piątek, 9 czerwca 2017

Sharif Sehnaoui & Adam Gołębiewski! – How to … Meet The Dragon and Win! The story not for children.


Z garścią plastikowych pięciozębów na ziejącego ogniem smoka! Jak kij wbijany w szprychy roweru, którego ktoś nieprzyjazny pozbawił kół. Jak rozszarpywanie ran, jak kaleczenie wątpliwości. Strój instrumentów nerwowy, kąśliwy. Akustyczne subtelności przejmują wartości ujemne. Grymasy twarzy, przeciwnie – wartości dodatnie. To walka na śmierć i życie. Gitara akustyczna prądkuje, plami podłogę i delikatnie jęczy. Werbel (tom?) jakby odczłowieczony. Prawdziwie akustyczna ściana dźwięku. Wprawieni w bojach noise’owcy mogliby tylko pozazdrościć takiego efektu fonicznego. Trochę procesów z zakresu prostej fizyki – tarcia, tłoczenia, dęte dźwięki kłute i szarpane. Cóż podpowiedzieć może wyobraźnia tym, którzy nie widzieli tych muzyków na żywo, kilka, kilkanaście dni temu? Recenzent chwilami im zazdrości, bo akurat jemu dobra pamięć podsuwa kilometry celnych wspomnień. Post-elektronika bez centymetra kabla. Dźwięk jest pierwotny, fizycznie dotkliwy. Muzyka konkretna, która nie ma jeszcze swojego rozdziału w historii walki człowieka z materią foniczną. 




Semantyka instrumentów zaciera się. Gitara Sharifa sprawia wrażenie instrumentu strunowego, ale często to pozór. Perkusjonalia Adama w mgnieniu oka potrafią przepoczwarzyć się w instrument dęty lub bliżej nieokreślony, postindustrialny wehikuł. Przedmioty, które wydają dźwięki. Struny maltretowane ciekłym ołowiem, okazują się zaskakująco skuteczne w kreowaniu czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-rytmu. Odpowiedź z prawej flanki też nieśmiało sugeruje ten trop eksploracji. Nawałnica z piorunami, ognista kula pełna żywej krwi! Reakcje łańcuchowe, dużo niskich częstotliwości. Niczym armia upalonych doboszy w galopie. Nieuchronne wyciszenie smakuje już tylko suchym potem. Sharif pulsuje niczym metronom. Adam milczy. Zdezelowana pozytywka. Muzycy cofają się w głąb siebie, wchodzą do środka swoich instrumentów. Punktem odniesienia będzie drugie dno tej narracji. Dźwięki zdają się być bardziej intensywne, ale mniej muskularne. Ekspresja w służbie precyzji! Taniec, wibracja, wybredna akustyka brudu, potu i czegoś tam jeszcze. W połowie drogi z Bejrutu do Poznania leży mokra Amazonia, pełna krwawiących papug, zdeformowanych orangutanów i bioegzemplarzy halucynogennych. Dręczenie akustycznych przedmiotów eskaluje się dobitniej niż wyobraźnia recenzenta. Foniczny turpizm, który przybiera złoty kolor, stymuluje endorfiny po drugiej stronie sceny. Kolejna, jakże perkusyjna eksplozja! Z kajetu anglojęzycznej półkuli recenzenta: Guitar is more drum than drum! Wyjście z rytmu smakuje pieprzną sonorystyką. Jakby mały koncert dęty: trąbka vs. saksofon altowy. Hałas uwędzonych dysz. Muzycy nie grają już wyłącznie na instrumentach – ich krew, mózg, mięśnie, żyły także uczestniczą w niecnym procesie deflorowania przestrzeni akustycznej koncertu. Odrobina industrialu unplugged! Tuż po nim… Sharif gra akordami, a jego gitara brzmi jak dziewica w oczekiwaniu. What a surprise! Adam dla przeciwwagi zdziera podłogę z rzeczywistości, prawdziwy wielki suwnicowy. Dysonans akustyczny i poznawczy. Mózg pracuje! Próba zasugerowania ballady, odrobinę postnuklearnej, kończy się zainicjowaniem dwóch dronów, ulepionych z dramaturgicznych wątpliwości. Noise! Tarcie w natarciu, jakby reprint startu do tej muzycznej przygody. Repetycja w służbie narracyjnej precyzji! A może to już przednówek finału? Z kajetu recenzenta: każdy kolejny odsłuch tej płyty stawia mnie do pionu, jakbym słuchał jej po raz pierwszy, dostarczając wciąż nowych doznań. Wnętrze tej muzyki krwawi obficie i ma jakby własny, nieodgadniony byt w stanie permanentnej zmiany. Na uzasadnienie tych słów – nowa narracja, dynamiczny drumming gitary, soniczny stopwolej Adama. Konwulsja, konsternacja, skupienie muzyków, jakby zagubione w onirycznym, głośnym transie. Pustynny piach zgrzyta w przekładkach europejskiego cyklingu. Jeśli muzyka może płonąć, to tu zostały nam już tylko zgliszcza… Urok chwili ma smak doskonałości.




Sharif Sehnaoui/ Adam Golebiewski  Meet The Dragon (UZNAM1, 2017). Nagranie: MDK Dragon, 18 lutego 2015r. All music improvised by: Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Adam Gołębiewski – bęben, talerz, wybrane przedmioty. Projekt graficzny okładki: Mazen Kerbaj. 


wtorek, 6 czerwca 2017

Agusti Fernandez – Zespół Celebracyjny, czyli Rękopis Znaleziony w… Barcelonie!


Agusti Fernandez zdaje się być kolejnym wybitnym muzykiem improwizującym, który prawie już w Polsce zamieszkał.

Trzy lata temu w Warszawie, w trakcie kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, hucznie obchodził swoje 60.urodziny. Niemal każdorazowo towarzyszy, w trakcie koncertów w naszym kraju, kolejnym składom i orkiestrom Barry’ego Guya, który bodaj jako pierwszy muzyczny nierezydent zamieszkał u nas w wymiarze artystycznym. Nie będę już tu listował innych obecności gościa z Barcelony, albowiem nie to jest celem naszej dzisiejszej opowieści

Agusti zatem niezwykle często wizytuje krajowe incydenty muzyki improwizowanej, zaś najnowsze zdarzenia fonograficzne popełnia już prawie wyłącznie za pośrednictwem polskich wydawców. Tylko w ostatnich pięciu latach w ramach krakowskiego Not Two Records ukazało się … pięć jego płyt, a pod szyldem Fundacji Słuchaj! doliczyłem się już trzech, przy czym ta pierwsza miała wymiar czteropłytowy i była dokumentacją wspomnianych wyżej urodzin (River Tiger Fire; dla przypomnienia, patrz: tu ). Dla pełnego obrazu należy dodać, iż w roku ubiegłym reedytowana została w Polsce debiutancka, solowa płyta pianisty (Ardent, Freeform Association).

Jeśli zatem światło dzienne ujrzała właśnie nowa płyta Fernandeza, będąca przy okazji kolejną dokumentacją obchodów rocznicowych muzyka z Barcelony, to bez pudła możemy wskazać, iż została wydana w kraju na Wisłą! I jakąkolwiek przeszkodą nie był tu fakt, iż nagranie zostało poczynione w Barcelonie.

Ad rem – z ogromną przyjemnością przystępuję do omówienia płyty Zespołu Celebracyjnego pod światłym kierownictwem Agusti Fernandeza. Bogactwo tej muzyki, jej wielowątkowa struktura, niemal ponadgatunkowa różnorodność, sprawiają, iż przywołuje mi ona w pamięci szkatułkowe opowieści …. Jana Potockiego, w jego wyjątkowym dziele Rękopis Znaleziony w Saragossie, który stał się inspiracją dla wybitnego filmu Jerzego W. Haasa. Zupełnie przy okazji, bez cienia wątpliwości rację przyznaję Maciejowi Lewensteinowi, który w liner notes określił muzykę zawartą na krążku Celebration mianem post-awangardy XXI wieku, która perfekcyjnie konsumuje w sobie zarówno muzykę barokową, czy dziewiętnastowieczny modernizm, jak i klasykę wieku dwudziestego, symfoniczną i kameralną, awangardę elektroakustyczną, wreszcie free jazz i muzykę swobodnie improwizowaną.






Czas i miejsce zdarzenia: 20 lipca 2015 roku, Sala Ovidi Montllor, Mercat de les Flors, Barcelona.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian (także preparowany), Núria Andorrà – perkusjonalia, Frances-Marie Uitti – wiolonczela (z drobnymi amplifikacjami, jak na ucho recenzenta), Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, Nate Wooley – trąbka, Pablo Ledesma – saksofon altowy, Ingar Zach – perkusjonalia, Joe Morris – gitara elektryczna. Muzycy wymieni w kolejności, w jakiej najprawdopodobniej ustawieni byli na scenie, patrząc od lewej strony. Na finałowe fragmenty koncertu do Oktetu dołączyła tancerka Sonia Sánchez.

Co gramy: cytując Fernandeza - Spontaneous Collective Improvisation - delikatnie sterowaną przez lidera (nie znamy szczegółów technicznych procesu). Zgodnie z komentarzem zamieszczonym na okładce płyty, muzyka ze względów formalnych została przypisana pianiście w aspekcie autorskim.

Efekt finalny: koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków, trwa prawie 74 minuty. Podzielony został na dziesięć części (parts) jedynie dla wygody słuchaczy, jakkolwiek początek każdego kolejnego fragmentu oznacza tu zmianę sposobu narracji i kierunku improwizacji, zatem sam podział zdaje się być dramaturgicznie uzasadniony. Na finał otrzymujemy także kilkuminutowy bis (encore). Od kilku tygodni dostępny jest zapis fonograficzny tego koncertu, wydany na CD jako Agusti Fernandez Celebration Ensemble (Fundacja Słuchaj!, 2017). Dodajmy, że podzielony na dziesięć części koncert zwie się … Celebration.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Start! Głębokie inside piano dla rozszerzenia naszych naczyń krwionośnych, dla pobudzenia skupienia i wyobraźni. Pojedyncze, akustyczne interakcje, westchnienia, przedechy, mikrotonalne palcówki po gryfach, wilgotnych strunach i niedotartych dyszach. Post-awangarda w rozkwicie, niczym pawi pióropusz. Ośmioro muzyków, trzy dęciaki, piano i rozbudowana sekcja – struktura nastawiona w tym akurat momencie na polerowanie powierzchni płaskich i smukłe przytulanki w ramach spokojnej, leniwej wręcz narracji. Wyczekiwanie na to, co spreparuje jubilat Agusti. Szczypta elektroakustyki opada na muzyków, choć grają bez prądu. Tłumione dudnienie stopy przywołuje złe duchy z przeszłości. W oczach muzyków nie widać jednak strachu. Gustafsson brnie w typowe dla siebie przedechy, Wooley preparuje mikroincydenty tuż obok niego, strunowce oliwią się, szukając pretekstu do skromnej choćby eskalacji. Narracja systematycznie zagęszcza się, rośnie ilość dźwięków na metr sześcienny przestrzeni sali koncertowej. Agusti, prawdziwy mistrz ceremonii, działa jakby dwutorowo. Raz jest stymulatorem, innym razem destymulatorem procesu dynamizacji improwizacji. W ramach wciąż jeszcze wstępnej gry, natrafiamy na soczysty dialog fortepianu i gitary, z dwóch przeciwległych krańców sceny (pod koniec naprawdę na ostro!). W ten skromny tygiel emocji wciska się baryton i inny nieokreślony dźwięk dęty. Czas na drobne wyciszenie (zmiana cyfry na odtwarzaczu). Kolektywne, ale i separatywne robótki ręczne – zdaje się, że wiolonczelistka delikatnie amplifikuje swój dźwięk. Cały Ensemble drży złowieszczo, niczym zakrzywiona estetycznie filharmonia. Nuria i Ingar – perkusjonalni kuglarze - skromnie znaczą teren, prawie w ogóle nie używają bębnów. Trębacz uroczo kwili na przednówku, z wiolonczelą i dzwoneczkami w tle. Znów cisza, zaniechanie, wyczekiwanie, mikrotonalność – takie fragmenty zdają się być najpiękniejsze w trakcie koncertu. Przypominają piękną kobietę, intrygująco odzianą i kryjącą w sobie setki tajemnic, których wcale nie chcemy teraz odkrywać. Atakuje nas nerwowy tembr od samego dołu (piano i wiolonczela), spanizująca gitara i marsz dęciaków w szyku unisono, mocno ku górze. Eskapicznie narastająca, niebanalna eskalacja toczy się cudnie, a ilość dźwiękowych fajerwerków budzi respekt recenzenta. Mats ciekawie podczepia się pod sufitem i krzyczy mając prawie zamknięte usta! Tygiel post-gatunkowy w stanie krytycznego wrzenia!




Kolejne wyciszenie jest jeszcze bardziej dobitne niż poprzednie. Wooley puentuje je czułym, ale nieco północnym tonem. Na moment mamy drobny podkoncert z wyłącznym udziałem trójki dęciaków. Pięknie krzyczą na siebie! Tryumfalnie powraca Fernandez i dynamiczną palcówką po klawiaturze diametralnie zmienia obraz rzeczywistości. Dobosze idą po swoje i startują do tygrysiego lotu! Baa, cały ansambl ma tak niecne zamiary! Ledesma jedzie na ostro, a może to Gustafsson, a może… obaj – what ever you want! Wiolonczelistka jest rozgrzana, jak wysoko energetyczny piekarnik! Piękne dialogi w formule call & response! Fortepian flirtuje z perkusjonaliami, a wiolonczela płynie w niskim rejestrze (wonderful!). Morris zwinnie zaplątuje się w struny gitary, a wszystko wokół wiruje i tryska płynami ustrojowymi - prawdziwie zbiorowy orgazm! Mnóstwo wydarzeń dzieje się na obu flankach, któremu towarzyszy wiele chwil ciszy na samym środku sceny. Wtem wraca Wooley i zabiera Fernandeza wraz z Morrisem na trzyosobową eskalację na niebotycznym poziomie (przypomina się doskonała płyta w takim zestawie personalnym). Cisza po tej rejteradzie smakuje, jak niezasłużona kara! Ale brak czasu na chwilę refleksji…, albowiem startuje kolejna ognista marszruta.

Jubilat Fernandez pozostaje w stanie orgazmu permanentnego, mocno wspierają go w tej trudnej chwili Nuria i Ingar, brnący w ciekawą sonorystykę Frances i Pablo, a także kipiący z emocji Joe. Dzieję się tu tak wiele, że kajet recenzenta aż pęka w szwach z nadmiaru notatek. Stemple Matsa w samych środku tego pożaru nie do końca trzymają poziom (uwaga złośliwego komentatora). Pianista nie przestaje grać choćby na moment! Znów wyłania się tłuste trio – fortepian, baryton i gitara. Pieprznie i na mokro! Pablo podłącza się bez pytania, także Nuria i Ingar (eskalacja!). Zupełnie niespodziewanie na moment prawie wszyscy milkną, dając trzy nanosekundowe chwile na indywidualny popis gitarzyście, który wpada w degresywną… progresję. Nowa narracja jest bardzo płynna, znów odrobinę elektroakustyczna. To chyba sprawka wiolonczelistki – dręczy gryf swojego instrumentu smykiem, naładowanym plusami i minusami. Baryton prycha, Nuria prowadzi z nim bardzo konkretną grę wstępną. Cisza na ułamek sekundy, gwałcona spokojnymi akordami piana. Z kajetu recenzenta: narracja, dramaturgia, zamysł całości delikatnie przeładowane treścią.




Ów moment wyciszenia, refleksji trafia się nam w wyjątkowo udanym momencie. Muzycy łapią oddech na finał. Słuchający dostają nową perspektywę percepcji całości koncertu. Wyładowania atmosferyczne! Ewidentnie brak winnego! Wrzący tygiel! Tuż potem piękny pasus pianisty - nostalgia, intelektualny chłód. Dzwonki na prawej flance. Wszystko ma się ku definitywnej dynamizacji. Trupie unisono dęciaków. Potężne brzmienie ośmiu ciał muzycznych i nóg jednej tancerki, która niepostrzeżenie wkleja się w bieg wydarzeń. Święto Wiosny epoki post-post-modernizmu. Ensemble krwawi obficie, nawet pot ma kolor czerwony. Ekscytujący moment! Magia chaosu, który akurat w tej sytuacji daje się chytrze okiełznać. Wybrzmienie… Agusti, Frances, Joe… Cisza... Koniec… Oczekiwanie na burzę oklasków trwa więcej niż kilkanaście sekund!  Standing ovation, cyklon z piorunami. Widownia też daje z siebie wszystko! Czas na drobny encore… który w mgnieniu oka przeradza się w drapieżny, soczysty i krwawy lot ku zatraceniu. Recenzent nie napisze już, czym tryska po ścianach, bo nie wypada. Prawdziwy pożar! Bataliony proszą o ogień! Zapach spalonej sierści! Niczym Globe Unity Orchestra w młodych, pionierskich latach! Uff! Siedemdziesiąta czwarta minuta wybiła na zegarze.


                                                                                         

sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.

wtorek, 30 maja 2017

Pedra Contida! Chamber 4! – Marcelo Dos Reis e Amigo em Progressao Agressiva! *)


Na scenie muzyki improwizowanej Portugalia w permanentnym gazie! Dziś dwie nowe płyty stamtąd właśnie, dla których wspólnym mianownikiem będzie doskonały gitarzysta Marcelo Dos Reis. Nie zabraknie jego muzycznego przyjaciela Luisa Vicente (dla przypomnienia drobny zarys osiągnięć obu muzyków odnajdziecie dokładnie w tym miejscu ), a także … dwóch braci z niedalekiej Francji. Jedną płytę wydano w Anglii, a nagrano w Portugalii, drugą wydano w Portugalii, a nagrano we Francji, bo jak świetnie wiemy, świat jest tylko jeden, dodatkowo arbitralnie wspólny dla nas wszystkich.

Przed nami dwie płyty, które dla obu składów personalnych wymienionych w tytule dzisiejszej opowieści, są … drugimi oficjalnymi ujawnieniami fonograficznymi. Kto pamięta debiutanckie krążki (link w akapicie powyżej), ten może przy okazji podywagować nad niewątpliwym progresem artystycznym, jaki jest udziałem tych wciąż młodych muzyków improwizujących z południowego zachodu Europy.

Jeśli esencją muzyki improwizowanej jest ciągły rozwój, otwartość na świat, umiejętność asymilowania najprzeróżniejszych wpływów i inspiracji, tudzież brak artystycznych zahamowań, to płyty Amethyst i City Of Light są w tym zakresie, niczym wzorce z Louvre!




Pedra Contida/ Contained Stone, czyli ten, który ma …. kamień we wnętrzu

Czas i miejsce zdarzenia: 21 listopada 2015r., Salão Brazil, Coimbra.

Ludzie i przedmioty: Angélica V. Salvi – harfa, Miguel Carvalhais – komputer, Nuno Torres – saksofon altowy, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna, João Pais Filipe – perkusja, perkusjonalia.

Co gramy: Muzyka swobodnie improwizowana, bez adnotacji o działaniach przedprodukcyjnych, all music by the musicians.

Efekt finalny: pięć odcinków muzycznych z tytułami, 40 minut i kilka sekund - wszystko dostępne od bardzo niedawna na CD Amethyst (FMR Records, 2017). Podmiotem wykonawczym jest Pedra Contida.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Scree. O ile poprzednia płyta tego kwintetu (Xisto) bazowała na materiale skomponowanym, zawierała zarówno fragmenty incydentów studyjnych, jak i koncertowych, to dysk, który właśnie odpaliliśmy, zawiera zdecydowanie bardziej jednorodną, koncertową i w pełni improwizowaną muzykę. Bardzo spokojny, kobiecy wstęp na harfie niech nie zmyli czujności wielbicieli krwistych narracji, wprost z buchającej pomysłami wyobraźni, jakże kompetentnych improwizatorów. To jedynie pozór, wstęp, może zachęta dla mniej wprawionych (po prawdzie wiele płyt z udziałem Dos Reisa opiera się na podobnym zamyśle). Tu, we fragmencie otwarcia, Angelica i jej harfa bez zbędnej zwłoki dynamizują swoje poczynania. Gitara Marcelo pulsuje, znacząc teren from time to time akordami basowymi. W tak zwanym międzyczasie towarzyszą nam trzaski z komputera Miguela, które nienachalnie dopełniają przestrzeń foniczną koncertu. Muzycy nieco tłumią emocje (saksofon Nuno delikatnie sonoryzuje) i zbierają siły na dalszą część spektaklu. Brzmienie wszystkich akustycznych uczestników tego spotkania jest czyste, na delikatnym pogłosie. Gitara sugeruje rytm i utrzymuje nerw narracji, która płynie w lekkim transie. Instrumenty ckliwie wybrzmiewają, tarzając się drobinkach hałasu generowanych na kablu (z kajetu recenzenta: Pedra - niebywała muzyczna hybryda, swoiście ponadgatunkowy twór).

Chalk. Ten fragment zaczyna się dalece dynamiczniej - kolektywną, wolną, krytycznie wyzwoloną improwizacją o delikatnie jazzowych korzeniach (saksofon!). Gitara z prądem jest zadziorna, ale ma dość subtelny sound. Brak klasycznego instrumentu basowego sprawia, że ma ona podwójne zadanie do wykonania. Elektronika cały czas akcentuje swoją obecność, ale robi to z taktem i wdziękiem uroczej baletnicy, narowiście uzupełniając działania żywych. Harfa włącza się do dyskusji po 5 minucie. Znów jest wyważona, niepreparowana, pięknie zlewa się z trzaskami komputerowymi i rytmiką gitary, która brzmi niemal akustycznie. Pozostałe instrumenty także kleją się do rytmu, intrygująco i kolektywnie współistniejąc na jego barkach. Stopa perkusji pod kuratelą Joao bije i krwawi, niczym serce porzuconego kochanka. Saksofon delikatnie eskaluje emocje. Gitara pętli się i iskrzy. Jakby mimochodem, niespodziewanie, cały kwintet popada w galop. Harfa nieoczywistymi dźwiękami zdobi finał utworu.

Agate. Muzycy, tkwiąc w twórczym zaniechaniu, realizują wstęp do tej części płyty stojąc na palcach. Akordy gitary tyczą szlak, niczym wytrawny kontrabas ze skromną amplifikacją. Drobinki kurzu z kabla. Wycofana harfa. Muzyka leje się jak woda, nieustannie przelewana ze szklanki w szklankę. Fajerwerki pojedynczych dźwięków.

Obsidian. Ta opowieść pokazuje pazury, oblepione zasuszoną krwią. Angelica dłubie w strunach, Marcelo robi dokładnie to samo. Oboje są post-zgrzytliwi. Komputer Miguela przypomina o swoim istnieniu, trochę rozrabia na boku. Joao drumminguje (jedna stopa!) hiperdynamicznie (być może jest wsparty backgroundem elektronicznym). Bieg spraw jest zwarty, wręcz ciasny, wytrwanie prokreacyjny. Saksofon Nuno plecie w wysokich rejestrach niestworzone historie, ale nie jest nachalny. Finał mieni się oparami sonorystyki.

Touchstone. Angelica stawia harfę w stan mikropreparacji. Miguel na obu flankach multiplikuje incydenty akustyczne. Nuno i Marcelo mają sprawę do siebie, delikatnie plumkają. Joao zdziera ołów ze swego wielkiego talerza, brzmi niczym waltornia. Skupienie, brak pośpiechu, interakcje odrobinę w klimatach call & response. Próba odejścia w sonorystykę, porzucona w pół zdania. Muzycy brną dalej w tę opowieść trochę w poszukiwaniu ciszy. Marcelo gryzie struny, Nuno wybrzmiewa. Finał zastaje wszystkich uczestników, po obu stronach sceny, w lekkiej konsternacji. 40 minuta wybiła z hukiem. To już? Jaka szkoda…. (z kajetu recenzenta: być może zbyt dużo samokrytyki muzyków na etapie selekcji materiału na płytę). Te dźwięki równie wyśmienicie broniłyby się w okolicach godziny zegarowej, ... albo i dwóch.




Współczesna Banda Czworga

Czas i miejsce zdarzenia: 28 kwietnia 2016r., koncert w ramach Le Soirées Tricot Festival, Paryż.

Ludzie i przedmioty: Marcelo Dos Reis – gitara akustyczna, gitara preparowana, głos, Luis Vicente – trąbka, Théo Ceccaldi – skrzypce, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela, głos.

Co gramy: Muzyka swobodnie improwizowana, bez adnotacji o działaniach przedprodukcyjnych, all music by the musicians.

Efekt finalny: trzy części bez tytułów, 50 minut muzyki, od kilka dni dostępne na CD City Of Light (Clean Feeds Records, 2017). Podmiotem wykonawczym jest Chamber 4 (na debiutanckiej płycie był to jej tytuł, zaś podmiotem wykonawczym czwórka muzyków, wymieniona z imienia i nazwiska).

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Pierwszy. Skoro kameralistyka, to spokojne na wstępie pasaże skrzypiec i wiolonczeli nie dziwią nawet odrobinę. Gitara podaje cięte akordy, trąbka na rozwidleniu dróg, delikatnie gwałci nostalgiczny tembr strunowców, nakłania do rozpostarcia skrzydeł. Czmiele przekomarzania w aurze niemal klasycznie brzmiącej gitary. Narracja eskaluje się drobnymi szczegółami akustycznymi. Free post-chamber startuje do lotu, w trakcie burzy, która nic dobrego nie znamionuje. Na szczęście groza nie jest tu amplifikowana. Zaśpiewy muzyków (trochę inicjacyjne) intrygująco zakleszczają się pomiędzy galopujące od chwili struny. Trąbka sonoryzuje na sucho, a skrzypce i wiolonczela są czyste jak łza. Gdy Marcelo opukuje pudło rezonansowe gitary, wspomaga go wytrawnie wiolonczela (z kajetu recenzenta: kosmiczne umiejętności techniczne całej czwórki muzyków!). Oto bije rytm świata! Wybrzmienie realizuje się w strumieniu interakcji trąbki i jednego ze strunowców… Oto i Drugi rusza z galopem (bez sekundy pauzy!). Ciekawa zmiana strategii improwizacji, jakże intuitywna i płynna. Na szóstym biegu! Wyciszenie po tej iście rockowej eskapadzie ma cierpki smak - lizanie ran, pojękiwania, stękanie i nieco separatywne pasaże grane unisono, trochę na usprawiedliwienie. Wiolonczela zjeżdża do piwnicy, gitara preparuje, tłumiona trąbka Vicente rzewnie wspomina złote czasy Milesa Davisa z końca lat 50. Klimat robi się oniryczny, tajemniczy. Genderyczna wokaliza Dos Reisa wkleja się w tryby narracji w idealnym momencie! Jeden ze strunowców jakby się lekko amplifikował. Muzycy budują dron, jak przeprawę promową po trzęsieniu ziemi (piękny moment!). Dźwięki narastają, muzycy dobywają wrzaski ze spoconych gardeł. Tarcie, gwałt, ogniska zapalne, wodotryski ciepłej, świeżej krwi. Iskry lecą ze strun, trębacz się zapowietrza, kwili z bezradności. Wyczekiwanie na nowy kierunek improwizacji jest czerstwe i podszyte agresją. Muzycy stanowczo skłaniają się już ku galopadzie (Marcelo! Valentin!). Ponury, wampirzy, szybki rytm, który wygasa równie efektownie, jak się zaczął.


Trzeci. Parę sekund ciszy okazuje się zbawienne. Spokojne, ale nie delikatne pasaże ze strun (Marcelo już szuka zaczepki, zagina i kręci struny, jak tytoń na jointa). Na chwilę Luis zostaje sam. Strunowce wracają w mgnieniu oka i zaczynają chocholi taniec śmierci! Narracja jest rwana, trochę incydentów search & reflect. Filharmonia odpala jednak swoje stymulatory i szuka zaczepki w klimatach free improv. Wydarzenia snują się jedno po drugim i szukają swojej klepki. Nie brakuje wszakże pojedynczych zadziorów akustycznych (ach ten Marcelo, ciągle wkłada kij w szprychy). Pasaże ze strun gęstnieją, jak mleko na budyń. Dynamika rośnie, bo czuć finałem w powietrzu. Dźwięki są lepkie, przybrudzone potem. Łączą się w wielogłos, który z zamkniętymi oczami brnie ku zatraceniu. Free post-chamber rwie włosy z głowy, natarczywie wychyla się zza krat konwenansu i społecznie uzasadnionych reakcji na bodźce (z kajetu recenzenta: muzycy jakże zwinnie potrafią zmieniać kierunki improwizacji, każdy z nich doskonale reaguje na poczynania partnerów, świetnie słuchają jeden drugiego i mają oczy dookoła głowy). Nagle dopada nas wyciszenie. Wampir wstaje z grobu (ale sonorystyka!) i będzie udzielał końcowego błogosławieństwa. Marcelo na boku bębni złowieszczo i kompulsywnie. Wszyscy delikatnie rezonują. Ostatni dźwięk, cisza, wycięte oklaski. Koniec płyty.


*) to się chyba tłumaczy samo... 

piątek, 26 maja 2017

Szilárd Mezei! Marina Džukljev! Vasco Trilla! – Still Now! Do We Still? Yes! Yes! We Still!


Czas i miejsce zdarzenia: ostatni dzień września i pierwszy dzień października 2016, Nowy Sad, Serbia. Brak szczegółowych danych. Nagranie sprawia wrażenie, iż powstało w okolicznościach studyjnych.

Ludzie i przedmioty: Szilárd Mezei – altówka, Marina Džukljev - fortepian, Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia.

Co gramy? Free improvisation, all music by the musicians, everything what you want…

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, godzina i jedna minuta nagrania, od kilku tygodni dostępne w formacie CD pod tytułem Still Now (If You Still) (FMR Records, 2017). Tytułem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, ustawieni w kolejności, jak w tytule dzisiejszej opowieści.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

The Place Of No Escape. Bez wątpienia jesteśmy w Serbii, zatem w miejscu, z którego nie da się uciec lub jest to prawie niemożliwe. Vasco i jego wielki, tłusty wibrator perkusyjny uruchamiają spiralę improwizacji. Akordy Mariny dodają jej niezbędnej pikanterii – są dobitnie, mało subtelne i smoliste. Szilard poleruje struny, przygotowuje się do efektownego wejścia w miazgę interakcji. To pianistka gra pierwszą separatywną ekspozycję dźwiękową tego wieczoru. Wszyscy muzycy brzmią soczyście i elegancko. Narracja jest zwinna, chytra, niespokojna. Ekspresyjne szaleństwo na trzy głosy wieńczy pierwszy odcinek tej przygody.

Not True Still Now. Dynamicznie, z furią, w permanentnym zwarciu. Pełnokrwiście, symbiotycznie, a nawet hałaśliwie. Feeria barw, ekstremalnie czystych brzmień. Altówka iskrzy akustycznymi zadziorami, jest delikatnie przybrudzona, niewoskowana, acz odrobinę ckliwa. Fortepian zdaje się być nieco klasyczny w brzmieniu, ale na swój sposób szorstki. Perkusja zrywa kurz z zakamarków pomieszczenia i jest ekspresyjnie rockowa. Krwawy kolektywizm, w którym nikt nie ustępuję choćby na krok. Free as fuck! W trakcie finałowego wyciszenia Marina brzmi wręcz chopinowsko i jest niezwykle precyzyjna, a Vasco zakręcony jak pozytywka. Tytułowy fałsz nie kłuje po oczach.

Fox. Muzycy stają na baczność. Są stanowczy, zdeterminowani, pewni swego. Narracja jest dynamiczna - mocny chwyt instrumentów, silne uderzenia. Poziom adrenaliny powyżej stanu alarmowego, bez zbędnych subtelności i konwenansów, tylko na temat i ku słońcu. 200% demokracji, kreacji, prokreacji, dewiacji… Szilard i Marina niczym węgorze w podgrzanym stawie. Vasco stawia stemple i wyznacza trasę ich eskapady. Lis przebiegły!

Still Now (If You Still). Czas na nanosekundę relaksu. Szczypta sonoryzmu (Marina!), niezobowiązujące call & response. Vasco skrupulatnie sprawdza gramaturę swoich talerzy (jest OK!). Ten spokój jest jednak pozorny, bo eskalacją czuć w powietrzu, jak moczem niewykastrowanego kocura. Rozkołysane free improv z niewielką dozą mrocznej zadumy. Marina preparuje na ostro od pierwszej sekundy tytułowej historii. Szilard ślizga się po strunach, jak na deskorolce z uszkodzonym hamulcem. Pyskówki, zadziory, krew na podłodze, mokre plamy, trochę wysuszonej spermy. Altówka odpala paletę zjawiskowych fajerwerków, jest energetyczna, zdolna do wszystkiego, ocieka potem. Jakby Ayler wziął ją w objęcia i zbyt mocno przytulał. Orgazm multiplikowany, no i dzwonki na wybrzmienie. Uff….




Because Homework. Szilard preparuje altówkę, próbuje ją uspokoić po finale poprzedniego numeru. Jest diabelnie semicki w dotyku. Piano czyste jak łza, smutne i szkliste. Jakby cała Serbia opłakiwała ostatnie 25 lat historii bałkańskich, która nie mają w repertuarze udanych grymasów twarzy. Vasco milczy jak grób. Tylko świece zapalił. Krople smutku mają wielkość strusich jaj. Uroczy pasus! Vasco zaczyna rezonować na dużym pogłosie. Zupełnie dla niepoznaki, poleruje krawędzie, jest skupiony jak saper. Marina i Szilard są na granicy akustycznej ekstazy, zdobiąc siniakami na łokciach najpiękniejszy fragment tej płyty. Wspomnienia, jak zadanie domowe. Każdy musi je odrobić.

The Place Of Hope. A jednak… istnieje jakieś miejsce nadziei.  Altówka wychodzi na front, piano preparuje, perkusja czyni incydenty na obwodnicy. Krwista wymiana poglądów na nieznany bliżej temat. Trochę wzajemnego siłowania się z ulotną materią improwizacji. Narracja nawarstwia się jak kretowisko. Marina stempluje teren swoim płynem menstruacyjnym.

Escape, Of Course. Na finał potrzeba aż tuzina minut. Bo jest i okazja do … ucieczki, oczywiście. Znów od frontu, zwinna, nieco wulgarna eskalacja free! Energia ściekająca z gryfu altówki zmiata całe Bałkany ze zbrukanej ciepłym potem mapy Europy. Galopada, co się zowie! Gęste, krzyżowe, baa, ukrzyżowane interakcje. Sto dźwięków na sekundę. Rytm i upiorna melodyka. Marina gra motyw przewodni Magazynu Pegaz sprzed 30 lat… Szilard zawodzi, jak ustrzelony lis, Vasco jest czujny i ckliwy, niczym nietoperzyca, pozbawiona prawa do cieczki. Frazy altówki są pokrętnie słodkie, zwłaszcza na tle ordynarnych pasaży fortepianu i multifonicznych perkusjonalii. Muzycy chcieliby umrzeć, ale nie potrafią. Finał pieśni dopada ich tak zwinnie, w niezauważalny wręcz sposób, że nawet nie mają śmiałości protestować. Jakże naturalny jest ten proces. Rytm! Rytm! Rytm! Upalony, psychodeliczny, rezonujący.

Z kajetu recenzenta, tuż po wybrzmieniu ostatniego dźwięku: czyste, żywe, bolesne i szczere. Cztery synonimy piękna. Four synonyms of beauty.