czwartek, 6 października 2016

Vasco Trilla – The Thriller Comes to Town!


Pewien dość znany polski muzyk improwizujący był łaskaw onegdaj zeznać, iż potrzebował pogłębionych studiów w zakresie filozofii dalekiego wschodu, by w pełni zrozumieć ideę muzyki swobodnie improwizowanej.

Trybuna Muzyki Spontanicznej nie ma planów w zakresie studiowania czegokolwiek. Jej wiedza w tym temacie, rodząca czasami przemądrzałe osądy, jest czysto intuicyjna i bazuje na emocjach, będących konsekwencją absolutnego zafascynowania tego rodzaju muzykowaniem.

Czasami na tych łamach pada pytanie o istotę powodzenia w uprawianiu free improvisation, czynione oczywiście wyłącznie z pozycji słuchacza. Bywa, że doceniamy poziom empatii w relacji muzyk-muzyk lub dostrzegamy niezbadane pokłady synergii, wynikające z kolektywnego zespolenia muzyków improwizujących, w obrębie zamkniętej liczby uczestników. Wreszcie wskazujemy na sam warsztat muzyka, bo przecież jeśli potrafisz zagrać wszystko, możesz grać już wyłącznie to, co chcesz.

Dziś, kreśląc muzyczną sylwetkę katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty, Vasco Trilli, chciałbym zasugerować, iż w jego wypadku kluczowymi atrybutami powodzenia zdają się być trzy czynniki – po pierwsze, wyobraźnia muzyka, po drugie, jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki i wreszcie, po trzecie… pracowitość!

A propos ostatniej z wymienionych przywar… W trakcie niepełnych trzech tygodni przełomu września i października, 39-letni Trilla koncertował w Bydgoszczy, Gorzowie Wielkopolskim, Poznaniu, Krakowie, Budapeszcie, dotarł na kilka koncertów do Serbii, a obecnie koncertuje w Bułgarii. Sama ilość koncertów w jednostce czasu nie jest może aż tak wyjątkowa. Znacznie istotniejszy jest fakt, iż w zasadzie na każdym z tych koncertów Vasco grał z innymi muzykami. To a propos … nowych doświadczeń.


Trzy duety

Przegląd krążków z kluczowym udziałem sprawczym Vasco Trilli zacznijmy od duetu z saksofonistą Yedo Gibsonem. Ten ostatni, urodzony w Brazylii 35-latek, od wielu już lat rezyduje w Amsterdamie.  Płyta Inherent Chirality (El Negocito Records, 2016), powstała w okolicznościach koncertowych w amsterdamskim Zaal 100, w maju ubiegłego roku. Sześć improwizowanych fragmentów trwających łącznie 38 minut.




Vasco określa zestaw instrumentalny wykorzystany w trakcie koncertu, jako perkusja i różnorodne perkusjonalia (pamiętacie recenzję z niedawnego koncertu w Poznaniu? Były tego przepastne torby!). Yedo używa saksofonów i instrumentu o nazwie… frula (to rodzaj fletu, pochodzący z Serbii).

Nie będę krył, że ten krótki koncert od pierwszego zadęcia saksofonu i uderzenia w dzwonek, wbił mnie w fotel i trzymał w uścisku do samego końca. Vasco skupiony i precyzyjny, z całą watahą swoich przedmiotów napędza tę maszynę, bez przerw na niedopowiedzenia, czy chwile zawahania. Wibruje, syczy, skowycze i jęczy. Zdziera membrany i poleruje werble. Yedo od owego prymalnego zadęcia, nie odpuszcza choćby na moment, a już w trzynastej sekundzie koncertu udowadnia, że jego pomysły, wyobraźnia, arsenał użytych środków, stanowi dla wytrawnego perkusisty uzupełnienie wręcz idealne. Pięknie i zadziornie płynie na sopranie, w jednym długim, ekstatycznym oddechu, intensywnie wtłaczając w nasze receptory słuchu wrażenia z podróżny w nieznane. W krótkich, urywanych frazach zdaje się przypominać sonorystycznie samego Johna Butchera. Gdy w piątym fragmencie, używając bodaj tylko ustnika, fikuśnym gardłotokiem, narzuca Trilli coś na kształt amazońskiej przygody rytmicznej, wiemy, że po tych muzykach możemy spodziewać się wszystkiego. Efekt poznawczy poszerza ewidentnie, subtelnie kwiląc i pojękując na rzeczonej fruli. Pod koniec występu Vasco znacząco dynamizuje swój drumming, a Yedo soczystym barytonem (?) znaczy teren, jak niedopieszczony kocur z ostrymi pazurami. Finał na ostro wieńczy dzieło!

Niech zasada kontrastu będzie istotnym elementem dramaturgicznym tego tekstu. Do odtwarzacza wrzućmy duet Trilli ze szwedzkim kontrabasistą Johannesem Nästesjö. Nagranie z Golden Studios w Barcelonie, z sierpnia ubiegłego roku, dziś trafia do nas pod tytułem Gingko (Creative Sources, 2016). Siedem odcinków muzycznych – łącznie 46 minut.




Jeśli w trakcie koncertu w Zaal 100, twardo stąpaliśmy po powierzchni, to na czas odsłuchu drugiego duetu musimy zejść o poziom… niżej w naszej muzycznej świadomości. Głęboki i niebywale niski tembr kontrabasu Johannesa, versus przedmioty Vasco, ale tylko te, które nie wydobywają dźwięków wysokich. Tarcie powierzchni płaskich i pochyłych otwiera tę przygodę. Mamy nisko opuszczone głowy i przypomina nam się ewidentnie kowaldowska deep music. Balansujemy na progu ciszy, a prym wiodą przede wszystkim smyczek i nisko brzmiące, tępe dzwonki. Czujemy się jak na koncercie wiolonczelinowym sonat Bacha, w trakcie którego gaśnie światło, a podawane drinki zmyślnie dekonstruują rzeczywistość wokół nas. Johannes wyje jakby z odległej krypty, nawołując umarlaków do ekstatycznego tańca godowego. Pod koniec zabawy, wpadamy w wir dzwonkowej symfonii, której wtóruje palcówka na kontrabasie. Cisza gra tu swoją rolę i nie ma zamiaru odpuszczać. W finalnym, siódmym fragmencie jesteśmy na zupełnie innym koncercie, a sonorystyczna dusza tej muzyki pragnie już tylko odkupienia. Wracamy po chwili do … domu i zamierzamy nie myć uszu przez najbliższe godziny. Niech to trwa.

Po odsłuchu Gingko, czas powrotu do realności umili nam … kolejny duet Trilli, który zdaje się, przynajmniej z dwóch powodów, dość szczególny. Po pierwsze, po części jest występem w … trio, po drugie – na scenie obok jurnego i gotowego na wszystko Katalończyka, spotykamy polski zaciąg improwizatorów.

Cofnijmy się w czasie o trzy lata. Jesteśmy w krakowskiej Alchemii. Na scenie, obok Vasco, Michał Dymny na gitarze elektrycznej oraz Paulina Owczarek na saksofonie barytonowym, która dołączy instrumentalnie do chłopaków jedynie na dwa fragmenty, ale stanowić one będą prawie… połowę nagrania. Po drugiej stronie sceny tym razem bez publiczności (jak sądzę). Muzycy rejestrują dziewięć fragmentów, które po skromnym masteringu trafią na krążek brytyjskiego wydawcy, pod tytułem Cave Canem (FMR Records, 2015). Całość trwa 48 minut.




Panowie startują w duecie, w dynamice, która nie przewiduje wątpliwości w zakresie poziomu oczekiwanej ekspresji. Gitara, choć z prądem, zmyślnie rzeźbi rzeczywistość nieoczywistymi, stonowanymi dźwiękami, napotykając na udane, wielopłaszczyznowe tło różnorodnych perkusjonalii. Oba personalne wymiary tej swobodnej improwizacji lubią pieprz i inne pikantne przyprawy.  Nie stronią od preparacji, nie unikają iście rockowej estetyki (niezły hałas na koniec czwartego interwału!). W kolejnym fragmencie jest chwila na wytłumienie emocji i odrobinę ciszy wewnętrznej. Oto i szósty, tytułowy fragment. Na scenę dumnie wkracza skromna niewiasta z dużym instrumentem. Rytuał zasadniczy tego krążka dokonuje się na naszych oczach. Paulina smaga na ostro, Michał robi basowy background, a Vasco przyczajony z ukrycia, szuka wykwintnego punktu odniesienia. Całość rwie się do lotu, jak upalony kojot i nikt nie chce tu być ostatni w szeregu. Perkusista udanie ogarnia fonicznie popisy koleżeństwa i dopowiada zwinnym kontrapunktem momenty, świadczące o ich nieco mniejszym doświadczeniu estradowym. Siedemnaście minut mija w mgnieniu oka. Przed nami już tylko kolejne drobne wyciszenie, po którym następuje mała pyskówka w trójkącie (Paulina wraca na moment), a finał koncertu bez oklasków osiągamy w posmaku deep music, śmiało nawiązując do ... poprzednio wysłuchanej płyty


Ekscesy solowe

Jak już może zauważyliście, Vasco Trilla jest muzykiem niezwykle pracowitym. Jest także człekiem ambitnym, zatem oczywistym zdaje się fakt tworzenia przez niego muzyki w wymiarze solowym. Jego bogate instrumentarium i eksplozywna wyobraźnia, sprawiająca, iż w każdej nanosekundzie występu ma sto pomysłów na dźwięk (patrz: relacja z koncertu w Poznaniu dwa tygodnie temu), stanowi powód wystarczający, by zmierzyć się na polu swobodnej improwizacji z perkusją i różnorodnymi perkusjonaliami w wymiarze indywidualnym.




W roku ubiegłym, w barcelońskim Golden Studios, Trilla dwukrotnie zmierzył się ze swoją muzyczną wyobraźnią. W maju powstał materiał, który trafił na wydawnictwo The Suspended Step (Discordian Records, 2016), zaś kilka miesięcy później zarejestrowano muzykę, która wypełniła krążek The Raibow Serpent (FMR Records, 2016). Jak zeznaje muzyk, ten drugi zestaw dźwięków nie powstawał z myślą o wydaniu płyty, ale… efekt końcowy tak mocno przypadł mu do gustu, iż zmienił pierwotny zamiar. Nam wypada się jedynie z tego faktu cieszyć. Dodajmy, że obie płyty mają długość winylową.




Wrzący tygiel pomysłów, mnogość doświadczeń nie tylko w sferze muzyki improwizowanej (szczegóły w dalszej części tego tekstu), indywidualny warsztat muzyczny, szeroki wachlarz stosowanych technik wydobywania dźwięków i spora … praktyczna wiedza z fizyki (lekcja: jak rozprzestrzenia się dźwięk), to atrybuty Trilli, które ze szczególnym nasileniem docierają do nas w trakcie odsłuchu jego solowych płyt. Jak już wspominałem w relacji z koncertu tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, moim absolutnym faworytem w arsenale Thrillera jest umiejętność multiplikowania wibracji, w jakie muzyk wprawie różne swoje akcesoria muzyczne. Nie inaczej jest na początku pierwszego z wydawnictw. Wszystko wibruje, skwierczy, i choć działamy wyłącznie akustycznie, dociera do nas dźwięk, przypominający progresywną elektronikę. Nie brakuje mroku, pomruku i tajemniczości, wywodzących się poniekąd … z blackmetalowych doświadczeń muzyka. Żaden dźwięk nie jest tu oczywisty, a poziom przewidywalności tego, co wydarzy się za chwilę, osiąga wartości ujemne. W trakcie siódmego fragmentu drugiej z płyt, mamy wrażenie, że słyszymy…skrzypce. Jest szczypta melodii, jest namiastka rytmu, tylko wskazanego instrumentu brak. Skupiona narracja tej improwizacji pozwala na dostrzeżenie niuansów, zagłębienie się w teksturę muzyki, na czerpanie z tej porcji dźwięków dużej dawki przyjemności. W zestawie perkusyjnym muzyk szuka melodii i… okazji do czynienia hałasu, posiłkując się rosnącą liczbą pomysłów na ich wydobywanie. Sam twierdzi, że ma już na tym punkcie obsesję. Jakiego by nie wziął do ręki przedmiotu, natychmiast sprawdza, co za dźwięk wydaje.


Z archiwum DR

Mam nadzieję, że po lekturze dotychczasowej części tego tekstu, przynajmniej u niektórych z Was powstało przekonanie, jakże oczywiste dla mnie, iż Vasco Trilla ma ewidentnie udany pomysł na muzykę improwizowaną. Nim jednak udacie się na zakupy jego wydawnictw lub … prościej, odpalicie Wasze wymoszczone laptopy i wejdziecie w niezbadane czeluście takiego bandcamp.com, moment jest odpowiedni, by zasiać kaganek oświaty w zakresie innych wydawnictw płytowych ze znaczącym udziałem muzyka z Barcelony. Jeśli Barcelona, do tego improwizowana, to zdecydowanie guglamy Discordian Records i jego obfite zasoby sieciowe z doskonałą muzyką. 

Moje skromne zachwyty nad wydawnictwem The Paradox of Hedonism (Susana Santos Silva/ Tom Chant/ Vasco Trilla, 2015) zostały już na tej stronie upublicznione, zatem zainteresowanych szczegółami odsyłam do stosownego postu o portugalskim tytule (przełom czerwca i lipca, jeśli dobrze pamiętam).




W tym momencie natomiast odpalamy pliki z muzyką kwartetu Caragris (przypominam, że 90% katalogu DR jest dostępna wyłącznie elektronicznie). Płyta zwie się DI-VISION (2013), a firmuje go kwartet mężczyzn o silnych nerwach – Yedo Gibson (dziś już przywołany, saksofon sopranowy, klarnet piccolo), Luiz Rocha (klarnet basowy i sopranowy), El Pricto (piano elektryczne) i Vasco Trilla (to, co zawsze). Nagranie to ze wszech miar wyjątkowe (pięć fragmentów, niespełna 40 minut). Dwa dęciaki, pracujące często w wysokich rejestrach, zwarte w konwulsyjnym boju free improv, kompetentny drummer kreślący granice ich szaleństwa i … elektryczne piano, jakby z innej bajki, ale już po kilku nanosekundach odsłuchu, wiemy, że … to strzał w dziesiątkę! Kładzie nas na łopatki szczególnie środkowy, ponad 15-minutowy fragment Chaos Can Also Be Your Friend (sic!). El Pricto brzmi, jak zdeformowane oczekiwaniem na sukces Return To Forever Chica Corei, dęciaki galopują, niczym amazońskie motyle, którym ktoś powiększył skrzydła, a Vasco czujny, jak jedwabnik, łaskocze ich po piętach. W finale nie mamy wyjścia – musimy zachwycić się dialogiem klarnetu basowego z klarnetem piccolo (a piano rzeźbi na boku, jakby na przekór tej wojnie). Doskonałe nagranie! Dodam (przypomnę), by wzmocnić przekaz moich pokracznych metafor, że Rocha, podobnie jak Gibson, pochodzi z Brazylii, a El Pricto z Wenezueli. Trilla – wiadomo, to facet z piekła rodem.




Od razu jedziemy dalej – w nasze rozgrzane uszy wlejmy kolejny potok frapujących dźwięków. Tym razem wydawnictwo o tytule Malfunction At Robadors (2014), nad którym na kalejdoskopowej okładce widnieją trzy nazwiska: Nuno Rebelo (gitara elektryczna), Don Malfon (sax; znamy się!), no i Vasco Trilla. Na całość składa się sześć improwizacji (prawie godzina muzyki). Znów grzęźniemy w oparach intrygującego free improvisation. Ciekawy, ba, wyśmienity gitarzysta, co to słychać, że nie jeden podest estradowy w życiu zaliczył, pięknie kreśli zarys rytmiczny dla eskalujących improwizacji saksofonu, a gdy chwila na to pozwala, tryska milionem pomysłów na sekundę, by skutecznie przykuć naszą uwagę. Malfon nie pozostaje dłużny. Wymiana ciosów, pyskówki i krwiste przechwalania. W tym wszystkim trochę brakuje miejsca dla Vasco, któremu nie jest łatwo przebić się przez dialog kolegów. Ale daje radę – ostatnie dwie minuty koncertu są wyłącznie jego!

Po takiej dawce paraliżujących emocji, czas na interwał w klimatach choć trochę spokojniejszych. Może zatem wydawnictwo Obed Marsh (2014), za które odpowiada także trio – Diego Caicedo (gitara elektryczna), Johannes Nästesjö (kontrabas) i nasz bohater ze standardowym zestawem zabawek. Pięć improwizowanych fragmentów – 36 minut muzyki.

Znamy nam już z drugiego dziś omawianego duetu, szwedzki kontrabasista robi tu swoje, ryjąc niskimi pasażami parkiet pomieszczenia, gitarzysta spontanicznie kwili na swym sześciostrunowcu, nieśpiesznie, w cokolwiek psychodelicznych klimatach, a Yasco barwnie … dzwoni, budząc rytuał melodii. Opowieść to dla bardziej ugrzecznionych chłopców, bo łobuzom przy niej trochę swędzą ręce. Ale do czasu – w czwartym numerze Panowie rozpuszczają włosy i generują hałas, który budzi w nas rockowe zwierze. Na finał wracamy do punktu wyjścia i zadowoleni, szukamy kolejnych wrażeń.

Na koniec tego fragmentu The Thriller Story, wróćmy do polskiego wątku w życiu artystycznym katalońskiego perkusisty. W sierpniu 2012 roku, wraz z El Pricto, gościł on chwil kilka w Krakowie. Efektem tych wakacji dwa wydawnictwa DR. Najpierw koncert na Festiwalu Bezdroża, firmowany przez sekstet o nazwie Pseudo_Devival 1 i zatytułowany, jakże by inaczej, Live In Krakow (2012). Obok gości z Katalonii, na scenie w Alchemii meldują się: znani już z dzisiejszej opowieści, Paulina Owczarek (saksofony) i Michał Dymny (gitara elektryczna), a także Wiktor Krzak (bassoon) i Tomek Chołoniewski (perkusja). Dla porządku dodajmy, iż El Pricto korzysta z saksofonu i… pełni także rolę dyrygenta muzyki, która wedle słów muzyków, została stworzona w drodze … improwizacji. Drugim dowodem na obecność Trilli podówczas w Krakowie - wydawnictwo Money Back Guarantee (2013). Podmiot wykonawczy przyjął tym razem nazwę.. Elder Space Bankers. W jego składzie dokładnie Ci sami muzycy, którzy firmują Live In Krakow, jedynie bez udziału Chołoniewskiego.




Pierwsze wydawnictwo przynosi 50 minutowy koncert, drugie zaś – choć także powstało w Klubie Alchemia – jest ponad dwugodzinną rejestracją gry na 100%, ale bez udziału publiczności. Muzyka kipi od pomysłów, które przynajmniej w 50% zostały świetnie zrealizowane w żmudnym procesie improwizacji, delikatnie sterowanym przez El Pricto. Nagranie drugie przynosi wiele wyciszonych i naprawdę smakowitych fragmentów free improv, podczas gdy pierwsze bardziej oscyluje w kierunku ekspresyjnego free jazzu, z nieźle momentami hałasującą gitarą. Gdyby z tych prawie 180 minut muzyki sekstetu i kwintetu, zarejestrowanych cztery lata temu w Krakowie, wykroić pełnowymiarowy dysk, ja pierwszy stanę w kolejce, by go kupić.

Omówione wyżej krążki nie wyczerpują bynajmniej katalogu płyt diskordiańskich z udziałem Trilli. Reszty płyt poszukajcie i przesłuchajcie już sami. Tu wskazałem, w mojej ocenie, te najbardziej wartościowe i z różnych względów interesujące.


W poszukiwaniu doświadczeń

Jak wspominałem już niejednokrotnie, Vasco Trilla w procesie budowania zmyślnych i swobodnych improwizacji, czerpie garściami ze swych muzycznych doświadczeń na polu … innych estetyk muzycznych. Grał m.in. rocka progresywnego w zespole Planet Imaginario, jazz-rockowym oktecie, który nagrał trzy płyty, w tym dwie dla prestiżowego labela Cuneiform Records. Muzykował w estetyce avant-rockowej w takich grupach, jak Outerzone, October Equus, Reptilian Mambo, czy Machacachakras (dekonstruowany elektroniką duet na flet i perkusję). Nie stronił od estetyki death i blackmetalowej, zmyślnie krosowanej z jazzem, m.in. w ramach inicjatywy Triple Zero (to jakby rozwinięcie w/w duetu, poprzez dodanie trzeciego człowieka, wzmagającego elektroniczne penetracje – piorunująca i piekielna mieszanka, osadzona po części w dark ambiencie, przy okazji dowód na to, że mroczny metal można grać …bez gitar). Wreszcie był (i pewnie jest) aktywnym członkiem dużego składu Filthy Habits Ensemble, kierowanego przez El Pricto, który w całkiem rozwichrowanej, jazz-rockowej estetyce gra zarówno kompozycje Franka Zappy i twórcze rekonstrukcje Igora Strawińskiego, jak i kompozycje własne.

Nagrania większości z tych zespołów śmiało odnajdziecie w sieci (oczywiście bandcamp), a nagrania, przywołanego na koniec FHE, dostępne są także w katalogu Discordian Records


What next?

Zupełnie na sam koniec dzisiejszej opowieści, wracamy po raz kolejny do wątku polskiego w twórczości Trilli. Właśnie ukazała się – jako dodatek do progresywnego pisma Lizard – płyta lubelskiej załogi Tatvamasi Dyliżans Siedmiu. W tymże nagraniu, obok Vasco, dostrzegamy także na saksofonach Yedo Gibsona.

Ponadto na rychłe wydanie oczekuje kolejna krakowska płyta Vasco. Do spółki z Rafałem Mazurem i Michałem Dymnym, powstał krążek, który trafi do nas za pośrednictwem Not Two Records (znam tytuł, ale nie wiem, czy mogę go upublicznić). Na końcowym etapie  procesu edytorskiego znajdują się nagrania tria Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz, a także duet Vasco z Mikołajem Trzaską (tu także nagranie ma już tytuł).


Thank You Vasco, for detailed informations about You and Your Music!
Moltes Gracias! 


czwartek, 29 września 2016

OtoROKU kontratakuje! czyli przegląd nowości koncertowych z Cafe Oto


Podtytuł Trybuny Muzyki Spontanicznej – nie przez przypadek będący parafrazą wybitnej powieści G.G. Marqueza – codziennie konstytuuje się ilością wydawnictw z muzyką improwizowaną, jaka wszelkimi dostępnymi kanałami trafia do naszych uszu.

Czasy nadprodukcji dźwięków niechybnie zobowiązują. A kolejnym dowodem na to, że w zasadzie każdy koncert free improv godny jest wydania płyty, niech będzie inicjatywa edytorska londyńskiego klubu Cafe Oto, zwana marketingowo OtoROKU, która skutecznie zalewa nasze odtwarzacze nową muzykę, przy okazji dość regularnie trafiając na te łamy. Tylko w okresie późnoletnim do mych uszu dotarło siedem nowych wydawnictw tejże inicjatywy. Co gorsze, prawie wszystkie zawierają…. doskonałą muzykę!

A zatem dość już tej wolty zmanierowanego recenzenta, czas najwyższy parę słów o tych nowych otorokowych płytach opowiedzieć.


Seymour Wright/ Evan Parker/ Rie Nakajima  23.2.16 Evan Parker, 1.3.16 Rie Nakajima

Nie dalej, jak kilka miesięcy temu trafiła do nas studyjna dokumentacja spotkania dwóch saksofonistów brytyjskich, Wrighta i Parkera (Tie Stone To The Wheel, Fataka). Dziś spotykamy się z nimi w Cafe Oto, na wydawnictwie, którego tytuł stanowi przy okazji datę rejestracji nagrania. Pod jednym numerem katalogowym, dostajemy jeszcze inny duet Seymoura Wrighta, tym razem z japońską operatorką amplifikowanych przedmiotów nieinstrumentalnych, Rie Nakajimą (jak wynika z tytułu, ten koncert odbył się tydzień później).




Oba koncerty łączy nazwisko saksofonisty, muzyka wszakże na nich poczyniona jest od siebie estetycznie bardzo odległa. Gdy spotkanie z wyjątkową postacią, jaką jest Evan Parker, jest typowym sonorystycznym zwarciem, w stylistyce głębokiego free improv, o tyle spotkanie z japonką jest już improwizacją na styku dekonstruującej elektroniki i nieco pokrętnie rozumianej kameralistyki. I to właśnie ta druga okoliczność wskazuje, jak silnie poszukującym i nie ulegającym prostym klasyfikacjom muzykiem, jest Seymour Wright. To par exellance improwizator, z którym wejście w odpowiedni tembr konstruktywnego dialogu nie jest czynnością oczywistą nawet dla takiego maga jak Evan Parker. To spotkanie, to być może największe współczesne wyzwanie dla mistrza swobodnej improwizacji. W odsłuchu zalecam dużą koncentrację i skupienie się na detalach, tak by móc czerpać z tego niespełna 40-minutowego koncertu odpowiednią porcję akustycznej przyjemności.

Drugi koncert jest na tyle odległy gatunkowo od pierwszego, że po prawdzie winien ukazać się osobno. Podoba mi się takie granie, cenię podobne brzmienia i lubię ten gorzki odczyn nieprzewidywalności improwizacji, odległej od skal jazzowych o kilka długich galaktyk.


The Apophonics (John Butcher, John Edwards, Gino Robair)  27.11.13

Trzej wymienieni wyżej, wyjątkowej klasy improwizatorzy, spotykali się razem w wielu miejscach, na niezliczonej ilości płyt, na ogół w zestawach dwuosobowych (archiwa Trybuny mają na to sporą liczbę dowodów). Jakkolwiek we trójkę, fonograficznie ujawnili się światu dopiero po raz drugi. Na potrzeby wydawcy przyjęli oni pierwotnie nazwę The Apophonics i w tej wersji zameldowali się na scenie free improv, całkiem niedawno, doskonałym, studyjnym krążkiem On Air (Weight Of Wax, 2013).




Teraz spotykamy ich w Cafe Oto, mniej więcej półtora roku później, w równie doskonałej formie (tytuł podpowiada nam punkt na osi czasu). Jeśli odnieść ten koncert do incydentu studyjnego, należy zwrócić uwagę na nieco inną technikę gry Gino Robaira. Ten perkusjonalista zwykł określać swój zestaw instrumentalny mianem energetyzujących powierzchni (i jest to celne określenie, gdyż na ogół uzyskuje on dźwięki dzięki pocieraniu membran i wzmacnianiu sygnału). Tu, w Cafe Oto, konglomerat akustyczny, jaki dostarcza on genialnie improwizującym, saksofoniście i kontrabasiście, bardziej przypomina … grę na perkusji. Być może ginie gdzieś ulotność i wyjątkowość jego muzycznej kreacji, ale całość koncertu zyskuje na komunikatywności i wpada w obszar naszego zachwytu, bez narażania receptorów słuchu na rozwiązywanie zbyt ciężkiej, intelektualnej łamigłówki. Wyśmienita płyta!


Joe McPhee & Chris Corsano  25.7.12

Kolejny otorokowy świeżak, to lipcowy koncert sprzed czterech lat, freejazzowego saksofonisty weterana Joe McPhee i  skromnego aspiranta tuż po czterdziestce, wszakże doświadczonego artystycznie na niejednym polu muzyki współcześnie pojmowanej, perkusisty Chrisa Corsano.

Gdy wrzucam do odtwarzacza muzykę McPhee (po prawdzie ostatnio robię to dużo rzadziej niż onegdaj), zawsze targają mną pewne ambiwalencje. Z jednej strony dorobek artystyczny i pozycja na scenie muzyki free tego Pana nie podlega jakimkolwiek negocjacjom, z drugiej jednak, jego maniera improwizacyjna, polegająca bardzo często na niedopowiadaniu fraz, czy niespodziewanych chwilach zadumy w trakcie … ekspresyjnej galopady dźwięków, sprawia, że nasza miłość jest trudna i miewa chwile rozterek, tudzież szczerych wątpliwości.




Nie mniej, akurat spotkania Joe z Chrisem, których kilka miało miejsce w ostatnich latach, to przykład na muzykę, która nie dostarcza aż takich ambiwalencji. Myślę, że sprawcą tego stanu rzeczy jest ten młodszy. Corsano, doskonały i wszechstronny improwizator, jest też facetem, który lubi głośne i dynamicznie granie. To on sprawia, że … chwile zawieszenia w muzyce Joe trwają krótką i nie wywołują poczucia nudy w uszach Waszego recenzenta.

Spotkanie w Cafe Oto, wszystkie te aspekty uwzględnia. Są erupcje free, są chwile zadumy, jakkolwiek ich proporcje cieszą mnie szczerze. Muzycy z każdą chwilą koncertu nabierają wigoru i ochoty na więcej. W piątym i szóstym fragmencie (łącznie ponad 30 minut) wchodzą w pewien rodzaj estetycznego rozwibrowania, które – mimo, iż nie jest galopem ku wiecznej ekstazie – być może stanowi najlepszą część tego bardzo udanego koncertu. I od razu zaznaczmy, że czynnym sprawcą owego rozwibrowania jest przede wszystkim genialnie kontrapunktujący perkusista (dzwonki, talerze, inne przedmioty…).


6ix  Nothing More

Dzisiejsza opowieść przekroczyła już półmetek, zatem najwyższa pora, by wygodnie zasiąść w fotelach przytulnej, nie nazbyt obszernej Cafe Oto i posłuchać koncertu, który pośród tu omawianych jest zdecydowanie wydarzeniem artystycznym najwyższego lotu.

Na skromnej scenie aż szóstka muzyków (tytuł wykonawczy zatem zasadny): Urs Leimgruber (saksofon sopranowy), Okkyung Lee (wiolonczela), Jacques Demierre (fortepian), Thomas Lehn (syntezator), Roger Turner (perkusjonalia) i Dorothea Schürch (głos). Przyznacie, że towarzystwo bardzo zacne i kompetentne. Słowa komentarza wymaga chyba jedynie Dorothea – szwajcarska improwizatorka o dość ubogim i głównie lokalnym dorobku artystycznym, raczej z obszaru muzyki współczesnej. Pod tajemniczym szyldem 6ix, otorokowy koncert, to drugie ujawnienie tego składu (poprzedniego szukajcie w katalogu Leo Records).




Nic więcej, to dwa fragmenty swobodnej improwizacji, powstałe w listopadzie 2013r., trwające około 40 minut. Lektura składu instrumentalnego, garść oczywistych doświadczeń w obcowaniu z muzyką tych właśnie postaci, a także odrobina wyobraźni, podpowie nam wszystko, co winniśmy wiedzieć o tym nagraniu. Piękna, mnisia, molekularna improwizacja o smakowitych walorach akustycznych, stworzona przez doskonałych instrumentalistów, dodatkowo pozostających owego wieczoru – ewidentnie! – w bardzo dobrej formie. Całość skąpana w dobrze przyprawionym, elektroakustycznym sosie (Lehn!). Oniryczne, wytłumione pasaże saksofonu sopranowego (czy ktoś zna płytę free improv, na której Leimgruber by rozczarował?), kobieca lekkość wiolonczeli, świetny, męski drumming, konsekwentny pianista i … Dorothea w pląsach gębowych, które niczym girlanda, zdobią efekt końcowy. Wyśmienite i ... nic więcej.


Haste (Ingrid Laubrock/ Veryan Weston/ Hannah Marshall)  A Broad Margin

Saksofon, fortepian i wiolonczela na scenie Oto – rzec by można, że poprzednio wysłuchany sekstet, okrojony o trzy głowy, nadal nam muzykuje. Ale tak nie do końca … Haste, to nazwa, którą trójka wykształconych improwizatorów przyjęła na potrzeby nagrania dla Emanem Records (2012).




Po koncercie Ingrid Laubrock, Veryana Westona i Hannah Marshall, z ubiegłorocznej jesieni (znów około 40 minut), oczekiwałbym raczej dynamiki i ekspresji adekwatnej do … pory roku. Zaduma, nostalgia, whatever you want. A tu zaskoczenie, pozytywne – od razu dodajmy! Prawdziwa eksplozja free z etykietą jazz na pełnych prawach. Energia, dynamika, zadziorne improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne, na tyle intensywne, że nawet nie zdążycie butelki czerwonego wina dobrze napocząć, a już muzycy odtrąbią finał. Chciałoby się więcej! Brooklyńska Niemka średniego pokolenia (ostatnio terminuje często u Braxtona), młoda Brytyjka (pamiętamy ją z ostatnich płyt tria, kwintetu i sekstetu Alexa Warda) i jej rodak weteran (tu lista skojarzeń byłaby ogromna, więc sobie odpuszczam) – tygiel godny lepszej sprawy. Duża niespodzianka, jakkolwiek.


Konstrukt & Alexander Hawkins  10.08.15

Z tureckim składem Konstrukt, każdy nawet średnio zaawansowany freejazz fan z pewnością się już zetknął, albowiem mają oni w swoim portfolio płyty z Peterem Brotzmannem i Evanem Parkerem. Tym razem kwartet znad Bosforu dokoptował sobie przy okazji występu w Cafe Oto, młodego, brytyjskiego pianistkę Alexandra Hawkinsa (ten też ma już płytę z Evanem Parkerem na rozkładzie, nawet w tym roku).




Turecki ansambl jest kwartetem elektrycznym (dęciaki, gitara, gitara basowa i perkusja, również elektroniczna, także sporo drobnych dodatków instrumentalnych, skutecznie obezwładniających przestrzeń akustyczną koncertu), który co prawda z walorów mocy swego instrumentarium nie korzysta z przesadą (chciałem powiedzieć, że wcale nie grają aż tak głośno), ale w efekcie końcowym ich propozycji, trudno mi się doszukiwać wrażeń, które sprawią, że o tej muzyce będę miał ochotę myśleć w kontekście kolejnego odsłuchu. Młody, akustyczny (!) pianista gra tu ciekawie i nawet udanie wgryza się w fakturę kwartetu (stosunkowo po drodze mu z saksofonem), ale nie wnosi do obrazu całości iskry czegoś szczególnego. Nagranie jest długie (prawie 90 minut), co też nie sprzyja wysokiej ocenie tego koncertu. No cóż, nie zawsze świeci słońce w Cafe Oto.


John Tchicai/ Tony Marsh/ John Edwards  27 September 2010

Na sam juz koniec wizyt w Cafe Oto, skromny koncert funeralny. Tak się bowiem składa, że dwie trzecie tria Tchicai/ Marsh/ Edwards nie gra już z nami od kilku lat, zatem ich występ nie mógł mieć w nazwie dat ‘15, ani tym bardziej ‘16.




Spory fragment historii europejskiego free jazzu jakkolwiek pojawił się na scenie Cafe Oto, owe sześć lat temu. Muzycy zagrali trzy kwadransie zgrabnego zestawu dźwięków w jednym odcinku czasowym. Od razu dodam, że Tchicai nigdy nie należał do moich ulubieńców (rodzaj saksofonisty, którego intencje artystyczne bywały dla mnie na ogół niejasne), nawet wtedy, gdy pół wieku temu rył zręby sceny free na Starym Kontynencie. Ten koncert w sumie to potwierdza. Jeśli znajdę w przyszłości powód, by wrócić do tego nagrania, to będzie on związany jedynie ze … świetną gra sekcji Edwards-Marsh. Ale to sumie żadne odkrycie.
  

Jeśli w przypływie ignorancji, pomyślicie, że wyżej omówione pozycje to wszystkie nowości OtoROKU, wiedzcie, że błąd Wasz jest kardynalny. Po szczegóły nie odsyłam tym razem na stronę wydawnictwa (jest ona cokolwiek chaotyczna i niespójna), a na niezastąpiony discogs.com. Po wygooglaniu nazwy wydawnictwa, dowiecie się o kolejnych ciepłych koncertach, dostępnych w różnych formatach (na ogół plikach), takich wykonawców, jak Eddie Prevost, Okkyung Lee, Mark Sanders, John Butcher, Fred Frith, Roger Turner, Dominic Lash, czy Angharad Davies, wymieniając jedynie tych, których personalia są mi ogólnie znane. A zatem do odsłuchu, a w przypływie szaleństwa, także na zakupy!

wtorek, 27 września 2016

Wooley! Antunes! Corsano! – trzy epizody zwieńczone trzema czarnym krążkami


Tydzień bez muzyki Nate’a Wooleya na tej stronie, to tydzień niemal stracony. O wyjątkowości muzyki i artystycznej osobowości nowojorskiego trębacza, przekonuję się na każdym kroku, czy to sięgając po jego kolejne nowe płyty, czy też w amoku wiecznego szperacza, odnajdując starsze nagrania, wszakże bezdyskusyjnie konstytuujące powyższe walory.

Dziś czas na opowieść o jego najnowszej, wydanej latem płycie Purple Patio, która zupełnie niespodziewanie przerodzi się w historię, mającą swe korzenie w słonecznym i ciepłym maju 2012 roku. Przy okazji, stanowić ona może przyczynek do retorycznych rozważań o pokrętnych losach edytorskich, zarejestrowanego materiału z muzyką improwizowaną.

Tak się bowiem składa, że wydawane sukcesywnie na przestrzeni ostatnich lat, winylowe płyty Nate’a Wooleya, poczynione wspólnie z kontrabasistą Hugo Antunesem i perkusistą Chrisem Corsano, zarejestrowane zostały w ciągu… niespełna trzech tygodni, właśnie w owym urokliwym, wiosennym miesiącu. Blok recenzji wszystkich owoców tej współpracy zaczniemy oczywiście od płyty najnowszej, także dlatego, że … powstała ona jako pierwsza!




Purple Patio!

Czas i miejsce zdarzenia: 12 maja 2012r, Portugalia (a jakże!), zamknięta przestrzeń studyjna, Sa Da Bandeira (prawdopodobnie w Porto).

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka), Hugo Antunes (kontrabas), Jorge Queijo (perkusja), Mario Costa (perkusja) i Chris Corsano (…perkusja). Dwóch jankesów nieco po czterdziestce, kontra trzech, o co najmniej dekadę młodszych, tubylców! Brzmienie imion i nazwisk wskazuje jasno who is who. Dla Nate’a i Chrisa to kolejna przystań ich współpracy (dotychczas jedynie w obrębie permanentnego wykonywania Seven Storey Mountain). Wątek zaś portugalski, to w życiu trębacza rzecz raczej nowa.

Jak gramy: Z perspektywy odsłuchu muzyki, bez dostępu do komentarza odautorskiego, trudno ocenić, czy muzycy dotargali na okoliczność tego spotkania jakieś notatki scenariuszowe, czy coś wcześniej uzgadniali, czy też zwyczajnie poszli na żywioł. Osobiście optowałbym za tym pierwszym rozwiązaniem.

Efekt finalny: Pięć improwizowanych fragmentów muzycznych, opatrzonych tytułami, które do dobrych sklepów muzycznych dostarcza litewski wydawca, posiłkując się tytułem Purple Patio (NoBusiness Records, LP 2016), sygnowanym nazwiskami pięciu muzyków, wymienionych w kolejności, jak akapit wyżej.

Subiektywne wrażenia: Niewątpliwie ów oryginalny skład instrumentalny znacząco wpłynął na charakterystykę tego nagrania. Trzy zestawy perkusyjne dość skutecznie wypełniają florę akustyczną studia, po prawdzie, w wielu momentach nie pozostawiając zbyt dużej przestrzeni dla trąbki (bez wspomagania) i kontrabasu. Gdy improwizacja przebiega w dynamicznym tempie, ich wyważona, ale konsekwentnie kolektywna gra determinuje efekt końcowy i zdaje się popadać w oczywisty jazzowy feeling. Jeśli jednak muzycy postanawiają nieco zwolnić, otwiera się przed nimi fascynująca perspektywa. Delikatne granie na talerzach i szczotkowanie membran bębnów, tworzy bowiem fantastyczne tło dla sonorystycznych igraszek trębacza, wspartych na twardym, cierpkim soundzie kontrabasu. Muzyka snuje się pod sufitem, niczym kulawy wąż, a nasze uszy płoną z radości. Po chwili znów popadamy w nieskromną galopadę trzech jurnych drummerów, którzy nie biorą jeńców. Wooley jednak nie daruje i konsekwentnie wgryza się w fakturę ich gry. Gdy udaje mu się przebić tę ścianę, udowadnia, iż być może jest największym trębaczem swych czasów.




Posh Scorch!

Czas i miejsce zdarzenia: 27 maja 2012r. Bruksela, Klub Les Ateliers Claus, nagranie z udziałem publiczności.

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka i amplifikacje), Hugo Antunes (kontrabas), Giovanni Di Domenico (piano Fendera, elektronika), Daniele Martini (saksofon tenorowy), Chris Corsano (perkusja). Do bazowej trójki dołączył włoski zaciąg belgijskich rezydentów, który znamy choćby z ostatnio recenzowanego na tej stronie wydawnictwa kwartetu Tetterrapadequ.

Jak gramy: Nuty? Nie! Scenariusz improwizacji? Jeśli w ogóle, to w bardzo ogólnym zarysie, być może taki, jaki bywa wykorzystywany w trakcie kolejnych wykonań Seven Storey Mountain.

Efekt finalny: Jeden fragment, trwający 37 minut i 16 sekund, podzielony na dwie części, z uwagi na wymagania winylowej edycji. Światu udostępnia belgijska inicjatywa wydawnicza, pod tytułem Posh Scorch (Orre Records, LP 2013), sygnowanym personalnie przez pięciu muzyków, w kolejności, jak wyżej. Płyta do kupienia na bandcamp w edycji fizycznej (zawiera voucher umożliwiający dostęp do plików mp3 oraz zapisu video z koncertu), także do ściągnięcia w jakości audio (cena jest wtedy relatywnie niższa).




Subiektywne wrażenia/ przebieg wydarzeń: Ta istotnie niebywała podróż muzyczna rozpoczyna się w oparach fenderowej mgły. W oczekiwaniu na dźwięki pozostałych instrumentów, słyszymy pomruki i westchnienia publiczności, która chyba czuje pismo nosem i wie, że będzie się działo. Trąbka, perkusja, kontrabas i saksofon (fonicznie od lewej do prawej) wchodzą delikatnie w konsystencję koncertu i pojedynczymi dźwiękami znaczą swoją obecność, przy pracującym skrajnie z prawej strony fenderze. Narracja ciągnie się dość leniwie, ale bardzo ciekawie pod względem akustycznym. Szczotkowanie i polerowanie glazury instrumentów zajmuje muzykom jeszcze kilka chwil, a czas umila im fender grający spokojnymi akordami. Ktoś skowycze z oddali (głos ludzki, czy jednak saksofon?). Głosy wszystkich instrumentów zaczynają się układać w swoisty wielodźwięk, który w aurze ledwie sugerowanej oniryczności, zaczyna systematycznie narastać. Głośno, coraz głośniej! Muzycy wzajemnie się poganiają i komplementarnie eskalują poziom emocji i ekspresji. Po jej wybrzmieniu, powraca palcówką fender, uspakajając wszystkich uczestników spektaklu. W międzyczasie krótkie solo realizuje kontrabas, a na to czeka już trębacz, który z tłumikiem między palcami rozpędza kolejną konstruktywną i dalece kolektywną galopadę, ze znaczącą rolą wierzgającego na wszystkie strony saksofonu. Wyciszenie tej erupcji po paru gorących pasusach, pozwala nam… obrócić winyl na drugą stronę. Muzycy są już dobrze rozgrzani, instrumenty palą im się w rękach, co czyni skutecznymi i pięknymi, liczne przekomarzania się wszystkich ze wszystkimi. Tu każdy jest bohaterem i każdy ma coś ważnego do powiedzenia. Mnogość nieoczywistych, nawet tajemniczych dźwięków spowija przestrzeń wokół naszych uszu. Muzyka gęstnieje. Fender pięknie improwizuje na tle rozjuszonej perkusji. I znów na ostro, i znów kolektywnie, po sam sufit salki koncertowej! A po chwili… znów zmysłowo, znów telepatycznie, niemal bezboleśnie muzycy odnajdują ciszę i ukojenie. Niespodziewanie rytm podaje trębacz, bekając z najgłębszych otchłani swego niedużego instrumentu. Czujemy w kościach, że zbliża się finał. Muzycy dolewają paliwa, nastrój robi się niemal industrialny i… pstryk. Gaśnie świeca ekscytacji, znów przy uroczej palcówce fendera… Czas iść do domu, a przedtem zafundować muzykom gigantyczną ścianę oklasków.




Malus!

Czas i miejsce zdarzenia: 28 i 29 maja 2012r. Brugia, Studio De Werf

Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka, amplifikacje), Hugo Antunes (kontrabas, amplifikacje), Chris Corsano (perkusja, amplifikacje w jednym fragmencie).

Jak gramy: Opis wydawnictwa sugeruje muzykę skomponowaną przez wszystkich muzyków (być może w drodze improwizacji). Jeśli jednak przed wejściem do studia mieli oni w głowach jedynie ideę, by pięknie improwizować, to są ... geniuszami (w sumie, i bez tego za takich mogą się już powoli uważać).

Efekt finalny: Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, o łącznym czasie trwania, zamykającym się w godzinie lekcyjnej. Winyl dostarczany ponownie pod flagą litewską i tytułem Malus (NoBusiness Records, 2014), sygnowanym trojgiem nazwisk.

Subiektywne wrażenia: W trakcie całego nagrania pozostajemy zdecydowanie we florze akustycznej, a amplifikacje Nate’a i Hugo są na tyle subtelne, że nie naruszają równowagi tego ekosystemu. Gdy jednak w przedostatnim fragmencie po dodatkowe zasilanie występuje także Chris, na chwil kilka uciekamy w rzeczywistość amplifikowaną i być może jest to najpiękniejszy fragment tej … jakże pięknej płyty. Muzycy z niebywałą swobodą kreują proces improwizacji (patrz: uwagi w rubryce jak gramy), a podział obowiązków jest bardzo demokratyczny. Przekornie sam Wooley w wymiarze czasowym gra tu chyba najmniej, często w skupieniu przysłuchując się temu, co wyczyniają solo lub w duecie jego kompani (a dzieje się, dzieje!). Choć to ich trzecie zarejestrowane spotkanie w życiu (… w trakcie 17 dni, dodajmy), to grają jakby to była ich trzydziesta wspólna płyta w dorobku (synergia, empatia! You know what I mean). Szczególnie udane są szemrane fragmenty, czynione w okolicach ciszy, które w mrocznej aurze, prowadzą nas po tajemniczych zakamarkach wyobraźni każdego z muzyków. Także w takich momentach trębacz lubi przyczaić się z boku i mrucząc jak borsuk, obserwować popisy, z udziałem szczególnie pobudzonego kontrabasisty. W momentach sonorystycznego uniesienia muzycy pięknie nawiązują do starej zasady improwizacji w grupie, z czasów genialnego Johna Stevensa - Słuchaj i Reaguj!


Uwagi końcowe

Zachwytami na krążkiem Malus, dzieliłem się już z czytelnikami m/i magazynu w wersji drukowanej, jakieś dwa lata temu. Reprint recenzji jest dostępny na Trybunie, dokładnie w pierwszym poście ze stycznia br.

Niewątpliwie największym wygranym tej majówki jest Hugo Antunes. Dowodem rzeczowym, przede wszystkim ostatni z omawianych krążków. A dyskografia portugalskiego kontrabasisty (dodajmy, rezydenta Brukseli), póki co, jest niezwykle skromna. Poza w/w krążkami doszukałem się … jednej autorskiej płyty w kwintecie Roll Call (Clean Feed Records, 2010), na dwie perkusje, dwa saksofony i kontrabas, a także wydawnictwa poczynionego z belgijskimi przyjaciółmi, w ramach formacji Mount Meru (Arbres, Buzz-Records, 2013). Obiecuję pilnie śledzić nazwisko Antunes i dokopywać się, co pewien czas, do kolejnych udanych ekscesów improwizatorskich.

A Nate Wooley? Cóż, myślę, że czas oswoić się już z epitetem zapisanym w trzynastym wierszu ósmego akapitu tego tekstu.



sobota, 24 września 2016

Gjerstad, Roebke, Vicente, Dikeman, Almeida, Santos Silva, Previte, Rasmussen, Leandre, Cortex, Goldberg, Brötzmann, Knuffke, Lonberg-Holm - zbiorówka letnia, edycja druga


Czas goni nieubłaganie, kalendarzowa jesień za pasem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak sklecić drugą odsłonę letniej zbiorówki najświeższych recenzji, werbalnie poniewierających pachnące nowością, wydawnictwa muzyki improwizowanej.

Przypominam niewtajemniczonym w ten karkołomny proces, iż płyty po tak zwanym odsłuchu premierowym dostają na Trybunie wstępną, kolorową rekomendację (czerwone, żółte, zielone – patrz: prawy bok strony), a następnie trafiają na niniejszą zbiorówkę, gdzie wyrokiem nieznoszącym sprzeciwu, otrzymują ostateczną cenzurkę.


Luis Conde/ Fabiana Galante/ Frode Gjerstad  Give and Take (FMR Records, 2016)

Norweski weteran, Frode Gjerstad, nie zwalnia tempa. Ciągle w podróży, bywa, że koczuje na lotniskach, a jak opóźnienie samolotu jest kilkugodzinne, nie marnuje czasu i nagrywa płyty. Przykładem - recenzowana już na tych łamach płyta Mirrors Edges - poczyniona w Buenos Aires z klarnecistą Luisem Conte, pewnego jesiennego dnia, w godzinach przedpołudniowych. Dziś wraca ów parter (z lekko zmienionym nazwiskiem – przez „d”, ale to ten sam muzyk), a do roli trzeciego, na incydent studyjny zapisała się pianistka, Fabiana Galante (zapewne muzyk lokalny, ale nie daję stuprocentowej gwarancji). Przy okazji - jesteśmy ponownie w Buenos Aires.




Osiem umiarkowanie dynamicznych fragmentów na delikatnie preparowane piano i dwa zestawy dęciaków. Część utworów nosi tytuł Give, część zaś Take, dając przy okazji tytuł całej płycie. Interesująco prezentuje się Fabiana, przy czym mam na myśli zarówno jej nieco szorstką, acz precyzyjną pianistykę, jak i … wygląd zewnętrzny (by jednak skonfrontować moją opinię z rzeczywistością, musicie zajrzeć na discogs.com, gdyż okładka CD takich wrażeń nie dostarczy). Saksofony i klarnety wchodzą w delikatne zwarcia, korzystając ze stonowanego tła fortepianowego. Typowa dla południowców nieśpieszność i brak determinacji, by cokolwiek działa się na już i nie było odpowiednio przemyślane.

Daleki jestem od wskazania tego krążka, jako przykładu doskonałego free improv, ale z odsłuchu czerpię sporo radości i przyjemnych doznań sonorystycznych (Frode trzyma formę!). Rekomendacja zielona nie podlega zatem dyskusji – high!


Jason Roebke Octet  Cinema Spiral (NoBusiness Records, 2016)

Opuśćmy Amerykę Południową na rzecz jej północnej siostry, by wysłuchać Oktetu amerykańskiego kontrabasisty Jasona Roebke. Z tym Panem znamy się nie od dziś, z kompanami jego Ósemki także. Pięć różnych blaszano-drewnianych dęciaków (Berman, Bishop, Stein, Ward i Jackson) i trzyosobowa sekcja z wibrafonem (Adasiewicz) i perkusją (Reed). Tak, tak, jesteśmy zdecydowanie w Chicago i wyłącznie wśród znajomych. Co ciekawe, w zasadzie ten sam skład muzyków grał na tegorocznym, doskonałym koncercie poznańskiego festiwalu Made In Chicago, jednakże pod szyldem Mike Reed’s Flesh And Bone .




Kinowa Spirala to przy okazji druga edycja tego składu. Siedem kompozycji autorstwa lidera, rozpisanych nutkami na osiem instrumentów, prowadzi nas w bardzo zróżnicowany świat nieoczywistych, acz bardzo jazzowych doznań. Mamy skupienie, konstruktywną ciszę, czy też udane kooperacje, będące skutkiem wzajemnej wrażliwości i wyczulenia na wyczyny współpartnerów. Nie brakuje bardziej dynamicznych i po części spontanicznych eskalacji dźwięków, choć przyznaję, że w proporcjach, które nie do końca stawiają mnie na baczność. Dużo grafiki na etapie przygotowań być może nieco temperuje zapędy tych doskonałych improwizatorów, ale podobnie jak w maju, w trakcie koncertu Flesh And Bone, kupuję ten pomysł na muzykę, bez względu na cenę i zdecydowanie pozostaję przy zielonej rekomendacji - high!


Twenty One 4tet (Luís Vicente/ John Dikeman/ Wilbert De Joode/ Onno Govaer)  Live At Zaal 100 (Clean Feed Records, 2016)

Zwartym podsumowaniem dokonania Kwartetu 21, rozpoczynamy bardzo rozbudowany blok recenzji ze znaczącym wątkiem portugalskim!

Ale najpierw rzeczony kwartet. Koncert z holenderskiego klubu Zaal 100 (miejsce, które co raz częściej pojawia się na mapie dobrych europejskich miejsc do grania), to zderzenie konstruktywnej trąbki Luisa Vicente z lokalnym zaciągiem jakże kompetentnych improwizatorów. Johna Dikemana na saksofonie gościliśmy już na łamach Trybuny niejednokrotnie, podobnie kontrabasistę Wilberta De Joode. Stosunkowo mniejszym doświadczeniem może się jedynie wykazać drummer Onno Govaer.




Trzy kwadranse niezwykle rzetelnego i energetycznego free jazzu, podane w czterech odcinkach. Muzycy specjalnie niczym nas nie zaskakują, ale ich warsztat, wyobraźnia, temperament i umiejętność wzajemnego słuchania sprawiają, iż kompulsywna ekspozycja koncertowa mija nam w atmosferze dzikiej przyjemności. Vicente znów na szkolną szóstkę, sprawna sekcja, może jedynie po stronie saksofonisty odrobina dziegciu… To już moja kolejna płyta z jego udziałem, a wciąż mam wrażenie, że słucham tego samego… Ekspresja i hałas, to nie jedyne dostępne środki wyrazu dla saksofonisty z aspiracjami. Także umiejętność, czy też chęć (?) wchodzenia w trwały dialog z gotowym na wszystko trębaczem, nie jest współmierna z moimi oczekiwania w ramach formuły kwartetu free.

Te drobne ambiwalencje nie zmieniają oczywiście oglądu całości. Koncert z Setki na zielono (high!).


John Dikeman/ Fred Lonberg-Holm/ Gonçalo Almeida/ George Hadow  Dikeman, Lonberg - Holm, Almeida, Hadow (Cylinder Recordings, 2015)

O Cylidrowym netlabelu portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy pisałem już w osobnej opowieści. Teraz kolejna pozycja z katalogu wytwórni. Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (uwagi personalne, patrz: w recenzji powyżej), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).




Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza, ale rekomenduję ledwie na middle. Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


Roji  The Hundred Headed Women (Shhpuma Records, 2016)

Doprawdy nie wiem, czy Gonçalo Almeida przeszedł jakieś poważne załamanie nerwowe po rozstaniu z kobietą swojego życia, czy dopadł go kryzys wieku średniego, ale nagrał niezwykle… koszmarną płytę!




Gra tu na gitarze basowej, ostro sfuzowanej i nieziemsko przesterowanej (nota bene, podjąłem wiele prób, by tę muzykę odtworzyć w przyswajalnej akustycznie formie, niestety bez efektu). Towarzyszy mu drummer o ewidentnie … deathmetalowych umiejętnościach. W trzech numerach przez gigantyczną ścianę hałasu próbuje się przebić … też sfuzowana, trąbka Susany Santos Silvy, a gdy ona nie daje rady, do dzieła przestępuje cokolwiek głośny saksofonista, Colin Webster. Efekt jest w sumie dość smutny. Gdyby jeszcze tę muzykę (jaki koszmarny tytuł, przy okazji, no ale to chyba ten miłosny zawód) dało się posłuchać bez zgrzytów, rzężenia i dzikich pisków, to być może obroniłaby się w estetyce ekstremalnego, acz mocno psychodelicznego fussion. A tak, chcąc nie chcąc, pozostaje nam skwitować wysiłki czterech muzyków mało konstruktywnym epitetem - spora katastrofa!

Szkoda, bo w spokojniejszych momentach ta koślawa estetycznie muzyka trochę się broni. Pierwotna rekomendacja zamknęła się trzema znakami zapytania, ostateczna tapla się w powodzi, czerwonej jak krew, rzeki rozczarowania (low!).


Susana Santos Silva/ Christine Wodrascka/ Christian Meaas Svendsen/ Håkon Berre  Rasengan! (Barefoot Records, 2016)

Po Setce koślawych kobiet musimy koniecznie odreagować! Zostawmy na scenie nieco umęczoną, acz tym razem bezwzględnie czystą akustycznie, Susanę Santos Silvę i zaprośmy do zabawy trzy inne akustyczne (dzięki!!!!) instrumenty. Francuska pianistka raczej starszej generacji, potrafiąca przepięknie improwizować z wnętrza swego instrumentu i dwóch młodzieniaszków ze Skandynawii (Norwegii?), niebywale kompetentnych w zakresie operowania kontrabasem i skromnym zestawem perkusyjnym, czego dowodzi Rasengan! – niedługa, ale bardzo frapująca opowieść w estetyce free improv.




Bywają płyty przegadane, bywają nagrania urywane w pół słowa. Tu – w sierpniu ubiegłego roku w Cafe Mir, w Oslo – wszystko przebiegło w sposób właściwy i niebudzący wątpliwości nawet stetryczałego recenzenta takiego Jazz Forum (wyobraźcie sobie, że to dziwne pismo ciągle się ukazuje…). Nagranie trwa mniej niż 40 minut i generuje ogromną pazerność na coś jeszcze, ale w tym konglomeracie szeptów, krzyków, dysonansów i delikatnych przepięć energetycznych zachowano modelowe wręcz proporcje. Dlatego wydawnictwo duńskiej oficyny Barefoot dostaje ode mnie high!, tak zielone, jak lasy spowijające uroczą Maderę. Piękna płyta!


RCJ (Luiz Rocha/ Diego Caicedo/ Marko Jelača)  Adeptus Exemptus (Discordian Records, 2016)

Kończąc wątek portugalski, najnowsza pozycja katalogowa… barcelońskiego netlabelu DR – trio RCJ. Odszyfrujmy ten skrót: Rocha - klarnecista z Brazylii (mieszka w Barcelonie), Caicedo - gitarzysta z Portugalii (?) i serbski po ojcu, acz kataloński z rezydencji, perkusista Jelaca.




Trzynaście uroczych opowieści w estetyce bardzo swobodnej improwizacji, z delikatnymi, jak na gatunek, pasażami klarnetu, nieco rozwichrzoną i maczaną w psychodelii gitarą elektryczną (ale bez rockowych sznytów) i kompetentną, stylową robotą perkusyjną. To drugi krążek tria (poprzedni dostępny też elektronicznie z DR). Nazwanie tej muzyki relaksacyjnym free improv, byłoby pewnie grzechem, ale osobiście dobrze mi się przy tej muzyce… odpoczywa. Nic na siłę, bez krzty pretensjonalności, choć także ze świadomością, iż rewolucja nie jest jeszcze naszym udziałem. Przyszłość pokaże, czy trop jest właściwy. High!


Bobby Previte & The Visitors  Gone (ForTune Records, 2016)

Jeśli dwie dekady temu lubiliście słuchać wytrawnego jazz-rocka/ nowoczesnego fussion, wprost z Nowego Jorku, jeśli w odtwarzaczach biegały krążki takich zespołów jak Lost Tribe, czy Weather Clear, Truck Fast, to kupujcie Gone bez straty czasy na lekturę tego omówienia.




Relacja z ubiegłorocznego, warszawskiego koncertu kwartetu doskonałego perkusisty, kompozytora i pełną gębą band lidera, Bobby Previte’a (to on kierował drugim z przywołanych wyżej zespołów), przynosi właśnie tę oczekiwaną porcję radości. Zgrabne tematy, udane harmonie, kompetentne improwizacje, nieprzegadane choćby na moment, wreszcie duża dyscyplina w kreowaniu muzycznego spektaklu. Dodajmy, że składu Gości dopełniają: Michael Kammers (saksofon tenorowy, organy, piano), Michael Gamble (gitara elektryczna) i Kurt Kotheimer (gitara basowa).

Dla mnie to oczywiście jedynie middle, ale dam podpórkę high, choćby w podziękowaniu za przyjemność i relaks, jaki daje odsłuch tego koncertu. Smakowite, jakkolwiek.


Silva/ Rasmussen/ Solberg  Free Electric Band (ForTune Records, 2016)

No i kolejna krajowa produkcja (intensywność, z jaką oficyna ForTune zalewa rynek muzyczny godna jest pochwały), ponownie relacja z incydentu koncertowego popełnionego z tej strony Odry (tym razem Wrocław), dwa lata temu i trio jednak dość szczególne.




Absolutny weteran free jazzu, Alan Silva, w czasach pionierskich gatunku głównie kontrabasista, od trzech dekad raczej sięgający po instrumenty klawiszowe i realizujący się także jako kompozytor dużych formacji muzycznych. Na okoliczność koncertu, który wypełnia ten krążek, zwarł szeregi ze skandynawskim zaciągiem młodzieży - Mette Rasmussen na altowym saksofonie i dobrze już nam znany (choćby z występów z Johnem Russellem) Ståle Liavik Solberg na perkusji. Sam Silva instrumentalnie produkuje się na syntezatorze. Ta trójka postanowiła przyjąć nazwę Free Electric Band. Odważna i w sumie trafna decyzja.

W trakcie trzech kwadransów koncertu, dzieje się naprawdę wiele. Jest atak, jest obrona, są chwile grozy i nostalgiczne momenty wyciszenia. Mette na szybkim alcie, wiele daje obrazowi całości, choć do zachwytów nad jej warsztatem i pomyślunkiem, z którym stykam się, czytając recenzje innych, na razie daleko. Silva bywa tu – jak ma w zwyczaju – dość barokowy (innymi słowy, sto pomysłów na minutę), ale dobrze kontrolowany kompetentnym drummingiem Solberga, nie broi zanadto.

Mimo początkowych wątpliwości, ta muzyka przy kolejnych odsłuchach zdecydowanie się broni, zwłaszcza po trzydziestej minucie, zatem rekomenduję na zielono (high!).


Joëlle Léandre/ Théo Ceccaldi  Elastic (Cipsela Records, 2016)

Portugalska inicjatywa wydawnicza i francuski duet damsko-męski na kontrabas i skrzypce. Skrzyżowanie dwóch pokoleń improwizatorów, w ramach domowego występu w roku ubiegłym, u niejakiego Albana Causse. Limitowana edycja, specyficzna szata edytorska i muzyka, która z jednej strony jest… absolutnie wspaniała (barokowe brzmienie i rezolutna improwizacja!), z drugiej zaś po jej odsłuchu w całości, czegoś mi brakuje. Sam nie wiem, czy chodzi o fragmenty niedopowiedzianej improwizacji, niczym zdania urywane w pół słowa, czy ewentualne zabiegi postprodukcyjne (ktoś ciął ten materiał?).




Z uwagi wszakże na oczywiste piękno tej muzyki, rekomenduję na zielono (high!) i zdecydowanie proszę o więcej muzyki tego niezwykłego duetu


Cortex  Live In New York (Clean Feed Records, 2016)

Czas zdynamizować nasz dzisiejszy odsłuch! Na scenie brooklyńskiego IBeam kompetentny i modelowy, jeśli chodzi o instrumentarium, kwartet freejazzowy - Thomas Johansson na trąbce, Kristoffer Alberts na saksofonach, Ola Hryer na kontrabasie, Gard Nilssen na perkusji. Zwarty, intensywny, chwilami stosownie zaczepny i lubiący nieprzegadane eksploracje sonorystyczne, dokument koncertowy, kończący się zdecydowanie przed czterdziestą minutą.




Mimo, iż w muzyce młodych Skandynawów nie ma specjalnych zaskoczeń, a kierunki improwizacji biegną wedle dawno wyznaczonych reguł gatunku, to tego koncertu słucha się naprawdę bardzo dobrze, zwłaszcza w tych codziennych chwilach, gdy nasze oczekiwania wobec rzeczywistości, nie tylko muzycznej, są odrobinę wygaszone.

Rekomendacja? Niech będzie high!, ale z delikatną podpórką middle, z uwagi na zasygnalizowany wyżej, niższy niż zwykłem oczekiwać, poziom nowatorstwa tej muzycznej propozycji.


The Out Louds (Ben Goldberg/ Mary Halvorson/ Tomas Fujiwara) The Out Louds (Relative Pitch Records, 2016)

Blok udanych i naprawdę frapujących pozycji naszej późnoletniej zbiorówki, zakończy urocze międzypokoleniowe spotkanie nowojorskie. Klarnecista Ben Goldberg, gitarzystka Mary Halvorson i perkusista Tomas Fujiwara – to muzycy, których zaprawionym słuchaczom muzyki improwizowanej przedstawiać chyba nie trzeba. Z Benem zetknąłem się dwie dekady temu, gdy z lubością eksplorowałem muzykę powstającą wokół postaci Johna Zorna. Ten klarnet zawsze brzmiał indywidualnie, a dzierżący go w rękach muzyk sprawiał wrażenie, że na wszystko ma czas.




Dziś, w ramach spotkania, które opatrzono podmiotową epitetem The Out Louds (bardzo trafnie zresztą), jeśli chodzi o Goldberga nic się nie zmieniło. Nadal jego grę wspaniale się słucha, a że i partnerów ma pierwszorzędnych, to w sumie po co szukać dodatkowego uzasadnienia dla oczywistego podsumowania tego krążka w estetyce zielonej (high!). Dodam jedynie, że studyjne spotkanie tej trójki na Brooklynie sprzed dwóch lat, zaowocowało aż jedenastoma fragmentami swobodnej improwizacji, dobrze wypalonymi na krążku Relative Pitch (a to ciekawa oficyna i onegdaj zapewne warto będzie poświęcić jej kilka słów).


Defibrillator & Peter Brötzmann  Conversations About Not Eating Meat (Border Of Silence Production, 2016)

Whit Dickey/ Kirk Knuffke  Fierce Silence (Clean Feed Records, 2016)

Michael Bisio/ Kirk Knuffke  Row For William O. (Relative Pitch Records, 2016)

Stirrup (Fred Lonberg-Holm/ Nick Macri/ Charles Rumback)  Cut (Clean Feed Records, 2016)


Słowo się rzekło, zatem przed nami już tylko krążki, które – każdy z trochę innych powodów – wrzucam u progu degresywnej jesieni, do dużego wora o skromnym tytule Szkoda Waszego Czasu.

Defibrillator? Elektroniczny puzon, kable i metalowy drumming plus dęta ściana dźwięku w wykonaniu Petera Brotzmanna. Za głośno i w sumie nie wiadomo, ku czemu ta inicjatywa artystycznie zmierza…I homeryckie iście pytanie, skąd w doskonałych muzykach improwizujących ta destruktywna potrzeba taplania się w hałasie?

Knuffke w dwóch duetach? Muzyk nagrywa wiele płyt, ciągle go pełno. Może zbyt wiele… Dickey i Bisio to świetni muzycy, ale w konfrontacji z czystym jak łza brzmieniem trąbki Kirka, nie wnoszą nic do naszej wiedzy o świecie współczesnym. Myślę, że monachijski ECM winien niezwłocznie wykonać telefon, a Knuffke natychmiast go odebrać. Jeśli ktoś gustuje w oczywistym jazzie, to jest to właściwy trop.

Stirrup? Melodia, rockowe frazy, beznamiętna sekcja. Rozumiem, że nawet tak wyśmienity muzyk jak FLH ma prawo nagrywać, co tylko chce. Ja – też mam prawo – nie lubić takiej muzyki.


środa, 21 września 2016

Mełech! Trilla! Mazurkiewicz! – krzepki incydent koncertowy z konstruktywną dogrywką


Jak mieliście okazję – mam nadzieję – całkiem niedawno przekonać się, brnąc w słowne pląsy Trybuny Muzyki Spontanicznej, odbyłem weekendową porą bardzo przyjemną przejażdżkę do bydgoskiego Mózgu, celem obejrzenia kilku szalonych koncertów muzyki improwizowanej.

Dotarłem nad Brdę jedynie na sobotni wieczór finałowy, zatem nie miałem okazji obejrzeć m.in. frapującego tria polsko-hiszpańskiego, spersonalizowanego do trojga nazwisk Mełech/ Trilla/ Mazurkiewicz.

Jakaż ogromna była moja radość, gdy w ułamek sekundy po reaktywowaniu mojego konta na powszechnie znanym portalu społecznościowym, przed oczyma – wprost z ekranu upaćkanego smartfona – zaatakowała mnie informacja, iż rzeczone trio gra w mym matczynym mieście! I to za jakieś ….trzy godziny.  Zatem tylko kilka szybkich telefonów, kompletna reorganizacja popołudniowego życia, przyjazny klimat u koleżanki małżonki i Wasz recenzent wylądował bezpiecznie na koncercie rzeczonego tria.




Najpierw słowo o inspirującym miejscu koncertu. Stare poznańskie Jeżyce, takaż kamienica i równie stare Centrum Amarant. Być może to zdumiewające, ale o istnieniu tego miejsca dowiedziałem się owe trzy godziny temu. Niewielki hol w wysokim parterze, przekształcony w małą salkę koncertową na kilkanaście osób. Plus zabawny bar z niekorporacyjnymi trunkami, barmanka otwierająca butelki … widelcem i ogrom przyjaznej atmosfery. Czegóż chcieć więcej.

Na skrawku holu posadowiło się trzech muzyków, bez wspomagania jakimkolwiek nagłośnieniem (bo i po co, skoro dzieliło ich od publiczności mniej niż 100 centymetrów):  Piotr Mełech na klarnetach, Jacek Mazurkiewicz na kontrabasie i gość z Barcelony, perkusista i perkusjonalista, Vasco Trilla.

Otwarta i niezwykle swobodna formuła free improvisation przykuła nas do twardych krzesełek od prawie pierwszego dźwięku. Po drobnym intro o inklinacjach jazzowych, kreowanych głównie przed rytmiczny walking kontrabasu, Panowie pięknie odfrunęli w odmęty mojej ulubionej gry w nieoczywiste dźwięki.

Mełech snuł na klarnecie swoją nieśpieszną opowieść (by w drugim interwale sięgnąć po klarnet basowy) i kreował rzeczywistość foniczną na swój ulubiony sposób. Nie jest on tytanem ekspresji, lubi szczyptę zadumy i nieoczywisty feeling wpleść w zgrabną improwizację. Ciągle poszerza swój warsztat, udanie korzysta z pomysłów bardziej doświadczonych (moja ulubiona zagrywka Johna Butchera, polegająca na graniu na instrumencie dętym, mając jego otwór przystawiony do podłogi, stała się już także udziałem Piotra). Wytrawny i pomysłowy to muzyk.

Mazurkiewicz nie jest być może w formule krwistego free improv muzykiem realizującym się na 110%, ale tembr jego instrumentu, lekkie wycofanie i utrzymywanie właściwych proporcji dramaturgicznych wewnątrz trzyosobowego składu, sprawiały, iż stanowił on idealne uzupełnienie dla introwertyzmu klarnecisty i … ekstrawertyzmu perkusisty.

No właśnie, Vasco Trilla… What a Man! Po wypakowaniu kilku obszernych toreb z przyrządami do stukania, uderzania, tarcia i generowania akustycznego rezonansu, wprawił siebie, wszystkie swoje przedmioty i przedmiociki perkusyjne, pozostałych muzyków i zgromadzoną publiczność, w stan permanentnego rozwibrowania i sensorycznego uniesienia. Czego tam nie było? Długo by opowiadać. Mnie osobiście Trilla najbardziej ujął generowaniem niesamowitych efektów akustycznych, jedynie poprzez zbliżanie do siebie wibrujących powierzchni talerzy i membran bębnów. Kosmiczna wyobraźnia, błyskotliwa inteligencja i zmysł dramaturgiczny. Myślę, że jego gra w wersji solowej równie silnie przykuwałaby zainteresowanie odbiorców.

Przez ponad trzy kwadranse udało nam się wszystkim – po obu stronach nieistniejącej sceny - w tym stanie akustycznego interferowania wytrwać i doczekać wynegocjowanego z pyskatą publicznością, jakże konkretnego, trzydziestosekundowego bisu. Wspaniały koncert!



Po koncercie mała niespodzianka…. w postaci skomunikowanego z nim, innego koncertu (na jeden bilet). Wystarczyło przejść pareset metrów w kierunku Starego Miasta, by dotrzeć do klubu o nazwie… Pies (bywa także firmowany jako Andaluzyjski) i znaleźć się na koncercie kwartetu zupełnie mi nieznanych muzyków, którzy na okoliczność tego wydarzenia przyjęli nazwę Drużyna Poznańska. A w składzie amerykański perkusjonalista, acz rezydent Poznania, Jeff Gburek, gitarzysta elektryczny Wojtek Więckowski, człek generujący dźwięki za pomocą amplifikowania przedmiotów nieinstrumentalnych, Hubert Wińczyk i całkowicie okablowany procesor dźwiękowy w osobie Macieja Maciągowskiego. Bardzo udana, ponad godzinna wycieczka ewidentnie elektroakustyczna (dodam, że gitarzysta i perkusjonalista także byli podpięci pod kable i się samoistnie amplifikowali), stanowiąca pełnoprawną dogrywkę do doskonałego koncertu tria z Amarantu. 

I znów królem polowania okazał się muzyk odpowiedzialny na … bębnienie. Niesamowity arsenał instrumentalny Gburka budził niekłamany podziw. Dwa zasadnicze bębny, wiele przedmiotów do generowania dźwięków i uderzania w powierzchnie płaskie i owalne, mikrowibrafon własnej produkcji, no i rzecz jasna trochę kabli. Muzyk na tyle skutecznie przykuł moją akustyczną i wizualną uwagę, iż mniej czasu w procesie odsłuchu poświęciłem pozostałej trójce muzyków. A i tam, było się czym zainteresować. Naprawdę udany koncert, wieńczący zupełnie niespodziewany, ale równie fantastyczny wieczór muzyki improwizowanej!