czwartek, 2 listopada 2017

Alex Ward & Mike Gennaro – Bring A Book! Poczytajmy zatem!


Alex Ward, angielski klarnecista i gitarzysta, gości na łamach Trybuny dość regularnie, acz nie za często. Jeśli chcielibyście sobie odświeżyć poprzednie historie, warto zajrzeć choćby tutaj właśnie.

Wspomnienie muzyki Alexa zawsze budzi do życia moje wewnętrzne dysputy dotyczące komponowanych aspektów muzyki improwizowanej. Doskonale pamiętam moment sprzed półtora roku, gdy Ward i kontrabasista Dominic Lash, popijając piwo, dyskutowali o czekającym ich za moment koncercie w duecie, rysując wiele dziwnych symboli na pięciolinii. Szczęśliwie sam koncert okazał się … bardzo swobodną improwizacją. W innych okolicznościach, dla organizacji predefiniowanej improwizacji swojego sekstetu, przygotował dla muzyków … 14 stronicową instrukcję. Muzyka na płycie płonęła emocjami i w niczym nie przypominała grania spod linijki.

Dziś przed nami płyta Alexa w duecie z kanadyjskim perkusistą Mike’em Gennaro, którą z całą stanowczością określić możemy jako swobodną improwizację. Co Panowie ustalili przed samym procesem twórczym nie wiemy, ba, nawet nie chcemy wiedzieć. Efekt bowiem końcowy tak bardzo nas zadowala. A przy okazji, nagranie o którym mówimy jest pierwszorzędną okolicznością do zachwycenia się warsztatem improwizatorskim Warda, zarówno w kontekście drobnego instrumentu dętego, jakim jest klarnet, jak i wybuchowej gitary elektrycznej. A że partner na perkusji okazał się być nie mniej kreatywny, powstała płyta, którą już dziś śmiało możemy rekomendować jako jedną z najlepszych, udostępnionych światu z datą 2017.




Lądujemy w londyńskim Cafe Oto (tu określonym z dodatkowym epitetem Project Space, domniemuję, iż bez udziału publiczności), jest 22 września 2016 roku. Panowie zagrają 55 minut, a swój spektakl zaprezentują w czterech odcinkach z tytułami. Muzyka z tego wydarzenia dostępna jest  – jedynie w wersji elektronicznej - na stronie bandcampowej Mike’a Gennaro (link na końcu tekstu), pod tytułem Bring A Book.

A Strange Message. Alex startuje na klarnecie, a towarzystwo Mike’a akcentują dźwiękowo incydenty na dzwonkach i talerzach. Od początku improwizacja jest dynamiczna, a dźwięki ścielą się gęsto. Klarnet pędzi bardzo szerokim pasmem (dużo eskalacji w wysokim rejestrze), drumming jest aktywny, czujny, w ślad za każdym oddechem partnera. Progresywny free jazz z konwulsyjnym, wręcz dzikim klarnetem. Gdy muzycy świadomie tracą tempo, pozostają równie zadziorni i przekonywujący. W formule wyzwolonej improwizacji (gdzież to zapodziały się notatki przedkoncertowe?!) Ward udowadnia, jak doskonałym jest improwizatorem. 13 minuta przynosi ostre hamowanie narracji – efektem tego piękne, sonorystyczne interludium! Powrót do dynamiki sprzed chwili, jeszcze bardziej podnosi temperaturę tego artystycznego wydarzenia. Finał wybrzmiewa bardzo spokojnie, trwającymi, dronowymi pasażami klarnetowymi, zdobionymi mikrozdarzeniami na zestawie perkusyjnym.

The Zoo Clue. Tym razem gitara z dużym prądem. Spokojne rozeznanie walką. Już na wstępie można usłyszeć, jak szeroka jest paleta artystycznych środków wyrazu po stronie gitarzysty. To szaleństwo gitarowe nie ma posmaku rockowego sensu stricte, ale naleciałości psychodelii lat 60. ubiegłego stulecia słyszy się tu nawet niewprawionym uchem. Jest i punkowy zadzior, a także noise’owa nuta w zaśpiewie – wszystko wszakże na wirtuozerskim poziomie. W 6 minucie muzycy popadają w urokliwą galopadę, by już w 8 minucie przystanąć i delektować się onirycznymi klimatami wprost z rozżarzonych strun (doskonałe!).

Nitshell Trail. Powrót do klarnetu! Rozbujana, ale nieśpieszna melodyka. Bez zbędnej zwłoki artyści ruszają w kolejną podróż, pełną energii i pomysłów na rozwój wolnej improwizacji. Bez wątpliwości, bez niedopowiedzeń, krwisty kawałek free jazzowego mięcha z najwyższej półki (tak napakowanego emocjami klarnetu próżno szukać w gatunku!).

Dancing Sticks. Zgodnie z prawem serii, Ward znów sięga po gitarę. Drumming Gennaro jest stabilny i dość jednorodny, ale za to świetnie stymuluje improwizatorską wyobraźnię partnera. Tu znów doświadczamy gitarowej orgii na tle kompulsywnej pracy perkusisty. Znów krok w pogłos i wątek psychodeliczny, który świetnie podkreśla wartość całej ekspozycji. Tuż potem, jakże błyskotliwe wybrzmienie! Gitarowa uwertura! No i szczypta konstruktywnego hałasu, niczym wisienka na torcie! Ale to jeszcze nie koniec, galopada rusza w najlepsze! Kolejne zejście w oniryzm i enigmatyczność środków wyrazu smakuje nad wyraz wytrawnie i nie drażni podniebienia. Na gryfie prawdziwa eksplozja! Taki Steve Vai już bierze się za dźwiganie pieców Warda! Eskplozywne, wyzwolone ze szponów zapisów kompozytorskich, dzikie zwierze! Oto Alex Ward w pełnej krasie! Finał jest pełen ognia – istotnie fire music! I wielkie brawa dla Gennaro! Rzadko który muzyk potrafi wykrzesać tak wiele emocji z duszy Warda.


****

W uzupełnieniu najnowszych wydawnictw z udziałem Alexa Warda, z pewnością warto sięgnąć po nagranie jego Kwartetu (personalne powiązania z jego Sekstetem, czy też Kwintetem oczywiste). Od wiosny jest z nami płyta Inductance (Copepod Records, tylko wersja elektroniczna). Ward gra tu na obu swoich ulubionych instrumentach, a wspierają go Olie Brice na kontrabasie, Steve Noble na perkusji i Rachel Musson na saksofonie tenorowym. Nagranie nie jest długie (łącznie niespełna 40 minut) i składa się z trzech części tytułowej kompozycji (!) plus tzw. alternative take części 2. Część zasadnicza, choć zawiera nagrania powstałe w trzech różnych okolicznościach nagraniowych (dwa koncerty, jedno studio), jest jednym ciągiem dźwiękowym i przynosi niezbadane pokłady wolnej improwizacji! Widać taki urok tych wardowskich kompozycji.



Płyta Bring a Book jest dostępna w tym miejscu

wtorek, 31 października 2017

Nate Wooley – Battle Pieces! Bitwy bez rozlewu krwi!


Baczność! Nate Wooley będzie grał! I to repertuar bitewny!

Rozlewu krwi nie uświadczymy z pewnością, przynajmniej w dosłownym znaczeniu. Będzie nawet odrobinę wytwornie i z dużą elegancją, wszak w szranki bitewne staną także dwie niewiasty!

Do rzeczy zatem – jesteśmy w niemieckiej Kolonii, w bodaj najbardziej znanym miejscu dla muzyki improwizowanej w tym właśnie mieście, czyli klubie The Loft. Koniec stycznia 2016 roku, a na scenie czwórka muzyków – na fortepianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie (tenorowym) Ingrid Laubrock, na wibrafonie Matt Moran i sprawca całego zajścia – Nate Wooley na trąbce.

Ta czwórka muzyków kontynuuje ekscesy artystyczne zapoczątkowane na płycie studyjnej, która powstała dwa lata wcześniej (Battle Pieces, Relative Pitch Records, 2015 -  w tym miejscu  pisała o tym Trybuna). Niemiecki koncert jest z nami od dwóch miesięcy, także nazywa się Battle Pieces (Relative Pitch Records, 2017), ale w katalogu wytwórni, a także dyskografii Wooleya bywa oznaczany cyfrą 2. Odsłuch czterech odcinków tytułowej ekspozycji (tu, z numerami 4, 5, 6 i 7) zajmie nam godzinę zegarową i jedną minutę. Z przyjemnością zaglądamy zatem do środka.




Bitwa nr 4. Spokojna, nieeksplozywna rozgrzewka instrumentów. Każdy z muzyków puszcza w przestrzeń klubową po kilka dźwięków i czeka na to, co zrobi reszta. Szczypta kameralistycznej aury, okraszonej pytaniem recenzenta o ewentualne działania przedprodukcyjne (innymi słowy, co idzie z głowy, co zaś z notacji, niezależnie od jej formy). Na pytanie tak postawione, do końca płyty nie znajdziemy odpowiedzi w stu procentach wiarygodnej. Tempo od pierwszych chwili zdaje się być nieco tłumione, co zwinnie podkreśla smakowity pasaż Nate’a na dość jeszcze wychłodzonym instrumencie. Komentarz Sylvie na akustycznej klawiaturze, dla odmiany z odrobiną ognia. Narracja chwyta niemal pogrzebowy rytm i jasno stawia sprawę – nigdzie nam się dziś nie śpieszy. Konsekwencją – poziom naszych emocji, który na tę chwilę przyjmuje wartości ujemne. Wooley skwapliwie dorzuca jednak do ognia, dzięki czemu muzyka toczy się z odrobiną żaru (pozostali muzycy stawiają jedynie ornamenty – tu bezwzględnie zaznacza się ingerencja kompozytorska). Szczęśliwie w okolicach 11 minuty Ingrid postanawia zadać kłam insynuacjom recenzenta. Pięknie prowadzi swojego dęciaka, a na scenie doświadczamy pierwszych prawdziwie improwizowanych ekscytacji. Wooley jest jednak czujny i pod koniec tej długiej, blisko 20 minutowej ekspozycji, bez kłopotu gasi żar improwizacji, patrząc obu Paniom głęboko w oczy.

Bitwa nr 5. Wooley proponuje niebanalną i urokliwą melodię, którą powtarza i którą stara się inspirować partnerów do aktywnych działań twórczych (czy można to nazwać kompozycją?). Repetycja trwa, a pozostała trójka interesująco komentuje. Dynamika tego fragmentu jest o tempo szybsza niż w pieśni otwarcia, ale sam krok narracji jest ledwie spacerowy. Zamiast eskalacji, subtelne wyciszenie przy akompaniamencie piana i wibrafonu. Saksofon Ingrid jest nienachalny, lekki, ale nie cool jazzowy. Muzycy brną na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Coś jednak musi się zdarzyć! Odwagi nie brakuje saksofonistce, która ambitnie dynamizuje swoje poczynania. Dmie uroczo i stawia ów pasus w szranki walki o najlepszy, jako dotąd, fragment płyty (ze świetną asystą Sylvie – jakże ognisty duet!). Po chwili moment ciszy, który gwałci Nate i jego trąbka. Wytrawna, solowa ekspozycja sonore (miód, malina! – notuje w kajecie recenzent). Muzyk wydaje dźwięki nawet otworem gębowym! Komentarz Ingrid też pozbawiony znamion melodii i struktury rytmicznej. Tryumfalnie powraca melodia przewodnia, tym razem grana przez fortepian.

Bitwa nr 6. Z mroku i ciszy wyłaniają się niezwykle zdyscyplinowane preparacje i drobne incydenty akustyczne. Macanki w podgrupach idą w najlepsze. Pod koniec 5 minuty wstajemy z grobu i mamy ochotę na odrobinę życia. Opowieść gęstnieje, fortepian zdaje się stawiać swoje warunki, a emocję płoną, ale pod ścisłym nadzorem Referendarza.

Bitwa nr 7. Saksofon i trąbka w spokojnym tańcu, piano dba o bazowe dźwięki. Jak na zasady panujące w trakcie tych bitew, ze sceny zieje sporą porcją energii, a działania muzyków noszą znamiona dynamicznych. Spodziewane wytłumienie narracji zastaje całą czwórkę w pozycji akceptującej. Bez sprzeciwu kogokolwiek. Wracamy do poziomu ciszy. Emocje zdają się nie mieć wymiaru koncertowego, ale być może nikt nie zapytał, czy po drugiej stronie sceny jest jakaś publiczność. Jako kontrapunkt, szczypta niebanalnego oniryzmu, jakby z wnętrza wibrafonu. 5 minuta upływa nam w atmosferze konstruktywnego minimalizmu i drobnych, molekularnych improwizacji, w drodze wymiany nie do końca zbieżnych poglądów. Jakkolwiek recenzent nie dostrzega zdań odrębnych, czy sporów językowych. Ingrid znów podnosi jakość nagrania wspaniałą, solową ekspozycją. Tuż potem Nate w podobnej roli i z równie dobrym artystycznie skutkiem. Jakże błyskotliwe sonore! Przy okazji, perfekcyjne wsparcie ze strony piana i wibrafonu. Finał koncertu zdecydowanie nadrabia drobne niedoskonałości całego spektaklu. Jest, jak na warunki tu panujące, wyjątkowo ekstatyczny i akustycznie precyzyjny.

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!

poniedziałek, 30 października 2017

Sousa & Ferrandini! Lisbon String Trio! Lama! – Queremos calor não só na música! Chcemy ciepła nie tylko w muzyce!


Krajowa, centralna i wschodnioeuropejska pogoda jest tak gigantycznie paskudna, że już od samego patrzenia na mapę pogody Półwyspu Iberyjskiego robi się odrobinę cieplej i serdeczniej na duszy. A cóż dopiero sprawić może sięgnięcie po muzykę improwizowaną z tego cudownego zakątka świata?

Baa, słowo się rzekło, kobyłka u płotu! Nasze uszy kierujemy zdecydowanie na słoneczną i gorącą Lizbonę! No, prawie na Lizbonę, bo zaczerpniemy także odrobinę oceanicznego powietrza kilkaset kilometrów na północ od stolicy Portugalii (to będzie Belgia!).

Przed nami trzy nowe płyty wprost z zachodniego krańca Iberii (lub prawie wprost). Bystry recenzent winien głodnych wrażeń bywalców Trybuny czym prędzej zapędzić do lektury, a potem do odsłuchu (kolejność odwrotna jest równie akceptowalna). Słowo wstępne wszakże paść musi. Płyty rzeczywiście będą aż trzy, dodatkowo każda z nich będzie radykalnie różna od pozostałych, a jedynym wspólnym dla nich mianownikiem – poza krajem pochodzenia jej twórców (prawie wszystkich!) – będzie fakt, iż dominującą metodą twórczą okaże się improwizacja! Chwilami intensywnie swobodna!


Młodości dodaj nam skrzydeł!

Na początek duet kumpli z podwórka, a konkretnie z okolic Placu Kwiatów, położonego w dzielnicy wolnej muzyki i równie szalonej miłości – Bairro Alto, czyli Pedro Sousa na saksofonie tenorowym i Gabriel Ferrandini na perkusji. Okoliczność koncertowa z roku ubiegłego (chyba), miejsce zwie się Ma Arte. Tak też nazywa się limitowana edycja kasetowa tego nagrania, którą dostarcza Favela Discos (2017). Jak kaseta, to dwie strony, łącznie 37 minut muzyki. Zarówno Sousa, jak i Ferrandini, nie potrzebują na tych łamach jakichkolwiek rekomendacji. Warto wszakże zauważyć, iż choć są obecni na scenie muzyki improwizowanej nie od dziś (zwłaszcza Gabriel), to oboje skończyli lub za chwilę skończą ledwie 31 lat. Młodości, dodaj nam zatem skrzydeł!




Lado A. Perkusja na pogłosie, nie do końca zamierzonym, odrobina field recordings znad baru, szepty i mlaski, szkło o szkło. Muzykom to w ogóle nie przeszkadza. Wiedzą, po co tu przyszli. Tenor Sousy od pierwszej sekundy jest zadziorny i szybko osiąga stan wzmożonego metatransu. Narracja jest dość gęsta, ale prowadzona w umiarkowanym tempie. Tembr saksofonu śle moc pozdrowień wprost w ramiona Evana Parkera. Młody Portugalczyk jest jednak, co do zasady, na ogół o tempo bardziej dynamiczny od weterana free improv, który spokojnie mógłby być już jego dziadkiem. Ferrandini brnie w tej eskapadzie w sposób niebudzący wątpliwości, zarówno, co do jego drummerskich kompetencji, jak i dyspozycji dnia, a także telepatycznego odczytywania intencji partnera. Free jazz na wysokim poziomie, trochę bezczelny, odrobinę młodzieńczy i na pewno zbuntowany. Muzycy znają się od kołyski, zatem nie mają jakichkolwiek problemów z nawigacją w żmudnym procesie swobodnej, kolektywnej improwizacji. Gdy w drugiej połowie tej części koncertu postanawiają nieco przyhamować, tembr tenoru zdaje się być wręcz rozczulający, a jakość membran werbla i tomów niebudząca zastrzeżeń. Za moment ruszają jednak do galopu, jak stado dzikich koni, boleśnie okutych przez niewprawionego kowala. Szczypta odczynu adhd w grze Gabriela podkreśla dramaturgię tego fragmentu koncertu. Jednooddechowy pasaż Pedro, niczym wisienka na torcie.

Lado B. Płynnie zmieniamy strony nośnika kasetowego, a na scenie pozostaje sam Pedro i kreśli zwinną, niebanalną synkopę. Znów pędzi bez zakrztuszenia. Powrót Gabriela jest nienachalny i pełen drumerskiego uroku, zmyślnie akceptujący kończące się solo saksofonu. Teraz on zostaje sam, a jego wyobraźnia eksploduje – down and up! Tym razem to tenor powraca i w aurze tajemniczości, tudzież niedopowiedzeń stopuje narrację i zeruje licznik kilometrów. Doskonała, sonorystyczna cisza. Restart jest równie błyskotliwy, pełen incydentów na dyszach i krawędziach talerzy. Finałowa galopada znów nie traci dobrego smaku i wiedzie nas do krainy wiecznego zadowolenia. No, a przycisk play again zda się wyjątkowo pomocny!


Orgia strunowców!

Nadprodukcja dźwięków improwizowanych dotyczy także sceny portugalskiej. Przed nami Lisbon String Trio, które pod tą nazwą publikuje dopiero od tego roku, a już ma w dorobku… sześć dysków! Tu, dla przykładu, sięgnijmy do nagrania poczynionego w towarzystwie francuskiego saksofonisty Etienne’a Bruneta (sopran). A samo trio personalnie to: Alvaro Rosso – kontrabas, Miguel Mira – wiolonczela i Ernesto Rodrigues – altówka. Płyta zwie się Telepathie i przy okazji, być może niezwykle celnie, tłumaczy charakter relacji, jakie zawiązały się pomiędzy muzykami w trakcie rejestracji (Creative Sources, 2017). A ta pochodzi z kwietnia br., z miejsca zwanego Livraria Ferin, położonego rzecz jasna w Lizbonie. Dwa fragmenty swobodnej improwizacji, łącznie niespełna 34 minuty.




Pierwszy. Trzy strunowce i drobny saksofon – ciekawa mieszanka. Zdaje się, że na początku nagrania, to największy ze strunowców wiedzie prym. Delikatnie prowadzi narrację, rysuje pętle, a pozostałe instrumenty dopowiadają swoje kwestie i komentują. Dialogi i interakcje nie mają końca. Sopran tylko pozornie ma tu rolę separatywną, chętnie bowiem wchodzi w zabawy imitacyjne i bez trudu wkleja się w zwoje strun partnerów. Gęsta, stosunkowo dynamiczna wymiana poglądów. Cztery płynne kaskady czystych akustycznie dźwięków. Pełne empatii zachowania muzyków. Każdy może tu liczyć na ciętą, ale i precyzyjną ripostę. Rodzaj filharmonii dla pełnowymiarowych szaleńców, kameralistyka na zdrowym speadzie. W ramach obszaru wyznaczonego przez czterech muzyków panuje pełna demokracja – śmierć liderom i wszelkim prowodyrom! Rosso lubi jazzowy walking i często z niego korzysta, Rodrigues i Mira reagują jak bracia syjamscy, a Brunet wchodzi pomiędzy struny ze zwinnością baletnicy. Pod koniec fragmentu, nikt nie ma tu nic przeciwko drobnej eskalacji i niezobowiązującej do niczego galopady, pełnej wszakże kameralistycznego uroku.

Drugi. Subtelna narracja na starcie. Cisza na gryfach, skupienie, trochę szumu na dyszach. Special kind of sonore, która napędza się podskórną intensywnością, napiętą cięciwą nerwu. Znów sopranista nie może opędzić się od komplementów. Znów sporo walkingu kontrabasowego ze strony Rosso, który dyktuje pozostałym strunowcom warunki gry. Konsensus jest wszakże osiągany w mgnieniu oka (lub ucha). Układ przestrzenny jest zachowany. Kontrabas i saksofon atakują flankami i bywają nieco głośniejsze, altówka i wiolonczela brną środkiem i częstą grają jednym dźwiękiem. W trakcie tej części nagrania napotykamy fragment emocji, które pachną niebanalnym free jazzem. Pod koniec nagrania, nie pierwszy krok w kierunku ciszy. Zaduma, refleksja, błyskotliwa mikrosonorystyka czterech doskonałych muzyków. A na finał, istotnie last minute – wytrawne i precyzyjne crescendo!


Lama, nie do końca portugalska!

Czas na skromne akcenty nieiberyjskie w naszej dzisiejszej modlitwie o odrobinę ciepła za oknem! Trio Lama jest oczywiście w dwóch trzecich pełne krwi portugalskiej, ale uzupełnia ją kanadyjski perkusista, a wspiera, na drugiej kolejnej płycie, belgijski klarnecista. Samo zaś nagranie, nad którym za moment się pochylimy powstało w Belgii (Neerpelt, Jazzcase Series Dommlhof, w styczniu 2016 roku). A zatem – Gonçalo Almeida na kontrabasie i klawiszach (plus efekty i loopy), Susana Santos Silva na trąbce, Greg Smith na perkusji i elektronice, no i w charakterze gościa, Joachim Badenhorst na klarnecie i klarnecie basowym. Czwarta płyta w dorobku Lamy zwie się Metamorphosis (Clean Feed, 2017). Opowieść składa się z pięciu części (w tym trzy pierwsze, to kolejne fazy tytułowych Metamorfoz). Łącznie 46 minut muzyki.




Metamorfoza 1. Elektronika, ambientowy sound, sucha trąbka, zgrzyty na gryfie, tuba klarnetu, inwazyjne klawisze – to charakterystyka startu tego nagrania. W okolicach 4 minuty żywe instrumenty zaczynają akcentować swoją obecność, choć kontrabasista brzmi jak zmutowany Hendrix. W tubach dęciaków rodzą się pierwsze semickie akcenty melodyczne, które będą kilkukrotnie powracać w tej rejestracji. Rodzaj dramaturgicznej puenty dla przesyconej elektroniką introdukcji tej płyty. Wybrzmienie jest jednak kolektywne, niemal industrialne, co wprowadza drobną konfuzję w toku recenzenckich wynurzeń. Perliste free improv!

Metamorfoza 2. Ciche dęciaki wypłukują hałas z naszych uszu po ustaniu Pierwszej Metamorfozy.  Rodzaj porannego tańca na mokrej trawie. Klarnet łapie pogłos i repetuje, kontrabas zaś stawia wszystkich do pionu siłą swojego soundu. Po chwili to samo czyni perkusja, a elektroniczne ornamenty ledwie skwierczą na boku. Pomysł goni pomysł! – to pierwsza charakterystyka tego nagrania, która ląduje w kajecie recenzenta. Barokowy przepych niemalże. A dęciaki, jakby na przekór, wciąż szukają melodii (Susana, nawet zaczepki – jakże smakowite solo przy wsparciu skromnej elektroniki!). No tak, permanentne metamorfozy. W 11 minucie – dość standardowa, cool semicka narracja na skraju niebanalnej melodii, jakby na dowód, że my także potrafimy grać piękne piosenki. Dynamizacja na ostatniej prostej sieje adekwatny do sytuacji ferment.

Metamorfoza 3. Kontrabas ponownie przy władzy! Silny, jak dąb, nieznoszący sprzeciwu (Almeida to potrafi!). Rhythm, sound and death! Ciekawe, ile tu idzie ze scenariusza? – pyta dociekliwy recenzent. Dęciaki linearnie, tonalnie i z melodią na ustach – to już znamy z tej opowieści. Oczywistość tego akurat rozwiązania dramaturgicznego nie konweniuje z bogactwem improwizacyjnym dwóch pierwszych Metamorfoz.

Sen Komasiny. Klarnet basowy jako kontrapunkt dla właśnie co zakończonej skocznej galopady. Asysta z klawisza nie budzi entuzjazmu po drugiej stronie sceny. Dęciaki biorą jednak sprawę w swoje ręce (a nawet usta!) i temat brnie dalej w całkiem przyjaznej akustycznie scenerii (Susana jest zdecydowanie matką tego drobnego zwycięstwa!).

Ciemny zaułek. Brutalne wejście kontrabasu wyznacza start finałowej opowieści. Mimo kilku, ledwie co dostrzegalnych ambiwalencji w trakcie, czwarta Lama to zdecydowanie najlepsza, jak dotąd płyta tria, co zwinnie podkreśla ten właśnie utwór. Ta rozbiegówka ma żar melodii, emocje spełnionych oczekiwań. Należy podkreślić udany wkład elektroniki w sukces tego finału. Uzupełnia i eskaluje wyczyny żywych instrumentów, wszak w tym właśnie jest najlepsza. A semicka melodia powraca jak mantra i budzi egzystencjalny lęk. Ostatnie słowo należy jednak do kontrabasu i elektroniki. To w sumie żadne zaskoczenie.



****

Przydatna nawigacja do poprzednich tekstów zamieszczonych na Trybunie (read more!):

wtorek, 24 października 2017

Kodian Trio II - The next step to the importance! *)


Dirk Serries i Colin Webster są zdecydowanie najczęstszymi gośćmi Trybuny w ostatnich tygodniach. Zachwycaliśmy się wspólnie ich dokonaniami w ramach wydawnictw A New Wave Of Jazz,  Raw Tonk, czy choćby Tombed Visions. Jeśli zatem za trzy dni światową premierę ma druga, a w sumie czwarta płyta ich trzyosobowej inicjatywy artystycznej Kodian Trio, to nie sposób na tych łamach tego faktu nie wykrzyczeć!

I od pierwszej myśli silna konstatacja Pana Redaktora – próżno szukać współcześnie wielu ciekawszych, bardziej odświeżających nasze uszy, propozycji muzycznych w zakresie małego składu improwizującego niż Kodian Trio (przynajmniej w granicach Starego Kontynentu). Innymi słowy – czytajcie, a potem słuchajcie z należytą starannością!




Czas i miejsce zdarzenia: 2016 (brak dokładniejszych danych), Sunny Side Studios, Bruksela.

Ludzie i przedmioty: Dirk Serries – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Andrew Lisle – perkusja.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt końcowy: sześć odcinków muzycznych bez tytułów, pomieszczonych na dwóch stronach płyty winylowej – niespełna 47 minut. Dostarcza austriacki Trost Records jako Kodian Trio II (wyjaśniając wątpliwości – jest to druga studyjna płyta tria; dyskografię uzupełniają dwa wydawnictwa koncertowe, jedno w formacie cd-r, drugie w postaci kasety – wszystkie pozycje omówione w opowieściach podlinkowanych w pierwszym akapicie).

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń.

A1(3:23). Od dźwięku prymalnego, twarda, gęsta, trójnoga narracja. Gitara snuje tłuste synkopy, alt rysuje sufit studia nagraniowego, a perkusja bije mocny rytm, z samego serca, nie szczędząc razów stopą po bębnie basowym.

A2 (8:49). Duet saksofonu i gitary, o tempo szybciej niż w poprzednim odcinku. Perkusja wchodzi jakby bokiem i stara się nie przeszkadzać, bo dialog z introdukcji zdaje się być niezwykle frapujący dla wszystkich uczestników odsłuchu. Ta wymiana zdań współrzędnie złożonych godna jest uwagi, nawet jeśli konsensus nie jest na razie gwarantowany. Narracja toczy się na ostro, ma dziki smak, choć nie przekracza granic freejazzowego rozsądku. Serries klei szybkie solo, ale Webster powraca jeszcze dynamiczniej i wtapia się w gęstwinę improwizacji na rozgrzanych strunach gitary. Doskonały fragment! Gitara permanentnie iskrzy, sprzęga się i dolewa do ognia. Jest metaliczna, krwawi i perfekcyjnie skleja się dramaturgicznie z altowymi eskalacjami.

A3 (11:03). Spokój wokół samotnie improwizującego perkusisty. Alt tuż potem, pachnie komedowskim zaśpiewem. Serries wchodzi na ubitą ziemię i znów zadziera nosa. Jest konkretny, konsekwentny i krnąbrny (by pozostać przy epitetach na literę k). Narracja ponownie dynamizuje się, a dźwięki trzech instrumentów tulą się do siebie, jak niewykastrowane kocury w cieczce. Gitarzysta przypomina odrobinę przesterowanego i silnie sfuzzowanego Dereka Baileya. Saksofonista (gdy dmie na alcie) jest prawdziwie niepowtarzalny, ale to już wiemy z poprzednich opowieści o artyście. Na finał solo perkusyjne, które nie po raz pierwszy tego wieczoru pachnie Tomem Bruno.

B1 (4:40). Narracja ponownie stawia pierwsze kroki z rozwagą i bez pośpiechu. Dźwięków jednak nie brakuje, a żaden z nich nie pozostaje bez reakcji interlokutorów. Alt stempluje przestrzeń, gitara moduluje swój tembr, perkusja stopuje. Zwarty szyk bojowy, bez choćby fragmentu wolnej przestrzeni, ale i bez prób hałasowania, czy uciekania w trans.

B2 (7:59). Ponownie Webster i Serries brną niczym jedno ciało (ten drugi częściej moduluje dźwięk, niż ucieka, jak to często czyni, w ambientowe otchłanie). Wymiana poglądów, która pachnie jazzem na kilometr. Lisle szczoteczkuje, a Serries nieustannie poszukuje nowych rozwiązań na elektrycznym wiośle, bazując na całej historii baileyowskich doświadczeń. Bezkompromisowość jego stylu gry może imponować. Dla przeciwwagi – w 6 minucie brawurowy duet altu i perkusji! Wejście gitary w sam środek tego dialogu, niczym wisienka na torcie (z offu … ekstaza recenzenta!). Na finał ekspozycji – precyzyjna galopada.

B3 (10:02). Slide guitar? Nieco bardziej refleksyjna opowieść, zdobiona molekularną improwizacją. Dirk ledwie dotyka strun, Colin mantruje na boku. Jesteśmy o kilka kroków od granicy ciszy. Andrew wchodzi wysoko i używa prawie wyłącznie talerzy. W 6 minucie zostaje na moment sam.  W ramach wsparcia Colin śle mu sonorystyczne pocałunki prosto z namiętnych dysz saksofonu. Gitara Dirka zdaje się być zwiewna, niczym dziewica przed swoim pierwszym ważnym wydarzeniu w życiu. Prawdziwa eksplozja niezaprzeczalnej urody free improvisation! Talerze w tle, niczym husaria sprzymierzonych armii! Błyskotliwe wybrzmienie!

*) ang. Następny krok do ważności


poniedziałek, 16 października 2017

Leandre! Guy! Fernandez! Liquid Quintet! Watts! Crispell! Edwards! 12th Ad Libitum Festival! And so is history! I tak tworzy się historia!


Każdy akt zbiorowego grania i słuchania muzyki ma swoją historię, swoje genialne epizody, tudzież dla odmiany garść prawdziwych gniotów. Warszawski Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum szczęśliwie od lat unika tych ostatnich i na ogół kreuje wydarzenia artystyczne na poziomie trudno osiągalnym dla innych tego typu inicjatyw w naszym pięknie powykręcanym kraju.

Tegoroczna edycja była jednak wyjątkowa! Trzy dni, osiem koncertów i każdy z nich… zasługuje na najwyższą ocenę. Ze statystycznego punktu widzenia, zjawisko to niemal niemożliwe. W praktyce koncertowej – miało jednak miejsce! Poniżej w kilku reporterskich impresjach, postaram się tę szaleńczą tezę uzasadnić.


Dzień pierwszy

Panów Agusti Fernandeza i Barry Guya znamy doskonale. Na tych łamach padły już nawet stwierdzenia, iż z artystycznego punktu widzenia, obaj muzycy są polskimi rezydentami. Koncerty, płyty (zarówno w przypadku katalońskiego pianisty, jak i brytyjskiego kontrabasisty) są naszym częstym udziałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż muzycy nie grali tu jeszcze w składzie dwuosobowym. Sam występ duetu, dla tych którzy doskonale znają muzyków, niczym nie zaskoczył, ale poziom artystyczny, umiejętność kooperacji, dźwiękowa wrażliwość, improwizatorska wyobraźnia wzniesione zostały na tak wysoki poziom, iż czujnik zadowolenia recenzenta osiągnął bez problemu stan maksymalny. Z jednej strony szczypta notacji, mikro scenariuszy, z drugiej furia pomysłów, wytrawnych preparacji i szaleństw improwizatorskich. Jeśli ktoś oczekiwał nostalgii i zadumy typowej dla obu muzyków, gdy realizują się wspólnie w ramach tria Aurora, mógł zginąć z nadmiaru wrażeń. Na bis wszakże muzycy zacytowali bodaj najpiękniejszą melodię z debiutanckiej płyty w/w formacji.




Punkt drugi i ostatni wieczoru otwarcia – grupa warsztatowa polskich muzyków improwizujących pod światłym przewodnictwem Joëlle Leandre (kontrabas) i Krzysztofa Knittela (elektronika). Obok liderów (a może jedynie skromnych przewodników) w składzie grupy – niebywały głos kobiecy (Marta Grzywacz), dwie gitary (Marcin Olak, Wojciech Błażejczyk), klarnet (Mateusz Rybicki), trąbka (Olgierd Dokalski), akordeon (Zbigniew Chojnacki), skrzypce i altówka (Patryk Zakrocki), wibrafon (Dominik Bukowski), fortepian (Łukasz Ojdana) i perkusja (Krzysztof Gradziuk). Krótki, ale jakże misternie skonstruowany w czasie rzeczywistym fragment zbiorowej, kolektywnej improwizacji. Smakowita, nieco kameralistyczna narracja, która miała dwunastu dyrygentów i ani jednego nietrafionego dramaturgicznie pomysłu. Wyśmienite!


Dzień drugi

Skrzypce i kontrabas na pierwszy strzał wieczoru. Dagna Sadkowska przyszła na ten koncert od strony muzyki współczesnej, John Edwards - od strony krwistego i niewymownie pięknego free jazzu/ free improvisations. Połączyła ich skłonność do niczym nieskrępowanej improwizacji. Samo spotkanie było elektryzujące i buchało emocjami, choć narracja w wielu fragmentach balansowała na pograniczu ciszy, kleiła się do wielu jej wymiarów i kolorów. Anglik pokazał kunszt i wirtuozerię, których wielu z nas być może nie spodziewało się, znając jego eksplozywną grę na wszystkich europejskich scenach free. Polka nie była nachalna, często z kobiecą gracją czekała na to, cóż zdarzy się po stronie jej partnera. Efekt muzyczny zadowolił wszystkich.




Angielscy weterani gatunku – Trevor Watts (saksofony) i Veryan Weston (fortepian) grają ze sobą już kilka dziesiątek lat. Są prawdziwie pomnikowymi postaciami free improvisation. Tu rozbudowali swój duet o dwa instrumenty smyczkowe – wiolonczelę i skrzypce, a do występu zaprosili dwie duże młodsze panny, ale już o uznanych personaliach – Hannah Marshall i Alison Blunt. Jeśli ktoś oczekiwał, że napotka free jazz przeniesiony do filharmonii, to zawiódł się srodze. Muzyka kipiała energią, kolektywną i intuitywną improwizacją. Tam, gdzie muzyka współczesna styka się ze zdrowym hałasem, tam także, gdzie free jazz wpada w odrobinę kameralnej zadumy. To muzyczne pola rażenia tego niezwykłego kwartetu! Każdy z muzyków iskrzył pomysłami, a historii mieli do opowiedzenia opasłe tomy. Jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu!

Na wieczór późniejszy trio, które znamy od lat, ale pewnie na żywo nie widzieliśmy nigdy (przynajmniej w kraju). Amerykańska pianistka Marylin Crispell, kobieta, która wyznaczyła kanon pianistycznej improwizacji u boku Anthony Braxtona, Barry Guy (by the way… świętujący na festiwalu 70-e urodziny!) na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. W tym miejscu w zasadzie można powtórzyć słowa, jakimi skomentowałem koncert Guya z Fernandezem. Bez zaskoczeń, jednakże na poziomie artystycznym osiągalnym dla niewielu. Wielka radość recenzenta, móc zobaczyć Crispell na żywo. Wyśmienita pianistka, jak każdy wybitny muzyk, potrafi zagrać wszystko, ale gra tylko to, co zechce.


Dzień ostatni

Z wielu powodów koncert otwarcia dnia trzeciego był dla mnie kluczowy na tej imprezie. I od razu skomentuję – okazał się najlepszy. Katalońskie Liquid Trio, które na tym koncercie wieściło światu ukazanie się trzeciej płyty, uzupełnione o dwóch znakomitych muzyków z polskim paszportem – zatem niechybnie Liquid … Quintet. Personalnie zaś: Agusti Fernandez (piano, głównie preparowane), Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy), Artur Majewski (trąbka i flugelhorn), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) i Ramon Prats (perkusja). Od prawdziwie drapieżnego i wielowymiarowego free improv, po oczyszczającą ciszę, którą muzycy osiągnęli w niebywały sposób, kolektywnie schodząc step by step do ostatniego dźwięku i linearnie ograniczając skalę swoich ekspresyjnych zachowań. Prats grający stopą po werblu, Mazur traktujący smykiem swoją gitarę, która stawała się małym kontrabasem, Majewski z niebywałą umiejętnością wypełniania przestrzeni akustycznej dźwiękami w wysokim rejestrze, Cirera tryskający energią i pomysłami, kluczowy element kongenialnego wybrzmiewania nagrania, gdy pracował na sopranie nie używając ustnika, wreszcie Fernandez, który w każdej sekundzie najbardziej zagmatwanej improwizacji, wiedział jaki zagrać dźwięk. Doskonały koncert!




Duet dwóch kontrabasów - Joëlle Leandre i Barry Guy. Dwie najważniejsze postaci festiwalu, z racji zadań i zakresu obowiązków (każdy po trzy występy!). Nie będę opisywał techniki ich gry, wyobraźni i palety rozwiązań improwizacyjnych. To zawsze najwyższa skala oceny. To nie był koncert. To był spektakl teatralny. Muzycy prześcigali się w pomysłach, w zakresie wzajemnej komunikacji (Barry grał nawet przez moment na kontrabasie Joëlle, choć wcale nie zamieniali się instrumentami!). Finał wyniósł publiczność pod nieboskłon Centrum Sztuki Współczesnej. Guy, nie przestając grać na instrumencie, najpierw ułożył do snu swój kontrabas, a potem już wspólnie z partnerką, kontrabas Leandre. Emocje eksplodowały!

Finał nie mógł nie należeć do tej ostatniej - Joëlle Leandre Tentet. Trochę narracji z partytury, bardziej na zasadzie inspiracji i tworzenia ładu narracyjnego, niż chęci odgrywania gotowego materiału kompozytorskiego. Wybitni muzycy, których nazwisk nie wylistuję w całości, gdyż program festiwalu ich nie opisał, a na koncercie nie notowałem. Może przywołam jedynie tych muzyków, których znałem już wcześniej – zatem Theo i Valentin Ceccaldi (skrzypce, wiolonczela), Alexandra Grimal (saksofony) i Jean Luc Cappozzo (flugelhorn). Szczególnie urokliwe brzmiały instrumenty strunowe, których rola w Tentecie jest fundamentalna. W przeciwieństwie do płyty Can You Hear Me?, którą muzycy twórczo dekonstruowali na koncercie, improwizacja szczęśliwie dominowała nad materiałem skomponowanym. Przywołany wyżej tytuł był przy okazji naczelnym hasłem 12 edycji Festiwalu Ad Libitum.

Tak, słyszeliśmy Cię! I to jak!