają do nich przedstawiciele starszego pokolenia portugalskich improwizatorów – Ernesto Rodrigues na altówce i Carlos Santos – field recordings i elektronika … fal radiowych. Koncert z O'Culto da Ajuda, kwiecień 2018 roku. Jeden trak, prawie 42 minuty.

Suche frazy zaspanych jeszcze instrumentów, akordy z klawiszy, prychy tuby, liczenie strun w niemal zupełnej ciszy, okruchy świergoczącego field recordings, jakbyśmy odbywali właśnie spacer po wiosennej łące. Skromne preparacje, pojękiwanie naciąganych małym palcem strun, cykady tańczące za oknem – classical silent free improv from Creative Sources! Molekularna, niezwykle skupiona narracja – fale radiowe szeleszczą na wietrze, tuba saksofonu drży, podobnie jak pudło rezonansowe fortepianu. Trzy pięknie brzmiące instrumenty akustyczne i żyjące w stanie ciągłej zmiany field-recordingowe tło, jakże zmysłowa koegzystencja.

Pierwsza próba wyjścia ze strefy ciszy ma miejsce w 11 minucie, czyniona jest z inicjatywy pianisty, z akcentami klasycznego piękna brzmienia altówki. Pod koniec pierwszego kwadransa muzyka rozbrzmiewa pełnią niemal filharmoniczną (świetna akustyka pomieszczenia!), by po ułamku sekundy powrócić do tłumionego minimalizmu, zdobionego partycją fake sounds – saksofon brzmi jak perkusja, altówka jak huragan chrząszczy, klawisze fortepianu niczym rozstrojona gitara, a wokół śpiewają ptaki elektroniki. W kolejnym etapie, znów odrobina żwawszej narracji, tu za przyczyną Cirery i Pinheiro, którzy sieją nieustanny ferment. Po 27 minucie na chwilę opowieść robi się naprawdę głośna! Nawet Ernesto, zwykle chłodny w reakcjach scenicznych, tryska emocjami! Po 33 minucie każdy z muzyków dokłada coś nowego do palety dźwiękowej - kreacja muzyków buzuje, a nasze uszy tańczą z radości. Preparacje, stylizacje, emanacje – nie ma chwili nudy w tym strumieniu dźwiękowym! Pod koniec nagrania, na moment, elektronika przejmuje władanie sceną, śląc posuwiste pulsary energii. Po 40 minucie wszyscy jednak, z należytą pieczołowitością, przystępują do gaszenia płomienia opowieści. Czynią to po mistrzowsku, aż do ostatniego dźwięku.

piątek, 18 października 2019

Dan Philips Quartet and Light At Depth!


Recenzja sporządzona na potrzeby portalu polish-jazz i tamże pierwotnie opublikowana some weeks ago.


Amerykański kwartet z polskim akcentem proponuje podróż po zakamarkach swobodnie kreowanego fussion jazzu, udowadniając przy okazji istotnie ważną tezę, iż w muzyce improwizowanej najważniejsza jest dobra komunikacja, poparta odpowiednim poziomem kreatywności artystów.





Nagranie Light At Depth otwiera łagodne intro, budowane przez fortepian i kontrabas traktowany techniką arco. Kolejnym krokiem jest wejście spokojnej gitary, którą wspiera szelest talerzy. Opowieść otwarcia tkana jest niezwykle skrupulatnie, a elementem, który tworzy dramaturgię wydarzeń jest niewątpliwie Pabian i jego kontrabas. Muzyk burzy, narzucająca się mimowolnie po lekturze instrumentarium wykorzystanego na płycie, estetykę typowego fussion jazzu. Pierwszy utwór zdaje się być balladą, która szuka pretekstu do wybuchu emocji. Po 5 minucie repetujący kontrabas i rozgrzewająca się gitarą zaczynają budzić nadzieję na kolejne udane fragmenty płyty. Drugą kompozycję (za nieparzyste odpowiada Philips, za pozostałe cały kwartet i mają one nieco bardziej swobodną formę) otwiera gitara tańcząca z werblem. Syntezator kreśli plamy, kontrabas snuje niebanalny pasaż pizzicato. Muzycy bardzo umiejętnie wchodzą w improwizowany rozgardiasz. Całość smakuje fussion jazzem, niemniej kontrabas i perkusja czynią tu dużo nieoczywistych rzeczy, co podnosi jakość narracji w sposób krytyczny. Dynamika, energia, jakże oświecony kolektywizm! Jakby na podkreślenie słów recenzenta, w 5 minucie muzycy zwinnie wyhamowują i rozlewają się czterema bardzo swobodnymi improwizacjami, które pozostają wszakże ze sobą w bliskich relacjach. Po kilkudziesięciu sekundach znów bardzo kolektywnie łapią dynamikę. Prym wiedzie tu Baker, który wpada w zmysłowy rezonans, podczas gdy gitara i perkusja snują na boku nowy wątek. Brzmienie całości zdaje się być nieco zabrudzone, mało selektywne, co w tym akurat wypadku dodaje niewątpliwego uroku temu specyficznemu fake fussion.

Trzecia kompozycja startuje gitarowo-perkusyjną introdukcją, która szybko wchodzi w stan narracji właściwej dzięki bystrym plamom syntezatora i ciekawej, prowadzonej na froncie ekspozycji kontrabasu. Wszystko nieśpiesznie, stylowo, bardzo swobodnie budowane. Swoim zwyczajem kwartet w mgnieniu oka nabiera dynamiki, a po 5 minucie łapie także zmyślny rytm. Soliści na flankach (Baker i Philips) płyną dość separatywnie, sekcja samym środkiem łapie zaś funkowego dryla! Power quartet z mocą rockowego combo! Czwarty odcinek budzi się spokojnie – perkusyjne intro, plumkająca gitara. Pabian proponuje zwinnym pizzicato bardziej dynamiczną narrację. Rockowy nerw dopada muzyków. Udane momenty Philipsa i Bakera. Po wytłumieniu wszystkie dźwięki zlewają się do jednego, ambientowego strumienia, który zdobiony jest świetnym drummingiem.

W trakcie piątej kompozycji powraca fortepian, traktowany przez Bakera w tradycyjny sposób. Klimat buduje mała gitara i drżące talerze. Krok ku estetyce funk znów zdaje się być dobrym pomysłem. Moc rockowej ekspresji, z jazzem zaszytym pod skarpetkami.  Narracja nabiera wigoru i smaku, co w drugiej jej części potwierdza świetna współpraca kontrabasu i perkusji. Szósta opowieść i znów pulsuje sekcja – tańczą, jak koniki polne na zroszonej łące. Gitara i piano dają rytm, który po niedługim czasie zostaje ciekawie zastopowany. Kolejny stylowy flow tkany bystrym kontrabasem Pabiana. Krok ku dynamice, krok wu wyciszeniu. Na finał fragmentu o bardzo zmiennej akcji, świetne, klasycyzujące solo Bakera po białych i czarnych klawiszach. Po kolejnym wyhamowaniu, w 7 minucie, dla odmiany taneczne solo Pabiana, jakby dla podkreślenia dobrze wykonanej przez niego roboty na całym albumie.  W kompozycji finałowej, mała klamra dramaturgiczna – Pabian powraca ze smyczkiem i buduje wraz z partnerami finałową balladę, która - tu bez zaskoczenia - znów nabiera dynamiki i stylu. Dobra ekspozycja gitary, zadziorna sekcja, ciekawe piano. Ostatnie dźwięki też powstają tu kolektywnie, co dodatkowo podkreśla walor świetnej komunikacji pomiędzy muzykami, od pierwszego dźwięku po finał ostateczny.


Dan Phillips Quartet ‎ Light At Depth (Lizard Breath Records, CD 2019)

Dan Phillips – gitara, Krzysztof Pabian – kontrabas, Bill Harris – perkusja, Jim Baker – fortepian, syntezator.