wtorek, 2 października 2018

Dirk Serries’ Tonus! A New Celebration Has Started!


Usually when someone says a thing is too simple, they’re saying that certain familiar things aren’t there. - Donald Judd (1965)

Tonus – literalnie: siła mięśni, ale także rodzaj systemu muzycznego, który w procesie tworzenia dźwięków przykłada takie samo znaczenie nutom, jak i przestrzeni pomiędzy nimi.


57:39, Intermediate Obscurities I

Miejsce i czas: Dommelhof, Neerpelt (Belgia), nagrane na żywo, 16 listopada, 2017. Muzycy: Jan Daelman – flet, George Hadow – perkusja, Dirk Serries – gitara akustyczna,  Martina Verhoeven – fortepian, Nils Vermeulen - kontrabas, Colin Webster – saksofon altowy.

Bazą dla prowadzenia rozbudowanej narracji, opartej na swobodnej improwizacji, ale także dyscyplinie, kontrolowaniu emocji i antycypowaniu zdarzeń na scenie, jest leitmotif grany przez pianistkę. Kluczem do zrozumienia przedsięwzięcia artystycznego zdaje się być przyjęta przez muzyków metoda twórcza, oparta na strukturalnym minimalizmie - akord piana, rezonans talerza, plusk gitary, szmer z tuby altu i fletu. Opowieść budowana jest z pojedynczych fraz instrumentów strunowych i fortepianu oraz nieco dłuższych interwałów instrumentów dętych. Misterna pajęczyna akustycznych dźwięków i duże porcje umiejętnie dozowanej ciszy. Rodzaj abstrakcyjnej kameralistyki, wtłoczonej w proces kolektywnej improwizacji. Narracja prowadzona w oparach dychotomicznego minimalizmu, który nie pęta jednak inwencji muzyków, ale wręcz ją kreuje. Pytanie recenzenta o zasięg i charakter predefinicji samego procesu improwizacji pozostaje na ten czas retoryczne.

Czas zdecydowanie pracuje na korzyść naszej percepcji, zwłaszcza, że struktura dźwięków generowanych przez szóstkę muzyków gęstnieje (choćby rozbudowany dron Webstera w 12 minucie), ma swoje punkty przegięcia, momenty stopowania i twórczego restartu. W sumie najmniej dźwięków zdaje się wydawać sam Serries, który dyskretnie czuwa nad przebiegiem spektaklu, być może także prowadzi małą dyrygenturę. Uroda długich dźwięków fletu i altu, ulotność fraz perkusisty (Hadow dużo wnosi do tej historii – drży, szeleści, kontrapunktuje), także kontrabasisty, konsekwentna repetycja pianistki. Saksofonista, co rusz zdobi przestrzeń drobinami swoich z trudem tłumionych emocji – małe drony i skrawki ekspresji. Jak na przyjętą konwencję minimalistyczną, opowieść toczy się wartko, ma wiele smaków i ozdobników. Oczywiście repetycja jest tu narzędziem dominującym. W 30 minucie na gryfie kontrabasu bodaj po raz pierwszy pojawia się smyczek. To nowy element, który zaczyna dominować w procesie improwizacji i będzie to czynić nad wyraz konsekwentnie już do końca koncertu. Dobrze wspomagają go coraz silniej rezonujące talerze. Druga część spektaklu obfituje w większą ilość sustained pieces. Jakość ekspozycji zdaje się rosnąć w oczach! Po 45 minucie dostrzegamy pierwsze symptomy wygaszania narracji, ale nie wszyscy muzycy są w tym dziele równie zdeterminowani. Interwały zdają się być dłuższe, a tworzenie dźwięków odbywa się w jeszcze większym skupieniu. Chyba tylko rozochocony smyczek kontrabasisty zgłasza tu zdanie odrębne. Złowieszczo grzmi choćby w 48 minucie. W samym finale rola Vermeulena jest również kluczowa. Dalece wyraziste pasaże fletu i altu. Oto, jak kameralistyka delikatnie wpada w ogień. Końcowa cisza zostaje wszakże osiągnięta bezkonfliktowo.




45:20, Intermediate Obscurities IV

Miejsce i czas: Hundred Years Gallery, Londyn, nagrane na żywo, 14 stycznia 2018. Muzycy: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Tom Ward – klarnet basowy, Colin Webster – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas.

Początkowa sekwencja dźwięków jest następująca – gitara, kontrabas i saksofon. Muzycy improwizują wedle wskazówek graficznych przygotowanych przez gitarzystę. Ponownie dyktat pojedynczych fraz, wspieranych minimalnie dłuższymi wypowiedziami klarnetu basowego. Onirycznie, tajemniczo, więcej odcinków sustained niż w trakcie pierwszej części Intermediate Obscurities. Serries stawia małe stemple, reszta płynie dość zwinnie, nie unikając wszakże punktów przystankowych. Struktura dronów, jakie wydają z siebie muzycy jest dalece interesująca – trzy wyraziste dęciaki i kontrabas ze smykiem mają swoją moc i dar przekonywania. Jakby mniej minimalizmu, więcej upiornej i nie rzadko błyskotliwej filharmonii. Baryton i klarnet basowy, niczym mur chiński, nie biorą tu jeńców. W 17 minucie cały sekstet staje w głębokiej ciszy. Serries pojedynczymi akordami nawołuje do nowych ekspozycji. Fragment niemal zatopiony w głuchej bezdźwięczności. Altówka – chyba o niej zapomnieliśmy! – gra tylko długie dźwięki i wtapia się w dęty obraz sytuacji scenicznej. Gdy nagle wszyscy muzycy wypuszczają oddech, ekspozycja potrafi być nawet głośna. W 24 minucie alt Webstera próbuje szarpać strukturę narracji, ale nie znajduje specjalnego posłuchu wśród pozostałych improwizatorów. Po chwili kolejny pasus ciszy wyznaczy start nowej opowieści. Okazuje się, że hałas potrafi być od tejże ciszy jedynie nieznacznie oddalony.

Podobnie, jak w trakcie pierwszej części sekstetowego Tonusa, w połowie koncertu bardziej aktywną postawę zaczyna prezentować kontrabas. Ryje głębokie bruzdy w ziemi, ostrym jak brzytwa smyczkiem. Faktura dronów gęstnieje, choć pojedyncze ich pasma wydają się bardziej separatywne. Bez problemu jesteśmy w stanie rozpoznać poszczególne instrumenty (zwłaszcza alt Webstera). Docenić należy urodę pasaży generowanych wspólnie przez altówkę i kontrabas. 40 minuta, to początek tłumienia emocji. Strunowce szukają inspiracji w okresie późnego baroku, dęciaki dmą niczym filharmonia w trakcie napisów końcowych. Na ostatniej prostej niespodziewanie tembr sekstetu ponownie gęstnieje, przypomina pomruk stada wygłodniałych niedźwiedzi. Finał opowieści jest definitywnie piękny, tak w wymiarze akustycznym, jak i dramaturgicznym. Trwały niepokój bardzo swobodnych dronów. Koniec jest nagły i dotkliwy.




54:42, Texture Point

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 9 grudnia 2017. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Martina Verhoeven – fortepian.

Texture I. Akord piana, szmer strun na gryfie altówki, akord gitary. Sekwencja działań jest przejrzysta i stała w trakcie całej, czteroczęściowej ekspozycji. Wracamy do punktu wyjścia Tonusowej przygody, czyli motywu wprost z klawiatury fortepianu. Piękna sonorystyka Taylora na tle punktów kierunkowych, generowanych metodą ultra minimalistyczną przez jego partnerów. W stosunku do nagrań koncertowych, tu w studiu, dźwięk piana osiada jakby głębiej w przestrzeni spektaklu, altówka szuka brudnych, wysokich, nieco szorstkich fonii, nie stroniąc od pizzicato, a gitara zdaje się pracować na niższych strunach. Na finał pierwszej części błyskotliwy pasaż Taylora, przykład sonorystyki, która znajduje swój blask w posmaku industrialu. Serries przeplata akordy – raz pojedyncze, innym razem bardziej rozbudowane.

Texture II. Piano o stopień niżej, ale jeszcze delikatniej. Altówka płaska, znów pełna sonore. Gitara szuka dźwięku pomiędzy strunami, jakby pozbawiona była stroju. Narracja zdaje się być nieco bardziej zwarta, muzycy czują swoje oddechy na plecach, choć sama formuła improwizacji pozostaje bez zmian. Pianistka from time to time gra nawet 2-3 akordy w jednej sekwencji. Taylor pozwala sobie na prawdziwie czyste dźwięki. Każdy jego antrakt pachnie akustycznym wyniesieniem.

Point A. Intro jest udziałem altówki, szum niczym kołowanie samolotu. Akord piana - tym razem bardziej basowy. Gitara bez zmian, gra głównie ciszą. Odrobina preparacji na strunach piana, za to altówka wręcz pogwizduje! Drży i niesie złe wieści! Pudło rezonansowe największego z instrumentów daje o sobie znać. Pasaże Taylora zdają się być nieco dłuższe niż poprzednim razem. Instrument Serriesa zrobił się zaś tak suchy, że aż trzeszczy. Ujmuje nas nad wyraz gęsta narracja, jak na formułę minimal improve, konstytuującą do tej pory działania Tonusa. Altówka ma ochotę pohałasować, piano wybrzmiewa tylko matowymi młoteczkami, gitara trzyma pion - bodaj najpiękniejszy moment tego dysku, może nawet całego czteropłytowego zestawu Tonusa.

Texture III. Na wejściu aż dwa akordy piana. Altówka startuje z poziomu ciszy. Gitara tuż obok. Narracja zdaje się być bardziej rozmyta, z dużą przestrzenią ciszy pomiędzy dźwiękami. Ta opowieść potrwa 20 minut, muzycy mają zatem naprawdę dużo czasu. Struny altówki śpiewają, a jej mała ekspozycja wręcz tryska urodą. Dużo echa, sporo pogłosu. Mikrobiologia dźwięków. Martina i Dirk, konsekwentni do upadłego, Benedict momentami nieco na przekór, szuka intrygi, jest czujny i wymagający. W 10 minucie stawia kolejny stempel doskonałości. Raz za razem wystawia frazy bliskie akustycznego geniuszu. Akompaniament piana i gitary znacząco podkreśla całe zjawisko. Na ostatniej prostej Taylor skrobie struny, gra suchy ambient. Piękne!




34:06, Cagean Morphology

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 10 marca 2018. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Martina Verhoeven – fortepian.

Po dwóch sekstetach i jednym trio, na sam finał Tonusowej epopei, wracamy do bazy fonicznej całej koncepcji. Tylko akord piana i akord gitary, a pomiędzy nimi ogromne połacie białej, lekkiej jak puch ciszy. Cage przywołany w tytule tej części, nie wymaga uzasadnienia. Jakby muzycy wykonywali jego 4:33, przypadkiem podkreślając dramaturgię spektaklu pojedynczymi dźwiękami. Piano z dużym pogłosem, gitara zdana jedynie na swe niezbyt duże pudło rezonansowe. Akordy Martiny nieco dłużej wybrzmiewają, akordy Dirka giną w sekundę po ich ujawnieniu. Sporadycznie ta pierwsza pozwala sobie zagrać więcej niż jeden dźwięk w trakcie pojedynczej sekwencji. Ten drugi raczej stroni od takich ekstrawagancji. Ekspozycja pełna Morfologii Cage’a z pewnością dostarcza nam więcej ciszy niż samych dźwięków. Na poziomie konceptualnym – pełna akceptacja, na muzycznym – płyta do przetrwania.


Tonus Intermediate Obscurities I + IV  (2CD, A New Wave Of Jazz, 0015)
Tonus Texture Point (CD, A New Wave Of Jazz, 0016)
Tonus Cagean Morphology (CD, A New Wave Of Jazz, 0017).

Premiera wydawnictw będzie miała miejsce 13 października 2018 roku, na specjalnym koncercie TONUS Dirk Serries ‘50’ w klubie de Singer (Rijkervorsel, Belgia). Dwa tygodnie później podobne wydarzenie będzie miało miejsce w londyńskim Cafe Oto.

4 października Dirk Serries obchodzi 50 urodziny. Happy Birthday, Dirk!


czwartek, 27 września 2018

Joëlle Léandre! Strings Garden or … Even Forest!


Zapraszam na podróż w poszukiwaniu piękna w muzyce improwizowanej. Długą, blisko 150 minutową! Dotarcie do celu i satysfakcja z odsłuchu gwarantowana!

Kontrabas do pary z … kontrabasem, wiolonczelą i skrzypcami! Strunowy Ogród dostarcza na trzech białych dyskach Fundacja Słuchaj! W istocie rzeczy – słuchaj i nie ustawaj!




49:37, Joëlle Léandre & Bernard Santacruz  Trees

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy i Bernard Santacruz - kontrabas, kanał lewy. Sześć tytułowych Drzew; nagrane w Paryżu, 9 kwietnia 2016 roku.

Dwa niezwykle groźne strunowce stoją u Twoich drzwi. Stroszą pióra, drżą na granicy akustycznego przesteru. Palce muzyków zdają się gubić paznokcie. Stąd szybka decyzja Leandre o przejściu na narrację smyczkową. Od startu full beauty of strong strings! Z rockowym niemalże temperamentem! Opowieścią rządzi stan permanentnej zmiany. Moc sprawcza jest udziałem Joëlle. To Ona określa zasady współpracy, przewodnictwa, inspiracji i stosowane techniki artykulacji. Drugi odcinek, dla przeciwwagi, rozpoczyna krótkim intro Bernard. Delikatny komentarz z prawego smyka dociera do nas po 90 sekundach. Spokojny flow dość szybko nabiera rumieńców – dynamiczny dyskurs pizzicato vs. smyczek. Jeśli na początku wzajemnie pyskowali, teraz więcej ze sobą rozmawiają. Na finał odrobina sonore spod strun Santacruza. Trzeci – barokowe rozpoczęcie ze strony Leandre. Partner wraca do gry po prawie 3 minutach. Ten dialog znów nabiera agresywności wraz z upływem czasu. Trochę tańca, trochę szturchańców. Recenzent zauważa, iż zachowania lewej flanki są dość przewidywalne. Próba niebanalnego intro kolejnej części, to jakby wyjście naprzeciw tym ambiwalencjom. Leandre komentuje pięknym, wysokim smykiem. On gra martwy jazz, ona żyje w świecie baroku i śpiewa zalotnie. Po podkręceniu dynamiki, kontrast estetyczny zaczyna narastać. Bernard ledwie akompaniuje, Joelle zaś czyni spektakl. I znów ten pierwszy jakby słyszał utyskiwania recenzenta. Bierze smyczek i kroi piękne pasaże. Leandre chwyta go za nogi w drugiej minucie i błyskotliwie imituje. W dalszej części goni na złamanie karku. Finał  odcinka jest wszakże obopólnym sukcesem. Last part – szczypta sonorystyki po prawej, kind of percussion po lewej. Potem moc intrygujących turbulencji. Choć Bernard znów powraca do roli akompaniatora, finał płyty jest jej najlepszym momentem. Zmysłowe pętle i drobiny hałasu na ostatniej prostej.


45:26, Joëlle Léandre & Gaspar Claus  Leaves

Joëlle Léandre - kontrabas, kanał prawy, Gaspar Claus – wiolonczela, kanał lewy. Siedem Liści; nagrane Les Lilas, 1 lipca 2016 roku.

W gemie otwarcia dwa uroczo klasycyzujące smyki. Cello zdaje się smakować barokiem, kontrabas zdecydowanie średniowieczem. Piękna wojna epok, głośna, zatrważająca, zmysłowo skontrastowana akustycznie. Ujmująca dramaturgią, epicka, diabelnie romantyczna. Pełna ekspresji godnej stadionowych mistrzów rocka! Po takim wejściu w temat, drugi Liść nie może nie być kojącym płatkiem róży. Muzycy plątają się po strunach, mutują brzmienie, szukają rozwiązań sonorystycznych, prowadzą mikrodialogi. Świetna komunikacja – Gaspar, to partner pełną gębą! Wyluzowana Leandre już coś tam nuci pod nosem. Piękna strunowa robotyka! Trzeci fragment otwierają niskie, ale dość śpiewne pasma. Kontrabas idzie w imitacje, przeto brzmi jak wiolonczela. Szeroki strumień dźwięków, trochę jak repetycja pierwszego utworu, ale w wyższym paśmie, z dozą pokrętnego klasycyzmu. Cello jest w formie! Na dowód, prolog odcinka czwartego. Pizzicato po obu stronach, kontrabas groźny, współcześnie ustrukturyzowany. Dynamicznie, z mocą molowych akcentów. Ponury pozytywizm zgiełku i chaosu. Wonderful! Piątego Liścia muzycy poszukują we wzajemnych imitacjach. Wspólne zadziory, romantyczne biczowanie gryfów, rodzaj akustycznego apogeum. Na wybrzmieniu ballady dla półśpiących niewiast z dobrego domu. Szósty odcinek szybuje niezwykle wysoko. To sprawka Gaspara. Kontrabas słodzi palcami. Małe popisy, kto tu bardziej bywa błyskotliwy. Sonorystyka i inne dźwięki ze znakiem zapytania. Smyk goni smyka, rowling on! On szczytuje, Ona nie ma zamiaru być gorsza! Na finał małe szmery, delikatne szumy, groza o poranku, głos kobiecy, ciągłe narastanie. Zwieńczenie pięknej drogi  – posmak industrialu, gospel, mantra, Pociągi Reicha, krzyk kobiet złotego wieku, kosmos muzyki!


46:09, Joëlle Léandre & Theo Ceccaldi  Flowers

Joëlle Léandre – kontrabas, kanał … lewy (wbrew opisowi płyty), Theo Ceccaldi – skrzypce,  kanał prawy. Dziewięć Kwiatów, nagrane w Warszawie, 15 października 2017.

Kontrabas zaczyna niskim smykiem, skrzypce posadowione dużo wyżej, w zwinnym tańcu free improve, znamionującym klasę dostępną dla niewielu. Płynne ruchy, kocia zwinność. Leandre bardziej postawna i zasadnicza, ale równie precyzyjna.  Dialogi, imitacje, swawole tyczą szlak pierwszego utworu. Drugi zaczyna się na wysokich, barokowych skrzypcach. Kontrabas brzmi jak małe cello. Kameralistyka na przestrzeni dziejów – puszysta, jedwabna narracja. Trzeci odcinek zaczyna się pizzicato po obu stronach. Skromny walczyk, Pan przytuli Panią, jakże filigranowa rozgrywka. Kolejny fragment grzmi mocnym smykiem na upoconym gryfie kontrabasu. Skrzypce, niczym smuga rozpływającego się piękna, długie pasaże, wprost z nieczynnej dziś filharmonii. Piąty odcinek wyznacza nastanie sonorystyki. Płynne ruchy, zmutowane brzmienie u Theo (brawo!). Błyskotliwe narastanie, eksplozja akustycznej urody! Zdaje się, że opus magnum całego boxu! A przed nami jeszcze cztery opowieści! Kolejny fragment, to jakby kontynuacja. Theo na suchym gryfie czyni cuda, smyk Joelle idzie za nim krok w krok. Zwarcia, pyskówki, wzdychające violin, kontrabas szybujący wysoko! Głośno, kilka naprawdę brudnych dźwięków! Siódmy Kwiat znów szuka rozwiązań dalekich od tonalności, melodyki i oczywistej formy. Ciche przebiegi, polerowanie strun, mikrofazy. Kołysanka dla nadpobudliwych, może nawet ostra huśtawka. Eskalacja tyczy szlak wspaniałości. W ósmym powraca filharmonia, ale jest już tak upalona, że powoduje ciarki na plecach recenzenta. Modulowane, post-psychodeliczne pasaże. Energia kipi, dynamika galopuje. Gdy tracą impet, schodzą na sucho w pojedyncze frazy. Majstersztyk! Wreszcie finał – na gryfie kontrabasu grasuje Dzika Banda! Theo rusza z samego dna. Molowe meta drony, eksplozja łabędzia! Leandre bije coś na kształt rytmu, Ceccaldi opowiada nieudane historie miłosne z wieloma punktami zwrotnymi. Łzy leją się strumieniami. I tak na przemian, raz rytm, raz płacz. Aż zgasną światła!



wtorek, 25 września 2018

Barry Guy! Blue Horizon of the 70th!


Muzyka improwizowana zaszytą ma w sobie swobodę twórczą, dźwiękowy anarchizm i społeczny komunizm. Czerpie siły witalne z burzenia konwencji i niezgody na świat zastany. Jest czupurna, złośliwa, bywa wulgarna i nieokiełznana. Mimo tych błyskotliwych przywar doczekała się – zapewne wbrew woli ojców założycieli – prawdziwych postaci pomnikowych, których należy otaczać czcią i głosić ich wieczną chwałę.

John Stevens, Paul Rutherford, Derek Bailey, Evan Parker, Trevor Watts, Peter Brotzmann, Alex von Schlippenbach, Misha Mengelberg, Barry Guy… Czy o kimś naprawdę ważnym zapomniałem?

Ostatni z wymienionych muzyków w 2017 roku przekroczył kolejny horyzont, skończył bowiem 70 lat. Jego ubiegłoroczna wizyta na warszawskim Festiwalu Ad Libitum była zatem szczególna. Trzy wyjątkowe koncerty (patrz: relacja Pana Redaktora na tych łamach look here), a po roku stosowny box Barry Guy@70 – Blue Horizon, wydany – co oczywiste – przez Fundację Słuchaj! Radość muzyka, wydawcy i słuchacza musi być w takim wypadku ponadnormatywna! Przypomnijmy sobie te dźwięki!




52:39, Agustí Fernández & Barry Guy

Od spokojnej ballady po free jazzową furię, przez ocean bezgranicznej improwizacji. Kompozycje szyte na miarę, jakby spod pióra mistrza barokowej formy. Improwizacje strzeliste, efektowne, pełne dzikiej, zwierzęcej wręcz ekspresji. Piękno, styl, emocjonalna synergetyczność dwóch wybitnych muzyków. Koncert jakby w połowie drogi pomiędzy melodyką i melancholią tria Aurora, a bystrym sonoryzmem ich nagrań w duecie.

Na początek klasyk z pierwszej płyty Aurory (Annalisa), potraktowany dość obcesowo (brawo!). Drugi odcinek How to Go into a Room You Are Already In ma wymiar konstruktywnego minimalizmu. Tuż po nim czas na ostry smyczek na kontrabasie i fortepianowe preparacje (pierwsze Interludium). Czwartym (Uma) wkraczamy w świat kameralistyki – barwa, melodia, tonowanie emocji. Piątym kontynuujemy wątek swobodnych interludiów – dynamiczny, wyzwolony galop w nieznane. W The Ancients muzycy sięgają po bardziej konwencjonalne metody twórcze. Piękny smyczek na gryfie kontrabasu i chude dłonie Agustiego na ciepłych klawiszach fortepianu. Dystynkcja, rodzaj współczesnej abstrakcji, która błyskotliwie szuka powodu do wzrostu napięcia – od chamber music wprost w ramiona kipiącego emocjami free jazzu! Rounds stawia na subtelność, okraszoną szczyptą sonorystyki ze strony Barry’ego, która może skutkować eksplozją. Tak dzieje się w istocie rzeczy już po kilku chwilach. Gęsta, narowista historia, bliska estetyce interludiów z pierwszej części płyty. Także szybkie palcówki po klawiaturze. Na bis kolejny powrót do debiutu Aurory (Can Ram). Muzycy startują na pozycjach sonore & prepare, by ko kilku okrążeniach złapać piękny temat kompozycji i zmysłowo zakończyć koncert.


64:32, Marilyn Crispell, Barry Guy & Paul Lytton – Deep Memory

Dobry temat, ładna melodia, nostalgiczna, kolektywna improwizacja. Trio fortepian, kontrabas i perkusja, sytuacja niemal klasyczna. Siedem kartek spod pióra Guya i dwie propozycje do ogrania, bardziej rozwichrzone już na wejściu.

Scent w ramach pieśni otwarcia. Raz jeden, raz drugi muzyk delikatnie wychodzi przed szereg i rzuca pozostałym wyzwanie, z pełnym wszakże respektowaniem ich praw. Romantyczne fantazje, improwizowane fantasmagorie, perfekcyjna komunikacja. Fallen Angel startuje do lotu na ostro, z przytupem. Oto trio, które perfekcyjnie panuje nad emocjami. Tu, przykład zadumy konfrontowanej ze zgiełkiem wyzwolonego kontrapunktu. Crispell, to pianistka, która na ogół stroni od preparacji. To muzyk współczesnego jazzu, który częściej spogląda w stronę kameralistyki, harmonii, ładu i porządku na klawiaturze. Jednak dekada spędzona u boku Braxtona powoduje, iż potrafi dramaturgicznie zaskoczyć. W tej konstelacji wszakże, ucieczki w kierunku swobodnej improwizacji inspiruje najczęściej Guy. Co pewien czas przełącza tryb gry i sieje zdrowy ferment. Chwilami koncert zdaje się być w pół drogi do klasyki, która lubi improwizować. A jednak w 4 minucie utworu Sleeper spotyka nas niespodziewanie burza w piorunami! Free as well! Muzyka tryska urodą i … wbija nas w fotel ładunkiem emocji. Im bardziej dotkliwa bywa tu słodka nostalgia, tym dobitniej wybrzmiewa wojna artystycznych hormonów! A cisza po takiej burzy bywa bardziej efektowna niż sama burza. Tytułowy dla całego boxu Blue Horizon znów przenosi nas w świat kameralistyki. Muzycy czekają aż klasyczny sznyt nabierze mocy i robią duży krok w kierunku swobodniejszej formy, czego szczególnym przejawem jest błyskotliwy pasaż Crispell, pozornie wręcz out of control. Return of Ulysses, to czas na free jazzowy lapsus. Brawo! W 3 minucie prawdziwie szaleństwo na gryfie kontrabasu. Pioruny, grzmoty, bo Ulysses powrócił! Mocne trzy grosze od Lyttona na dokładkę. Silenced Music, zgodnie z tytułem, w początkowej fazie rzeczywiście zagłębia się w ciszy. To jednak pozór – po pewnym czasie muzyka pęcznieje, nabiera tempa i emocji. Ostre hamowanie na czystej klawiaturze Marylin zdaje się być jeszcze bardziej efektowne. Dark Days, dla przeciwwagi, od samego początku pełen jest dynamiki, kreatywnej agresji, pasji i zadziorności. Finał to już prawdziwa furia pianistki. Gossamer, to pierwszy z bisów, ten na wytłumienie emocji po obu stronach sceny. Uroda full improvised piece w rozbłysku. Drugi bis, Voyagers find, whatever is to be fund, idzie już na całość. Trzyminutowe trzęsienie ziemi!


46:00, Joëlle Léandre & Barry Guy

Porzucamy pięciolinie, scenariusze, predefiniowane struktury. Dwa kontrabasy i wielka improwizacja. Przy okazji pierwsze sceniczne spotkanie w duecie tych muzyków.

Najpierw About Time Too. Dwa szalejące smyczki na brunatnych gryfach, rwanie strun, emocje i pot od pierwszej sekundy - takie to temperamentne jest duo! Gęsta narracja, na pełnym gazie. Popis techniki i wyobraźni, najpierw w wersji dynamicznej, a po paru minutach, po zejściu w strefę ciszy, także w formie małych, filigranowych ekspozycji. W 8 minucie pojawiają się pierwsze akcenty … teatralne. Głosy, oddechy, przekomarzania werbalne. Inspiruje Leandre, ale Guy jest bardzo pojętnym uczniem. Humor, zabawa i muzyka on high level! Odrobina popisów, nawet wygłupów, które w żaden jednak sposób nie psują widowiska, baa, podnoszą temperaturę po obu stronach sceny mniej więcej o 100 stopni. Tu dozwolone jest każde zachowanie! Pod koniec pierwszej improwizacji muzyków dopada chwila barokowej wręcz zadumy, także okraszonej werbalnym komentarzem Francuzki. Płynnie przechodzimy do epizodu drugiego (High Time). Intrygująca rozgrzewka, nieco inne techniki artykulacji dźwięku. Ale emocje już stoją u wrót. Rozgrzany smyczek w opozycji do opukiwania pudła rezonansowego, stosowanego naprzemiennie ze zwinnym, rytmicznym pizzicato. Bogactwo pomysłów i przyjętych do realizacji rozwiązań. Cicho - głośno, poważnie – komicznie, separatywnie – imitacyjnie. Z czasem rośnie przewaga drugiej z postaw, w każdym zresztą układzie. Muzycy kąpią się w ponadgatunkowym tyglu dźwięków, cytują się, kopiują wzajemnie, zwyczajnie rozrabiają na scenie. Zjazdy i podjazdy smyczków, drobne eksplozje i dobitne kontrapunkty. W 13 minucie, zupełnie niespodziewanie, narracja zatrzymuje się na poziomie ciszy. Ale zaraz potem następuje imponujący atak z obu flanek! W 17 minucie Leandre zaczyna podśpiewywać bulwarowo. Na sam finał improwizacji numer dwa, teatr tryumfuje. Dyskusja na argumenty w postaci perkusyjnego traktowania instrumentu strunowego - przykład muzyki niemal konkretnej. Po wybrzmieniu wrzask euforii, po … obu stronach sceny! Bis tego niezwykłego koncertu zostaje nazwany cytatem z Samuela Becketa No matter where never before. Ciąg dalszy spektaklu dźwięku i słowa. Opętańczy taniec smyków, pomrukiwanie, przyspieszone oddechy i wspólne układanie instrumentów do snu (pamiętamy z wersji na żywo!). Muzyczny orgazm zostaje osiągnięty!


Nagrania dokonane w trakcie 12-ego Festiwalu Ad Libitum, Centrum Sztuki Współczesnej, Zamek Ujazdowski, Warszawa, w dniach 12-14 października 2017 roku.




piątek, 21 września 2018

Frame Trio! Luminária! Vicente & Dos Reis - a new chapter of brotherhood!


Luis Vicente, doskonały trębacz portugalski, zapytany przeze mnie w wiosennym wywiadzie dla portalu jazzarium.pl, czy podziela pogląd, iż muzykiem, z którym najbardziej mu po drodze w muzyce improwizowanej jest jego przyjaciel, gitarzysta Marcelo Dos Reis, odparł przekornie, że nie ma muzyka, z którym lubi grać bardziej niż z innymi.

Oczywiście kłamał! Przed nami bowiem płyta nowej formacji Frame Trio, w której składzie odnajdujemy obu muzyków. A zatem do grona wspólnych przedsięwzięć artystycznych Vicente i Dos Reisa, uwiecznionych choćby jednym wydawnictwem płytowym, możemy dopisać pozycję numer cztery - po Chamber 4, In Layers i Fail Better! Wszystkie te formacje czytelnicy Trybuny znają doskonale. Być może na początku nowego roku poznamy kolejny przykład doskonałej kooperacji obu Portugalczyków (choć to na razie informacja objęta tajemnicą edytorską).

Skład Frame Trio uzupełnia belgijski kontrabasista Nils Vermeulen, którego znamy choćby z grupy Kabas, która błyskotliwie uprawia minimal free improve.




Dość zatem wstępów, czym prędzej sięgamy po krążek Luminária (FMR Records, 2018), na który składa się 6 swobodnych improwizacji, oznaczonych cyframi. Nagranie z 28 listopada ubiegłego roku z Coimbry (Centro Norton de Matos Gymnasium). Odsłuch zajmie nam niespełna 43 minuty.

I. Intro luminaryjne jest łagodne, stonowane. Struny gitary brzmią zalotnie, kontrabas zdaje się być w nastroju nieco mniej spolegliwym, trąbka ma w planach melodyjne pasaże, ale zdecydowanie ciągnie ją w kierunku brudnych fraz i wyuzdanej sonorystyki. Swoboda, świetna komunikacja, od startu słychać, że muzycy dobrze czują się w swoim towarzystwie. Tonujący emocje zefirek, który zwiastuje burzę w piorunami.

II. Nieprzerwana choćby ułamkiem ciszy narracja szuka nowych rozwiązań w niższych partiach częstotliwości. Silny akcent sonore ze strony Vicente, zgrabna palcówka Vermeulena, w tle zaś łagodna jak baranek gitara Dos Reisa. Frame Trio, niczym nieustająca zagadka. Dobitny i precyzyjny stelaż dramaturgiczny kontrabasu dla obu wyswobodzonych ze wszelkich reguł flanek przestrzeni fonicznej spektaklu - piękne frazy! 5 minuta – Marcelo błyskotliwie pętli się na strunach, Luis ma kipiel wewnątrz trąbki. Narracja narasta, zdecydowanie idziemy na szczyt! Gitara dostaje prądu, iskry lecą po ścianach! Jej rockowy sznyt kierunkuje swobodną improwizację. Luis szuka psychodelii i znajduje ją! Piękny finał odcinka!

III. Smyczek na kontrabasie, niski, konwulsyjny. Dynamiczna gitara, gwałtowna trąbka. Rozmowa przyjaciół na dowolny temat, bywają zdania odrębne, nie brakuje emocji, a ładunki ekspresji są adekwatnie alokowane. W 4 minucie Marcelo repetuje, a Nils płynie swobodną i niebanalną solówką. Luis wkracza tanecznym krokiem, ze skłonnościami do hałasowania. Komentarz Marcelo w stylu rock’in! Finał części na pełny gazie!

IV. Kolejne intro dobrze już rozgrzanego smyka. Długie intro! Portugalczycy wchodzą do gry po 90 sekundach. Mikrofazy, czujność i odpowiedzialność. Barokowe skale, bogactwo treści. Marcelo idzie w powtarzalność, Luis wyciska trąbkę, jak cytrynę. Doskonały moment! Burzliwa nostalgia, drżąca zaduma. A finał tej 11 minutowej perły improwizacji także należy do smyczka, który zmyślnie repetuje.

V. Struny gitary poddawane procesowi intensywnego tarcia, kontrabas rozwichrzony ponadnormatywnie, trąbka zablokowana tubą – klasyczna sytuacja sonorystyczna. Po chwili Marcelo ustawia się w roli tworzącego tło (znów genialnie repetuje!), zaś jego partnerzy idą w nieznane. Dwa brudne, upocone stwory plotą separatywne, ale świetnie konweniujące ze sobą opowieści. Zakrzywiony sound całej trójki – industrialna gitara, moc death metalu w kontrabasie, trąbka zanurzona w deep sonore. I błyskotliwa eskalacja! Kolejny doskonały moment luminaryjny. Na finał muzycy pętlą się i zazębiają, jakby lizali rany po ciosach.

VI. Marcelo – mikrotonalne wręcz intro budowane wszakże na bazie rytmu, przy zastosowaniu mantrycznych powtórzeń. Nils i Luis wchodzą do gry na palcach.Ten drugi, jakby mimochodem, wypuszcza garść jednolitych dźwięków. Piękne! Finał tej wyśmienitej płyty jest tylko pozornie spokojny. Muzycy drobnymi ruchami, permanentnie się eskalują. Gęsty krem czekoladowy.




wtorek, 18 września 2018

Zwerv! Music From Any Moment! Wandering Souls of Improve!


W dość swobodnym tłumaczeniu z niderlandzkiego określenie Zwerv, to rodzaj wędrówki, podczas której nietrudno zabłądzić, oznaczać może także błąkanie się bez celu. To także skrót od nazwiska Henka Zwervera, holenderskiego gitarzysty, który wspólnie z kolegami z kilku krajów, prowadzi improwizowany ansambl o nazwie… Zwerv.

W dorobku formacji odnajdujemy dwie pozycje. O pierwszej z nich już tu pisaliśmy (Live, 2017), nie szczędząc ciepłych słów recenzenckiej egzaltacji. Najnowsza zaś zwie się Music From Any Moment i za moment rozłożymy ją na czynniki pierwsze. 

Odsłuch/ odczyt nowej płyty jawi się tym ciekawiej, iż Zwerv rozrósł się, w stosunku do debiutanckiej płyty, z kwintetu do septetu. Zestaw instrumentalny uzupełniły bowiem puzon i fortepian.




Szybko zatem zaglądamy do środka! Doskonale nam znany amsterdamski klub Zaal 100, połowa grudnia ubiegłego roku, wiele wskazuje na to, iż incydent miał miejsce bez udziału publiczności. Na scenie: Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, Luis Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifera – puzon, Henk Zwerver - gitara, Nico Chientaroli - fortepian, Raoul van der Weide – kontrabas i obiekty, George Hadow – perkusja.  Płytę od ubiegłego miesiąca udostępnia portugalski Creative Sources - 8 swobodnie improwizowanych opowieści, ponad 56 minut muzyki.

Pieśń otwarcia zdobi niebanalna introdukcja wprost ze strun gitary i klawiszy delikatnego piano. Tuż obok, jak zwykle niepowtarzalny van der Weide ze swym ogromnym kontrabasem i okablowanymi obiektami różnej proweniencji. Po około 2 minutach do gry wchodzi klarnet basowy, trąbka, puzon i perkusja. Swawolny septet pozwala sobie na skromny galop, ale w pełnym rynsztunku. Już gęsto, tudzież narowiście! Free jazz as well! Na finał ostro atakuje Vicente, a zaraz potem błyskotliwe hamowanie.

Kolejną opowieść rozpoczyna inny duet. Tym razem perkusja i trąbka droczą się ze sobą w estetyce small & slowly improve in sonore, silnie akcentując urodę minimalizmu. Po 3 minutach rozbłysk strun – jakże piękny kontrapunkt! Nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji wewnętrznej. Narracja toczy się wedle zasady – jeden lub dwa instrumenty grają bardziej wyeksponowane quasi solowe pasaże, pozostali muzycy energicznie konweniują w tak zwanym tle. Bystry recenzent dostrzega znamiona swojej ulubionej metody call & response. W 8 minucie stemple jakości przystawia klarnet basowy! Reszta też już zagotowana – emocje ekspozycji w zenicie! Pod koniec piękny komentarz Zwervera, niczym Bailey w stadium multiplikacji.

Trzecia – słowo wstępne należy do trąbki i klarnetu basowego. Potem bardziej niż dotychczas wyrazisty puzon i bystre piano. W backgroundzie istotnie wartościowe skwierczenie obiektów, opartych o rozgrzane struny kontrabasu. Kolejna gęsta, choć tym razem mniej dynamiczna opowieść. Bezwarunkowy kolektywizm i zwinne reagowanie – to zdają się być najważniejsze atrybuty tego septetu. Recenzent zastanawia się, czy muzycy cokolwiek predefiniowali przed wejściem na scenę. 3 minuta i ostry pasaż piana w estetyce Schlippenbacha, także świetna kooperacja z gitarą. Ponownie mocna ekspozycja na finał i błyskotliwa kipiel w trąbce.

Czwarta piosenka jeszcze bardziej tłumi dynamizm płyty. Wstęp ze strony perkusjonalii i dronów z obiektów. Dzwonki, talerze, drżący kontrabas! Piękne! Reszta podłącza się nieśpiesznie, raz jeden, raz drugi. Doskonałe small deep sonore ze strony Vicente. Także ciekawe pląsy na gitarze. Jakże kwiecista, przykuwająca ucho narracja. Małe frazy, igraszki w podgrupach, słuchaj i reaguj. Tuż potem mocny, niski pasaż z kontrabasu, trwający moment klarnetu basowego i minimalistyczna gitara. Na finał dysząca trąbka i zwinne palce na gryfie kontrabasu.

Piąta improwizacja zaczyna się dość nietypowo – cały septet startuje na raz! Rytm, dynamika, szczypta jazzu dla złaknionych konwencji (czyżby z kartki?). Doskonałe mikro eskalacje każdego z muzyków. W 3 minucie tempo rośnie niebywale – rapid free! 4 minuta i klarnet basowy wrze w podstawach. Obok piano, kontrabas i perkusja, niczym jurna, hard-bopowa sekcja.  Szybkie zejście do finału, już w piątej minucie.

Szóstka, to struny i trąbka na wejściu, nie byle jaka sonorystyka! Udana sekwencja fortepianu, która porywa do marszu cały septet. Kanty, narożniki, zawijasy. Powolny w ruchach klarnet basowy. Kind of slide guitar, małe piano, bystry drumming, trąbka zaplątana w rytm. Gęsta, zwinna, jakże swawolna narracja. Klarnet ciągnie piękną ekspozycję, silnie wspiera go puzon. Także gitara i kontrabas. Doskonała kooperacja w każdym momencie!

Intro wprost z wnętrza fortepianu i szumy ze strony dęciaków – tak zaczyna się przedostatnia opowieść. Kolejny moment bardzo głębokiej sonorystyki. Piękna robota – klarnet basowy po lewej, trąbka po prawej! Smoliste struny kontrabasu. Dużo spokoju i metafizyki. W 8 minucie napięcie jednak rośnie. Interakcje w mgnieniu oka - puzon, gitara, chytre piano! Treściwa praca kontrabasu i perkusji. Na finał znów free jazz pełną gębą. Z przytupem!

Na ostatniej prostej sto dwadzieścia sekund zadziornej ekspozycji – dyszące tuby, głos ludzki, gitara, piano. Gęsto od dźwięków – siedem ognisk zapalnych. Prawdziwe trzęsienie ziemi.