środa, 4 października 2017
Albert Cirera! - Premiera płyty solowej! Koncert w Poznaniu! Zapraszamy!
Tym razem jedynie zaproszenie na koncert. Okazja jest wyjątkowa. 11 października br. ukazuje się pierwsza solowa płyta jednego z ulubieńców Trybuny - katalońskiego (choć z Lizbony) saksofonisty Alberta Cirery!
Płyta zwie się Lisboa's Work i ukazuje się nakładem wydawnictwa Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series!
Dane niezbędne, by dotrzeć na koncert:
Poznań, Pan Gar/ Centrum Amarant, Słowackiego 19/21.
Godzina: 18.00. Dzień: 11.10.2017r.
Set pierwszy będzie występem solowym na saksofonie tenorowym i sopranowym. W secie drugim do Cirery dołączy Witold Oleszak na instrumentach klawiszowych.
Serdecznie zapraszamy!!!!
Jeszcze dziś wieczorem można będzie - przedpremierowo - posłuchać fragmentów płyty w II Programie Polskiego Radia, w audycji Czas na Jazz. Godzina 22.00. Zaprasza Tomek Gregorczyk i Janusz Jabłoński.
Dla przypomnienia, historie już opowiedziane na Trybunie o muzyce Alberta Cirery: tu znajdziesz recenzje .
Opowieść o muzyce improwizowanej z Witoldem Oleszakiem w roli wiodącej: tu znajdziesz
czwartek, 28 września 2017
Yodok III – The Mountain Of Radiance, of course! *)
Gitara elektryczna, przystawki, przetworniki dźwięku - po
lewej stronie sceny, patrząc z perspektywy odbiorcy. Tuba i flugabone
(instrument dęty, coś pomiędzy tubą a trąbką) podłączone do amplifikatorów wielkiej
mocy, po prawej. Na samym środku, pełnowymiarowy zestaw perkusyjny. Niech taki
obraz stanie Wam przed oczami. Być może pomocne okażą się fotografie.
Gitarzysta nazywa się Dirk Serries i na ogół siedzi na
krześle, mając swój iskrzący prądem instrument strunowy rozłożony na kolanach. Tubista, to Kristoffer Lo. W trakcie
koncertu na ogół klęczy. Obok leży wielka tuba, która jest dramatycznie
okablowana. Muzyk dmie w nią właśnie w pozycji na kolanach i manipuluje potencjometrami. Perkusista - Tomas Järmyr
zasiada za zestawem bębnów i talerzy. W jego przypadku trudno o inną pozycję.
Formacja zwie się zaś Yodok III. Odpowiedź na pytanie, dlaczego
akurat ta rzymska trójka w nazwie, a także dwa słowa o samych muzykach,
odnajdziecie w tekście opublikowanym na Trybunie
nie dalej, jak cztery tygodnie temu. Tekst dość szczegółowo opisał wówczas
katalog sublabelu Tonefloat Records - A New Wave Of Jazz, zaś rozdział
poświęcony grupie nosił tytuł Let’s rock
and go dark. Droga na skróty dla leniwych jest tutaj (look here!)
Ze strony Pana Redaktora padła wówczas obietnica bliższego
przejrzenia się dwóm najnowszym płytom Yodok III, które dostępne są światu od
roku ubiegłego. Dziś obietnica ta zostaje spełniona.
Legion Of Radiance -
Live At Dokkhuset
Koncert w Dokkhuset (Trondheim, Norwegia), 15 maja 2015.
Jeden track o długości 68 minut.
Dostarcza Consouling Sounds (CD, 2016).
W mroku, od właściwej strony ciszy, zaczyna się ta opowieść,
jak każda zresztą, gdy odpowiedzialnymi za efekt końcowy są muzycy Yodok III.
Pierwszy dźwięk, to być może szelest szczoteczek perkusyjnych, może to
delikatne skwierczenie wzmacniacza tuby. Gitara na razie na bardzo dalekim
planie, zbliża się, warząc każdy swój krok. Pierwsze mikrodrony tuby. Wciąż
intensywnie nadstawiamy uszu, by cokolwiek dobyć z otchłani tej groźnej ciszy.
Mechaniczny rezonans. Gitara nadal w oddali, rytmiczne szmery perkusyjne. Tomy
i werble rozmawiają ze sobą szeptem i knują intrygi. Z kajetu recenzenta: na
tle poprzednich nagrań Yodok III, instrumenty są bardziej separatywnie
umieszczone w przestrzeni fonicznej i nie lepią się w jeden wielodźwięk. Ale i tak, nawet wyjątkowy zaangażowany
słuchacz może mieć problemy z precyzyjnym diagnozowaniem źródeł dźwięku. Lo
bezwzględni czyni cuda, przepuszczając dęte pasaże przez kilometrowe zwoje
kabli, Järmyr przypomina zaś perkusyjną pozytywkę. Upływa 9 minuta, a muzyka
wciąż pozostaje niezwykle cicha. Proces narastania dźwięku bywa żmudny,
pracochłonny, ale realizowany jest przez muzyków z iście nordycką precyzją.
Kolejne jego etapy kontrapunktowane są przez perkusistę, który funkcjonuje na
ekstremalnym pogłosie. Złowieszczo pomrukuje i stawia stopy, robiąc bruzdy w podłodze. Okolice 17 minuty –
obecność perkusji w zwoju improwizacji jest już akustycznie namacalna. Tak,
definitywnie gra żywe dźwięki! Dwa
dronowe źródła dźwięku, na przeciwległych flankach, przeczą jednak realności
tej sytuacji scenicznej. 20 minuta – dron gitarowy narasta, jest już na krzywej
wznoszącej, tuba kontratakuje, w tle zaś upiorna pozytywka, która trwa niczym niekończący się koncert AMM.
Järmyr stawia coraz silniejsze akcenty (stopa!), a my, niezłomni odbiorcy tego
muzycznego szaleństwa, atakowani jesteśmy dwoma gęstym zwojami melodii (Serries
z lewej, Lo z prawej), repetowanymi z uporem godnym lepszej sprawy. To
narracja, która kipi namiętnościami i emocjami każdej serii Twin Peaks, która ma twarz wszystkich
wartościowych kochanek, jakie mieliście czelność stracić w swym zbyt długim
życiu.
W 25 minucie okazuje się, że tuba, tudzież flugabone potrafią
zmysłowo pohałasować. Perkusja jest już tak silnie rozgrzana, że iskry lecą, to
w prawo, to w lewo. Gitara buduje zaś foniczny kosmos i wyjątkowo dobrze jej idzie.
30 minuta, to już stan pełnego wrzenia. Dźwięki bulgoczą, płyną, eskalują się. Pogłos
sprawia jednak, iż ich industrialny ciężar ma metafizyczną wręcz lekkość,
ledwie muska nam bębenki uszne. Po kolejnych pięciu minutach czeka nas
delikatne wybrzmienie, narracja spowalnia, a na placu boju zostaje tuba i jej
upiorna, ale czysta melodia, powtarzana w nieskończoność. Oczyszczająca moc
melodii! Reszta milczy, dyszy, łapie oddech po ustaniu hałasu. A w tle buduje
się już nowa narracja. 37 minuta zwiastuje nowy świt! Mocny dron tuby stawia
nas do pionu. Na nim wznoszony jest blok skalny nowej improwizacji. Powraca
pozytywka (może to sekwenser?), a gitara buduje separatywny dron. Perkusja
czeka na przebieg wypadków, ociera pot z czoła. Ta nowa opowieść jest bardziej
zadziorna, nawet agresywna fonicznie i początkowo całkowicie wyzbyta melodii.
Stopa znaczy teren i porządkuje wydarzenia na scenie. Po 45 minucie rodzą się
jednak nowe zarysy melodii, które nakładają się na siebie, jak plastry miodu, a
rzeczona stopa dba o poziom cukru (jesteśmy na powrót w dużym już hałasie!).
Konwulsyjny drumming pnie się
środkiem i rozdziela akustycznie, samoeskalujące się porcje melodii na flankach.
Wszyscy pniemy się już po drabinie intensywnie narastających dźwięków! Mija
godzina koncertu, a szczyt jest już bliski. Järmyr ma w rękach lejce i gotów
jest użyć bata! Noise for ever!
Muzycy są wyjątkowo konsekwentni i na pewno zrealizują plan tego wieczoru w
100%! Finał, to już prawdziwa eksplozja bębenków usznych, w idealnej symbiozie
z egzystencjalnym oczyszczeniem! Noise
makes perfect! Jeszcze tylko orgazm, a potem już same oklaski.
The Mountain Of Void -
Live At Roadburn 2016
Koncert w
ramach Roadburn Festival 2016 (Tilburg ,
Holandia). Dokładna data nieznana. Jeden track (CD) lub dwa traki (LP).
Około 47 minut. Dostępny dzięki Tonefloat Records (2016).
Part One. Intensywnie,
hałaśliwie, wielodźwiękowo od pierwszego oddechu – dość nietypowo, jak na
kanony Yodok III. Sprzężenia i interakcje na flankach. Perkusja aktywna od
startu, drumminguje niezwykle szeroko
w przestrzeni fonicznej koncertu. Gitara i tuba posadowione jakby bliżej siebie.
Już po paru chwilach odnotowujemy incydent na kształt solówki na bębnach!
Czynionej, dodajmy, na tle połyskujących smołą, wyważonych dronów gitary i
tuby. Ta ostatnia emituje środkiem, ma matowe, wręcz elektryczne brzmienie. Narracja toczy się szybko, jakby
dotychczasowy Yodok III odtwarzany był na 45 obrotów (słuchamy wersji
winylowej, zatem skojarzenie jakże zasadne). Oczywiście sama narracja,
tradycyjnie narasta i gęstnieje, ale ów proces nie jest chyba równie spektakularny,
jak choćby na płycie wcześniej omówionej. W podstrefach akustycznych, pojawiają
się drobne zarysy melodii, ale wszystko odbywa się pod pręgierzem aktywnej
pracy perkusyjnej. Muzycy zdają się być mniej cierpliwi, eskalują w pośpiechu,
są bardziej pobudzeni, a adrenalina buzuje w ich żyłach. Czyżby gotyccy
wyznawcy dark-ambientu trafili na death-metalowy festiwal? 16-17 minuta –
improwizacja nabiera rozpędu i popada w energetyczny galop. Wybrzmienie
przychodzi dość szybko, niespodziewanie, ale jest tłuste, wielopłaszczyznowe,
otwarte stylistycznie, pełne uroczych znaków zapytania.
Part Two.
Wyłaniamy się z mgławicy ambientu, zapewne powracamy do stanu na koniec
pierwszej strony czarnego krążka. Tym razem dźwięki wyłaniają się z otchłani
piekielnej dużo spokojniej, w estetyce bardziej typowej dla tych trzech
muzyków, w tej konfiguracji personalnej. Zwinna perkusja, płynna, stabilna
fonicznie gitara, eksplodujący, mutowany, ale czysty dźwięk tuby. Cool silent non-anarchy ambient! Pięknie
płyniemy, co za widoki! Tuba
realizuje urocze pasaże w wysokim rejestrze. Po 15 minucie pierwsza próba
niezobowiązującej eskalacji. Napęd daje Tomas, Dirk i Kristoffer zdają się być
odrobinę oporni na wiedzę. Ale systematyczna praca procentuje – muzycy spinają
się perfekcyjnie. I znów, na finał, wcale nie skromna galopada. Doom more than dark ambient metal!
Intrygujące sprzężenia na gryfie gitary, tłumienie emocji przy skomlącej i
gasnącej tubie. Szybkie wybrzmienie i … burza oklasków, jak na prawdziwym
rockowym koncercie!
wtorek, 26 września 2017
John Butcher! – The Last Dream of Raw Nightingale! *)
Jak wskazuje statystyka, brytyjski saksofonista John Butcher
był już gościem Trybuny trzynastokrotnie.
Tu drobne przypomnienie look at this!
Bez zbędnych zatem wstępów, proponuję uważny odsłuch trzech
nowych lub stosunkowych nowych płyt tego muzyka. Ta muzyczna przygoda będzie
tym ciekawsza, iż każde z wydawnictw zaprezentuje Johna w trochę innej konwencji
gatunkowej. Zaczniemy niechybnie freejazzowo, potem zatopimy się we
współczesnej kameralistyce, by opowieść zwieńczyć konstruktywnym free improv.
The Last Dream
Trudno wyobrazić sobie lepszy początek dla dzisiejszej opowieści. John
Butcher w szponach sekcji rytmicznej, która wyniesie na wyżyny każdego
saksofonistę. Tym bardziej tak wybitnego, jak nasz bohater. John Edwards na
kontrabasie i Mark Sanders na perkusji! Muzycy zwarli swoje szeregi w
listopadzie ubiegłego roku, w miejscu zwanym The Fish Factory (Willesden,
Zjednoczone Królestwo). Nic nie wskazuje na to, iż spotkanie odbyło się z
udziałem publiczności. Efekt fonograficzny dostarcza Relative Pitch Records, a
krążek zwie się Last Dream Of The Morning (2017). Pięć improwizacji, czas
trwania 52 minuty. Zaglądamy do środka.
Wstęp do pierwszej opowieści niczym nie zaskakuje. Tremola Butchera na tenorze, twarda, gęsta,
istotnie dynamiczna sekcja rytmiczna, delikatnie oparta na wybuchowym smyczku.
Muzycy nie gonią się wzajemnie, z rozwagą stawiają każdy krok, albowiem do ostatniego
pociągu powrotnego jeszcze daleko. Są wielowymiarowi, pełni improwizacyjnego
pomyślunku. Narracja wszakże aż kipi z nadmiaru dźwięków. Pierwsze, jakże
zmysłowe wyciszenie proponują już w piątej minucie. Na moment robią się jednak
groźni akustycznie (niemal industrialni!). Eskalują się równie szybko, jak
przed momentem osiągnęli stan wzmożonego skupienia. A zatem drugi odcinek - cisza, konsternacja, wewnętrzne tarcia, rodzaj
specyficznego inside music. Gęsty
sos, tłuste obcierki w ślimaczym
tempie. Smyk na gryfie kontrabasu, zanurzony w głębi piekielnej, tyczy szlak
kolejnej eskapady. Butcher jakby grał jedynie na ustniku - wysokie, ptasie
zaśpiewy. Na finał galopada, bo z taką sekcją nie można inaczej. Trzecia,
najdłuższa piosenka – mimo braku niespodzianek
muzyka wbija w fotel nawet najbardziej wytrawnego słuchacza. Muzycy znają się
jak łyse konie (choć po prawdzie, w takim trio grają bodaj pierwszy raz!),
zatem każdy pomysł skutecznie wprowadzają w stan realizacji. Zmiany tempa,
metod frazowania, stylu improwizacji – raz za razem, w mgnieniu oka (i ucha). Wonderful! W
okolicach 9 minuty, jakże piękny przystanek! Kontrabas drży, saksofon
piszczy, perkusja zaś staje się na moment wielką orkiestrą talerzy. Rwane frazy
Butchera, jakże wyrafinowane. Muzycy tak zwinnie się imitują, iż recenzent ma
problemy ze wskazywaniem źródła dźwięku. Tempo jest tu pogrzebowe, zatem
mnóstwo czasu na niuanse brzmieniowe. Edwards zrywa podłogę, prawdziwy nalot dywanowy! Butcher skowycze i woła na
ratunek! Sanders i jego talerze w stanie rezonującego orgazmu! Soczysta
dynamizacja - trudno o lepsze rozwiązanie dramaturgiczne w tej właśnie chwili!
A Butcher, jak to ma w zwyczaju na każdej prawie płycie – znów jest w
stanie zaskoczyć nowym dźwiękiem, czy barwą brzmienia! Czwarty, krótki numer, choć
wcale nie relaksacyjny – kojenie nerwów po Piaskowym
Tańcu (tytuł poprzedniego odcinka) idzie jak po grudzie, bo muzyków
rozsadza energia kinetyczna. Urywane frazy, przepychanki, drobne swawole. Nieźle
hałasują w ramach tego ukojenia. No i finalny, piąty fragment – znów jakby
szczypta akustycznego noise &
industrial! Globalny atak
fonii! Doskonałe! Z
kajetu recenzenta: ta płyta na ogół toczy się dość powoli, ale jest gęsta od emocji, leje się jak niestygnąca lawa. Improwizacja potrafi wręcz stanąć w miejscu, głęboko
się zawiesić, by po chwili nieśpiesznie ruszyć w kolejną podróż. Sanders i Edwards
są bardzo szeroko rozstawieni, pozostawiają dużo przestrzeni saksofoniście, a
ten nie marnuje choćby chwili. No i to perfekcyjne brzmienie! Na ostatnie
dźwięki, zwyczajowe wybrzmiewanie z detalami na gryfie i dyszach.
Raw
Miejsce zwie się Offene Ohren. Jesteśmy w Monachium, pod
koniec stycznia 2015 roku. Na scenie trio smyczkowe pod nazwą własną Trio
Kimmig-Studer-Zimmerlin oraz John Butcher. Pod względem instrumentalnym rzecz
ma się następująco: skrzypce, kontrabas, violoncello
oraz saksofon tenorowy naprzemiennie z sopranowym. Koncert podzielony na cztery
odcinki (wypauzowane), potrwa czterdzieści pięć minut i tyleż sekund. Dostarcza
Leo Records pod tytułem Raw (2016).
Suchy saksofon i
iskrzące się trzy strunowce – to
punkt wyjścia do niezwykłej przygody akustycznej, która wiedzie trzech muzyków,
osadzonych we współczesnej kameralistyce, na manowce istotnie uwolnionej
improwizacji. A przewodnika mają prawdziwie diabelskiego! Komórkowa narracja, pytania i odpowiedzi, celne riposty i soczyste
niedopowiedzenia. Artystyczny konsensus osiągnięty zostaje ledwie po kilku
minutach dźwiękowych przymiarek. Jakby całe życie tylko razem, we czterech muzykowali. Improwizowana kameralistyka na styku z pro-jazzowym saksofonem.
Zmiany tempa, trybu narracji, splatają się ze sobą i udanie konweniują. Muzycy
lubią ciszę i zadumę, nie stronią jednak od ostrych
dźwięków na krawędziach swoich instrumentów. Akcenty zawahania, tłumione emocje
i wewnętrzny ogień piekielny. Walka przeciwieństw z dobrym efektem dla
skupionego odbiorcy. W 12 minucie startuje drobna eskalacja pod dyktando
Butchera. Strunowce nie mają
jakichkolwiek problemów poznawczych. Baa, nawet potrafią przejąć inicjatywę.
Fragment drugi zaczyna się złowieszczą ciszą. Rodzaj sonorystyki, która nabiera
barw z upływem czasu. Taniec na strunach i dyszach, w wysokim rejestrze. Ptasia artykulacja na kontrabasowym
stelażu. Wytrawne, czerwone wino! A galopada na finał, przepyszna! Trzeci
interwał toczy się wedle podobnego scenariusza, co poprzednie. Suche sonore saksofonu na tle
perkusyjnych strun w stanie drżenia. John sięga po sopran, a to dobrze wróży
tej improwizacji. Dużo kreacji na strunach, nie mało emocji w wąskiej
tubie dęciaka. Modulowany sound jako zaskoczenie. Sporo dźwięków w
oparach ciszy, choć swąd eskalacji snuje się po sali koncertowej. Jednak
ostatnie sekundy iskrzą emocjami i ładunkiem fonii. Gwałtownie, raptownie,
dotkliwie! Czas na finałowe 5 minut tego koncertu. Start wprost z gryfów strunowców, czystym tembrem, a tuż obok
nieco zawadiacki tenor. Opowieść snuje się minimalistycznie, sound by sound. Szczypta oniryzmu spod
smyczków, pięknych, zrównoważonych emocjonalnie pasaży i mikroetiud. Saksofon
też jakby płynął po wezbranej rzece. Ostatni dźwięk nie pozostawia złudzeń, co
do wartości tej rejestracji. Wyśmienite! Delicious!
Nightingale/ Nachtigall
Jakże trafna ptasia konotacja zawarta w tytule płyty! Skowronek w rozkwicie! Baa, nawet trzy
skowronki. Ale do rzeczy: Antwerpia, dwa dżdżyste, marcowe dni w Belgii, w roku
2013, okoliczności studyjne. Trzech muzyków. Dwaj weterani, mistrzowie gatunku
z Anglii – Paul Lytton na perkusjonaliach i John Butcher na saksofonie
tenorowym i sopranowym oraz skromny aspirant z tejże Antwerpii – Joachim
Badenhorst na klarnetach i saksofonie tenorowym. Osiem fragmentów z tytułami,
47 minut i krążek Nachtigall. Wydawcą
jest Klein Records, label założony przez ostatniego z muzyków, właśnie na
potrzeby wydania efektów fonograficznych sesji z dumnymi synami Albionu (2013,
numer katalogowy 001). A w środku prawdziwie ptasia eksplozja!
Zaczynamy od trzyczęściowej suity! Burczenie, syczenie,
cmokanie, smoła w ustach. Dwa dęciaki na
przeciwległych flankach i żywe, jak srebro, perkusjonalia po środku. Prawdziwie
owadzi świat improwizacji! Mikroeskalacje
na skrzydłach, motyle i świerszcze. A Lytton chytrze dynamizuje poczynania
Butchera i Badenhorsta. Czyni to w zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty. I
to jak! Noże i widelce, szczotki, mopy i chusteczki jednorazowe! W międzyczasie
pyskówka dęciaków i świetna
puenta klarnetu. Drugą część suity stempluje klarnet, czyniąc próby melodyzacji
tej wciąż filigranowej improwizacji. Wygładzanie kantów, wytłumianie emocji.
Rozszerzone techniki artykulacji ze strony Butchera – dodaje bystry recenzent!
A Lytton tworzy dynamiczne sytuacje na potęgę! Skutek? Kolektywna eskalacja,
niczym czołg. Trzeci utwór zaczyna się introdukcją perkusjonalną, w którą
wkleja się Butcher na sopranie, mając melodię między zębami. Badenhorst powraca
w czwartej minucie i szorstko imituje starszego kolegę. Czwarty odcinek – aż
gęsto od dźwięków! Ale wszystkie one lekkie, swobodne, akustycznie drobne w dotyku. A Lytton podpowiada,
inspiruje. Wiedzie pozostałych na pokuszenie dynamiką swoich działań. A oni,
gdybyście zapytali, bardzo subordynowani, ale równie kreatywni. W piątym,
szóstym i siódmym fragmencie (wszystko to miniatury) znów perkusjonalista tyczy
szlak bojowy. Na flankach konkurs piękności. Kto zagra ładniej dla oka,
piękniej dla ucha. Sonorystyczne wzmagania. Rodzaj suchej ballady free improv. Od ciszy do głośnych
ekspozycji. Świetny tembr Joachima, niegorszy Johna, choć bardziej …
perkusjonalny. Wreszcie dziewięciominutowy finał – dęciaki delikatnie się imitują. Lytton stawia im stemple na czole i
pyta o pogodę. Szczypta udanego kolektywizmu w trybie bezmelodyjnym. Ach, te suche
dysze! Spokojna narracja, pojedyncze, intrygujące dźwięki na bokach. I znów ten
szaleniec Lytton! Czym byłaby ta płyta bez jego permanentnego stawiania na
baczność kolegów, pozostanie pytaniem retorycznym. Na finał powraca klarnet
basowy i komentuje wyczyny starszych (ci śmiało mogą się rewanżować szerokim wachlarzem komplementów - Joachim brnął przez to nagranie na pełnych prawach!). A galopada na ostatniej prostej, to już tylko wyjątkowo udana puenta całej, jeszcze lepszej płyty!
Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!
*) ang. Ostatnie
marzenie surowego skowronka – oczywiście ten tytuł brzmi nonsensownie, ale jest
przecież językową zbitką tytułów płyt, recenzowanych w tej opowieści.
piątek, 22 września 2017
Daelman! Serries! Troch! – Two hours (+ extra time) of living death! … for rotting vegetables, of course!*)
What a game! - należałoby
krzyknąć i bez zbytniej zwłoki przejść do ponownego odsłuchu niezwykłego
wydawnictwa, firmowanego przez trzech muzyków z Belgii.
Jego niezwykłość ma podwójny wymiar – po pierwsze to muzyka,
która rwie trzewia recenzenta zdecydowanie ponadnormatywnie. Decyduje o tym
jakość, świeżość i artystyczna nieprzewidywalność dźwięków tu zamieszczonych.
Po drugie – bo dostajemy je w formie podwójnego zestawu … kaset magnetofonowych
w nakładzie… 37 sztuk! **)
Aktorzy tego muzycznego spektaklu są następujący: Jan
Daelman - multiinstrumentalista, tu tenorzysta, flecista i … skrzypek (baby violin), Thijs Troch – pianista, no
i ten trzeci, bez dwóch zdań najważniejszy, Dirk Serries na gitarze
elektrycznej. To ostatnie nazwisko pada tego roku na Trybunie na tyle często, że nawet mniej bystrzy Czytelnicy winni je
kojarzyć. Choćby z rozbudowanej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz, opublikowanej ostatniego dnia sierpnia br.
Podwójna kaseta bez tytułu składa się z czterech
separatywnych opowieści. Kaseta pierwsza zawiera dwie sesje studyjne,
poczynione w duetach (Sunny Side, Anderlecht, Bruksela), zaś kaseta druga -
koncert tria zrealizowany w belgijskim klubie De Singer oraz post-produkcyjne, recyklingowe dzieło niejakiego Fear
Falls Burninga (znawcy historii europejskiego ambientu wiedzą doskonale, iż pod
tą nazwą ukrywa się od wielu już lat…Dirk Serries). Wszystkie nagrania zostały
zarejestrowane prawdopodobnie w roku 2015 (opis wydawnictwa tego nie
precyzuje). Edytorsko dostępne są od ostatniego dnia października 2016 roku,
dzięki doskonale nam już znanemu labelowi z Manchesteru - Tombed Visions.
Za moment prześledzimy, minuta po minucie, zawartość obu kaset.
Na tę czynność potrzebować będziemy dwóch godzin zegarowych. Potem – w ramach
dodatkowej porcji przyjemności (ów extra
time w tytule!) - sprawdzimy, cóż wydarzyło się w trakcie 35 minutowego
koncertu tego samego tria, już w roku bieżącym (tym razem dzięki operatywności
wydawnictwa Nachtstuck Records - premiera 17 lipca br.).
Anderlecht Session II.
Duet Daelman & Serries już stoi w blokach startowych. Od pierwszej sekundy
na ostro, z maksymalną drapieżnością, dwa instrumenty w stanie nieustannej pyskówki.
Saksofon tenorowy, jak ostrze brzytwy, tnie niezwykle precyzyjnie. Gitara
elektryczna zapętlająca się i zgrzytająca, w stanie permanentnego, dynamicznego
sprzężenia. Psychedelic knives!
Narracja jest stała, zawieszona niczym wielka pętla na szyi niewinnego skazańca,
być może na całe 36 minut. Eksplozywnie, kompulsywnie, śmiertelnie! Szorstkie,
punkowe, wręcz noise’owe brzmienie obu instrumentów. Po 15 minucie Serries
zmienia nieco strategię działania. Nie eskaluje hałasu w pełnym zwarciu, raczej
wycofuje się i przyjmuje rolę komentującego recenzenta. Snuje delikatnie
synkopowaną opowieść, jest o pół tonu spokojniejszy i dzięki temu akustycznie
bardziej wyrazisty. Daelman idzie w zaparte, jest konsekwentny i zabójczo
precyzyjny. Atonalny wulkan energii! On także potrafi zmieniać metody
frazowania, bardziej wnikliwie wgryzać się w przebieg duetowej improwizacji.
Obaj muzycy świetnie się słuchają, intensywnie reagują i wchodzą w eskalujące
się interakcje. Niespodziewanie do gry wchodzi flet! Być może wymiana
instrumentu odbyła się on-line (co za tempo!), być może mamy do czynienia z klejeniem poszczególnych
części nagrania (sesja jest jednym trakiem,
jedną stroną kasety, ale prawdopodobnie nie jednym ciągiem dźwiękowym). Doom-heavy-flute! Dirk gra teraz nieco inaczej, mniej sonicznie, stara się
pozostawiać więcej przestrzeni słabszemu fizycznie dęciakowi. Ucieka w dość wysoki rejestr. Przypomina upaloną wiolonczelę? Nie,
to jednak kolejna zmiana instrumentu. W rękach Jana lądują dziecięce skrzypce! Soczysta sonorystyka, gwałtowne
zmiany tempa. Galopada na całego! Ciarki na plecach recenzenta! Radykalna
zmiana klimatu, tempa narracji następuje całkowicie niespodziewanie (znów
klejenie traków?). Powrót do fletu,
który brzmi wręcz barokowo. W tle oniryczna waltornia, która jest oczywiście
tylko gitarą elektryczną Dirka. Muzycy w trakcie tej sesji zdają się być gotowi
na każde rozwiązanie dramaturgiczne! To samo proponują słuchaczowi. Wybrzmienie
tej jakże noise’owej ekspozycji duetu jest ewidentnie true-ambient. A umiejętność przechodzenia z fazy a do fazy b każdej narracji budzi prawdziwy respekt – wszystko odbywa się tu
z kocią zręcznością (nawet abstrahując od post-produkcyjnego klejenia). Flet
potrafi tak szybko stawać się skrzypcami, że już w oparach ciszy po tym
niesamowitym secie, mamy wrażenie, że to jest jednak jeden i ten sam
instrument.
Live at De Singer. Na koncercie stawia się już cała
trójka naszych dzisiejszych bohaterów. Jedno wszakże zastrzeżenie – Jan Daelman
na koncert zabiera jedynie flet. I to on, spokojnym tembrem, wprowadza nas w
nastrój wydarzenia koncertowego. W tle brzęczą przetworniki gitarowe, blat
fortepianu (piana) delikatnie rezonuje, zaś sam muzyk ostrzy struny wewnątrz
instrumentu. Muzyka wykluwa się, niczym pisklę z wyjątkowo twardej skorupki.
Szczypta mikroeskalacji na pograniczu ciszy. Minimalistyczne dyskusje o bladym
świcie. Współczesna kameralistyka zbuntowanej, acz ugrzecznionej młodzieży
(liczę, że Dirk wybaczy mi ten epitet pokoleniowy). Molekularna, kropelkowa
improwizacja. Gitarzysta pozostaje na razie w cieniu, poleruje struny i czeka,
co zrobią koledzy. Flet trzyma się roli tytułowej, piano młoteczkuje.
Niechybnie Panowie ze współczesnej edycji AMM przechodzili gdzieś obok i
pozostawili mokre ślady. Narracja nieznacznie nawarstwia się dopiero przed
upływem kwadransa. Aż trudno sobie wyobrazić, że ci sami muzycy, w dwóch
separatywnych duetach, narobili tyle hałasu na pierwszej kasecie tego zestawu.
Z kolei, to być może kolejny dowód na to, że tych doskonałych muzyków stać na
mezalians z każdym gatunkiem. Po 18 minucie działania twórcze naszej trójki
zaczynają się intensyfikować. Dźwięk goni dźwięk, choć nadal na scenie jest
dość spokojnie, jak na kanony tego wydawnictwa. Muzycy trochę droczą się na
siebie, trochę do siebie tulą. Zwinna solówka Dirka, cicha, niezwykle wyrazista
(21 minuta). Potem dwa, trzy słowa od pianisty, bardzo kameralne i
dramaturgicznie odpowiedzialne. Niezbędny komentarz ze strony gitary i fletu,
zdaje się tu koniecznością, a przy okazji finałem koncertu.
Live at De Singer (remix). Oto i jakże dostojny,
zrównoważony emocjonalnie set trzech gentlemanów sprzed chwili,
zostanie teraz elektronicznie zdewastowany przez Fear Falls Burninga. Ostry
atak gitary, kosmicznie zmutowanej! Brutal
ambient! Jakże uroczy dysonans w stosunku do pierwszej strony drugiej
kasety. Tłumione na koncercie emocje gitarzysty, tu w zwojach kabli, wprost
eksplodują. W tle soczyste drony, plamiste pasaże w pełnym dygocie
egzystencjalnym. Ciekawy metadźwięk
klawisza. Jakby ekstremalnie upalone piano Fendera. Dirk! Prawdziwy król Midas!
Master of non-reality! Krążymy wokół
gitarowego sprzężenia i jest nam z tym wyjątkowo dobrze. I wciąż ten urokliwy
tembr Fendera, jakby z tył głowy. Drony gęstnieją, nakładają się na siebie –
perfekcyjna symbioza wielu artystycznych punktów widzenia.
Live At Koffie &
Ambacht. Czas na zapowiadaną dogrywkę. Jesteśmy w Rotterdamie. Tym razem
znamy datę – jest 3 czerwca br. Trio Daelman, Serries i Troch przyjmuje dość oczywistą
nazwę DST Trio. Od razu spoglądamy na okładkę wydawnictwa, które zwie się, jak
tytuł tego akapitu. Żadnych postaci, jedynie same instrumenty. Pianino, nie
fortepian! Zestaw fletów, także małych, prostych. Tenor. Skrzypce, także dziecięce.
Gitara i przetworniki oraz talerz! Możemy startować w 35 minutową podróż.
Podobnie jak na koncercie z kasety, znów wchodzimy w klimaty AMM, może jednak nieco mniej geriatryczne. Talerz w natarciu (w rękach Jana!). Wykwintne,
repetytywne piano. Dirk milczy. Zwinna eskalacja w wysokim rejestrze,
szaleństwa na talerzu (Eddie Prevost może być dumny z poziomu inspiracji).
Serries wyłania się niezwykle powoli, ale wciąż jest na trzecim planie. Muzycy
znów wolą ciszę i skupienie niż hałas i nadmiar ekspresji. Pląsy na baby violin (okazuje się, że ma dość
solidne struny!). W tym akurat momencie wszyscy zdają się być dość
perkusjonalni. Skromny rytm, który kodyfikuje standard improwizacji. Onirycznie,
ale bez zbytniej psychodelii. Muzycy sprytnie wiją się w zeznaniach i szukają odrobiny
transu (zwłaszcza Troch). Flet zaburza ten ciąg przyczynowo-skutkowy i szuka
zwady. W okolicach 18 minuty Serries zaczyna wreszcie zaznaczać swoją obecność
na scenie. Rodzaj deep ambient, który
narasta i opada. Duch wielu pokoleń muzycznych minimalistów unosi się nad naszą
trójką improwizatorów (Le Monte Young wręcz klaszcze w dłonie!). Może i
serialistów… - suponuje niedouczony recenzent. A Dirk znowu idzie na kawę… Flet kwili,
piano akorduje, repetycja w ślad za
repetycją. Gitara… to już chyba czwarty plan. Coś trzeszczy wyjątkowo
delikatnie na suchych strunach
(AMM?). Na finał Jan bierze do ust saksofon. Dmie po dyszach. Szumi i wzdycha.
Drży i szeleści. Minimal będzie z
nami do końca. Saksofonista stara się bardzo, pianista gra melodię, a gitarzysta
ledwie dotyka strun i rezonuje. Jest eskalacja, mikroszczypta emocji na samo zakończenie. Źdźbło hałasu. Być może o
parę minut za późno. Daelman ma sekundę na erupcję i wykorzystuje ją
skrupulatnie. Stempel z gorącej spermy. Ostatnie 180 sekund koncertu, to czas
na wybrzmiewanie piana i gitary, a może tylko piana.
*) ang. Dwie godziny (plus
dogrywka) żywej śmierci … dla
zgniłych warzyw, rzecz jasna!
**) Muzyka jest oczywiście dostępna w formie plików
elektronicznych, w tym miejscu oraz w tym także miejscu
wtorek, 19 września 2017
Agustí Fernández ! – kwartet, trio i duet, edycje międzynarodowe
Najwybitniejszy muzyk improwizujący z Barcelony, w
ciągłym biegu edytorskim. Nagranie goni nagranie, płyta pędzi za płytą. Jak onegdaj
bystrze zauważyła Trybuna, wiele
aktywności muzyka realizuje się w kraju nad Wisłą i Odrą. Nie inaczej jest w
trakcie ostatnich miesięcy. Była płyta Celebracyjna
dla Fundacji Słuchaj!, także aktywny udział w nagraniu (i efekcie finalnym) orkiestry Memoria Uno (wydawca
niżej podpisany), nie zabrakło wreszcie improwizowanych, kameralnych epizodów dla Not Two
Records.
O tych ostatnich dotychczas jeszcze nie wspominaliśmy, a
warte są – co oczywiste w przypadku tego muzyka – naszej sporej atencji. Nim
jednak zmierzymy się z nimi, intrygujący kwartet, zarejestrowany przez pianistę
w Kanadzie, z udziałem tamtejszych muzykantów.
Kwartet!
Czas i miejsce
zdarzenia: 19 czerwca, 2014, Studio Hotel2Tango,
Montréal.
Ludzie i przedmioty:
Yves Charuest – saksofon altowy, Agustí Fernández – fortepian, Nicolas Caloia –
kontrabas, Peter Valsamis – perkusjonalia.
Co gramy: muzyka
improwizowana, all music by the musicians.
Efekt finalny:
sześć traków o łącznym czasie 49
minut, trafia do nas pod tytułem Stir
(Tour De Bras, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska
muzycy, w kolejności, jak wyżej.
Wrażenia subiektywne/
przebieg wydarzeń:
Pierwszy. Dość
standardowy free jazz - rzecze recenzent u progu nagrania. Dobra sekcja i
Agusti pędzący po klawiaturze. Dwuminutowe intro mija w mgnieniu oka (także
ucha). Drugi. Narracja, póki co,
snuje się w istotnie przewidywalny sposób. Ładne granie, ale bez ekscytacji.
Gęsto, narowiście, bez wszakże zaskoczeń. W fazie eskalacji dużo zyskuje
alcista. Kwartet pcha jednak do przodu dynamiczny Katalończyk. Po 12 minucie
wpadamy wraz z muzykami w delikatny trans. Dzięki zmysłowym pasażom pianisty, ma
on nieco psychodeliczny posmak. Numer ciekawie wybrzmiewa szlakiem tyczonym przez
duet alt-kontrabas. Trzeci. Skupienie
godne mistrzów free improv. Z
domieszką sonorystyki, dodajmy. Agusti zaczyna preparować, dzięki czemu cały
kwartet płynie, jakby o poziom wyżej, a kajet recenzenta zapełnia się pełnymi
entuzjazmu bazgrołami. Z głębi ciszy wyłania się lekko dronizująca narracja. Kontrabas podaje pasaż na bardzo niskim smyku (doskonałe!). Piano solo,
tak intensywnie preparowane, jakby cała orkiestra tu grała. Szeleszczący drumming i drobne implozje altu
(świetne! nie można tak było od początku? – umiejętność zadawania głupich pytań
pozostaje atutem recenzenta). Diabelnie urokliwa eskalacja sięga finału. Czwarty. Zwinny walking kontrabasu, czyżby powrót do jazzu? Numer zdecydowanie pod
dyktando tego instrumentu. Do 90 sekundy piano i alt mają przerwę śniadaniową. Free na całego, tuż potem. Cuchnie
bystrą, upaloną kameralistyką w wyjątkowo pikantnym sosie. Good work! Piąty.
Dynamicznie, bez preparacji, gęsto na temat,
jazzowo i bezkompromisowo. Przy okazji bardzo udane wyjście z tegoż tematu. Szósty. Na finał
ciekawy, zadziorny smyk i drobne inkrustacje pozostałych instrumentów. Na
spokojnie, ale nie sennie. Z kajetu recenzenta: zbyt wiele dobrych fragmentów,
by nie wystawić tej płycie wysokich not.
Trio!
Czas i miejsce
zdarzenia: 31 sierpnia 2016 roku, Alchemia, Kraków.
Ludzie i przedmioty:
Agustí Fernández – fortepian, Artur Majewski – kornet i echo, Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa.
Co gramy: swobodna
improwizacja.
Efekt finalny: pięć
utworów, 51 minut, dostępnych na płycie Spontaneous
Soundscapes (Not Two Records, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni
z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, jak wyżej.
Wrażenia subiektywne/
przebieg wydarzeń:
Pejzaż dźwiękowy 1.
Głośny fortepian w formule inside/out. Drapieżny tembr basu,
wysoko sonizujący kornet. Ciało w ciało, dźwięk w dźwięk (słuchaj głęboko,
reaguj spontanicznie! – recenzent tłumaczy na
nasze mądrości z liner notes).
Pod koniec dynamicznie z klawiatury, przy wsparciu świetnego kornetu. Pejzaż dźwiękowy 2. Znacznie
spokojniejsza, równie zwarta, kompaktowa narracja. Agusti preparuje, Artur melodyzuje, a Rafał plumka po swojemu. Gdy kornet łapie piano w pół zdania, wychodzi z
tego wyborne, kompleksowe sonore. Gdy
Agusti zamienia się w perkusjonalistę, kornet i bas idą równym krokiem, ręka w
rękę i wytwornie wybrzmiewają, na minimalistyczną modlę. Pejzaż dźwiękowy 3. Wielowymiarowy, bo 17 minutowy… Start od strony
ciszy, wiele sekund bez piana. Wraca pojedynczymi akordami i plami teren.
Trochę molekularna, dość precyzyjna narracja w estetyce search & reflect. Metaliczna sonorystyka piana pięknie wzbogaca
ład tej improwizacji. Opiłki ciszy, rwane frazy, wyczekiwanie. Piano włącza
kameralistyczny drive – interesujący
dysonans akustyczny. Odrobina kolektywnego burczenia w duecie bas-piano plus suche sonety kornetu – silne skupienie,
choć emocje nie spływają jeszcze z czoła muzyków. Jest i drobna eskalacja, ale
zaniechana. Ten epizod jest tylko pozornie spokojny. Dużo dzieje się wewnątrz
tej narracji. Agusti zmienia kierunki i metody frazowania, niczym gwałciciel
rękawiczki w trakcie dużej roboty.
Gitara basowa płynie constans. Kornet
szuka zaczepki, ale nie zawsze ma dość energii, by poderwać całe trio (tu
żongluje echem). Szczypta psychodelii w konsekwencji tych działań, porządkowana
pianem z klawiatury. Pejzaż dźwiękowy 4.
Ostro, sonorystycznie, wręcz noisowo
(kornet!). Obcierki, które tłumią
początkowy dynamizm odcinka. Trochę prostej
semantyki dźwięku improwizowanego. Pójście w eskalację, to dobry wybór. Po
7 minucie drapieżnie, pod włos! Konwulsyjnie! Najlepszy fragment płyty bez
cienia wątpliwości. Pejzaż dźwiękowy 5.
Znów sonorystyczna introdukcja fortepianu i … basu (nareszcie!). Kornet pędzi
górnym pasmem i ponownie uruchamia echo. Trochę grzmi, trochę popaduje. Minimalizm zdecydowanie nie
szkodzi tej improwizacji. Szczypta dźwiękowego impresjonizmu. Pachnie nawet
Cage’em. Gitara basowa płynie inaczej niż zwykle, ewidentnie szuka zaczepki, a
nie walkingu. Na finał rządzi echo,
narracja ciekawie narasta, dronizuje
się i perfekcyjnie wybrzmiewa. Ostatni dźwięk wieńczy dzieło.
Duet!
Czas i miejsce
zdarzenia: data nieznana, DTS Studio, Kraków.
Ludzie i przedmioty:
Agustí Fernández – fortepian, Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa.
Co gramy: swobodna
improwizacja.
Efekt finalny:
sześć utworów, 45 minut, wydane jako Ziran
(Not Two Records, 2016). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i
nazwiska muzycy, w kolejności, jak wyżej..
Wrażenia subiektywne/
przebieg wydarzeń:
Rozmowa pierwsza. Ostre
preparacje wewnątrz fortepianu, miażdżenie strun na ołowianym gryfie gitary.
Suwnice, trasy przesyłowe, druty wysokiego napięcia, przemysłowe konstrukcje.
Gęsto, w jednym industrialnym ciele. Masywnie, boleśnie, nieśmiertelnie,
szczerze. Wybrzmienie jest równie gęste, burzowe, z piorunami. Trochę
przeciągania liny. Mięśnie, krew i sperma. Rozmowa
druga. Więcej strunowych ekspozycji. Tarcie skóry o skórę. Rezonans. Agusti
ciągle tkwi w środku swojego wielkiego instrumentu. Aż dymi. Narracja pozostaje
zwarta, bez choćby szczeliny na zwątpienie. Zwarcia, konwulsje, szorstkie
obcierki, aż do zdarcia naskórka. Proces gęstnienia tych dźwięków, sklejania,
uroczo dynamizuje się, a sama eskalacja znów zdaje się mieć niezwykle przemysłowy wymiar. W tym gąszczu
zdarzeń akustycznych muzycy potrafią wszakże pleść separatywne opowieści, co
tylko dodaje uroku całej improwizacji. Rozmowa
trzecia. Piano po klawiaturze. Czyżby koniec sonorystycznych ekscesów?
Bystre palcówki Rafała. Dynamicznie,
bez przecinków i nadmiaru wielokropek. Galopada, ale kto tu, kogo zagoni w kozi
róg? Rozmowa czwarta. Nisko, ledwo
nad podłogą. Piano z głębi oceanu, bas na powierzchni, wolne, rwane frazy,
oniryczne stemple. Modulowana ekspozycja, spektralne
rozpływanie się dźwięków w morzu potu i znoju. Rytm piana po niskich klawiszach wiedzie fragment ku
nieuchronnemu finałowi. Rozmowa piąta.
Kameralistyczne piano, schowane jakby z boku, wprost z klawiatury. Bas snuje ciągle
tę samą opowieść (może czas na jakiś drobny zwrot dramaturgiczny? – pyta
przebiegle recenzent). Muzycy tańczą wokół własnej osi i delikatnie dynamizują
swoje poczynania, choć fragment jako całość, nie unika monotonii. Rozmowa szósta. Znów bez preparacji.
Mały recital fortepianowy w lokalnej filharmonii. Septymy basu na uboczu. Finał
nie czyni burzy nawet w szklance wody. Z kajetu recenzenta: pierwsze dwie Rozmowy, które zajmują prawie pół płyty,
pełne hałasu i akustycznych zadziorów (ach, te preparacje Agustiego!),
zwiastowały coś więcej, niż to, co dostajemy po wybrzmieniu ostatnich dźwięków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













