czwartek, 8 marca 2018

Andrew Lisle & Alex Ward! Doors!


Macie dziś ochotę na duet klarnetu i perkusji? A może gitary elektrycznej i perkusji? Trudno się zdecydować, nieprawdaż?

Trybuna zrobi dla Was wszystko! Posłuchamy oby wariantów! I to na jednej płycie!

Okazja wyjątkowo smakowita, albowiem jeden z najbardziej błyskotliwych brytyjskich muzyków średniego (już) pokolenia – Alex Ward, spotyka jednego z najlepszych brytyjskich drummerów zdecydowanie młodszego pokolenia – Andrew Lisle’a.

Cztery długie improwizacje – u Alexa naprzemiennie klarnet i gitara – zawarte na krążku Doors, dostępne … będą za kilka dni za pośrednictwem Copepod Records (via Bandcamp także!). My możemy zanurzyć się w tej muzyce już teraz! Dwie sesje nagraniowe z sierpnia i września 2016 roku, z Barclay House, Londyn. Odsłuch zajmie nam 69 minut z kilkoma sekundami.




Front. Przygodę z muzyką Alexa i Andrew zaczynamy od klarnetu i doboszowo usposobionej perkusji. Ten pierwszy od początku chętnie wchodzi w sonorystyczne dysputy wewnętrzne, ale całość narracji jest istotnie dynamiczna, z końskim przytupem. Andrew idzie za Alexem krok w krok. Znamy tę jego precyzję sytuacyjną, choćby z niejednego duetu z Colinem Websterem. Klarnecista lubi wędrować z dźwiękiem bardzo wysoko, być zarówno lirykiem, jak i drapieżnym agresorem (bo i muzyk ten potrafi niemal wszystko). Andrew cały czas w pełnym gazie, zdobi i komentuje każdy klarnetowy pomysł improwizacyjny. A w tubie dzieją się same cuda! Artykulacyjna ferria barw! W 8 minucie, trochę na zasadzie kontrastu, błyskotliwa sonorystyka na werblach. Muzycy zdają się wskakiwać na kolejny poziom integracji w ramach tego wyśmienitego duetu. W obrębie ciszy, tuż potem, też rwą do lotu pióro recenzenta. Piękne! 13 minuta, to jakby powrót do działań eskalacyjnych. Mistrzowskie pociągnięcie! Andrew i Alex niemal zrośnięci w jedno ciało, nie milkną w trakcie pierwszej ekspozycji choćby na ułamek sekundy.

Back. Gitara elektryczna, a jakże! Cisza, spokój, sonorystyczny Lisle. Gryf Warda delikatnie nagrzewa się, ładunki elektrycznie powoli zmieniają swoje położenie. Amplifikatory ciągną leniwie kolejne porcje mocy. Gitarzysta szuka pomiędzy strunami punktu zaczepienia, słowa, które rozpocznie kolejny dialog. Incydentalne sprzężenia, krople zimnego potu. Dopiero w 6 minucie rozmowa dwóch muzyków nabiera ognia, a struktura ładu i porządku zaczyna kruszyć się u podstaw. Gitara łapie duży strumień energii. Perkusja jest tuż obok, gotowa na każde rozwiązanie. Choć recenzent zwykł mawiać, że woli Warda bardziej w wersji dętej niż strunowej, sam muzyk czyni naprawdę wiele, by optyka postrzegania jego artystycznej dwupostaciowości była bardziej zrównoważona i silniej ciążyła ku stałej egzaltacji. 10 minuta, rockowy nerw spaja tę improwizację. Noise & drive! Narracja, ponownie jak w poprzednim odcinku, jest już brutalnie intensywna, a krew i łzy mieszają się w jeden wybuchowy płyn. Na finał odcinka, błyskotliwe solo perkusji, świetnie komentowane z alkowy przez buchającą psychodelię sześciu strun. Power full duo!

Open. Wracamy do klarnetu i startujemy z poziomu ciszy. Rezonujące talerze, pierwsze dźwięki z głębin wychłodzonego klarnetu. Szczypta kameralistycznego grepsu nie szkodzi tej narracji. Ta gęstnieje z sekundy na sekundę, rośnie liczba interakcji, a więzy spajające muzyków stają się wyjątkowo silne. Drive klarnetu jest ekspresyjny, ale istotnie poszukujący nowych, jeszcze ciekawszych rozwiązań. Zaczyna opowiadać niestworzone historie, ale pozostaje wyjątkowo wiarygodny. 10 minuta przynosi drastycznego nura w ciszę. Tuba bulgocze, Andrew w zasadzie milczy, jedynie drobne muśnięcia talerzy. Rodzi się z tego nowa, piękna opowieść, stymulowana świetnym drummingiem. Finałowy taniec opływa w błyskotki!

Closed. Nieśpieszna, jazzowa, wręcz swingowa introdukcja. Gitara Warda znów szuka świętego Graala, podczas gdy Lisle ma już gotowy szkielet dramaturgiczny kolejnej improwizacji. Ponadgatunkowa wszechstronność gitarzysty budzi podziw recenzenta. Tu gra bluesa, który za moment staje się krwistym rockabilly. Muzycy bez zbędnej zwłoki idą w ekspresję. Lisle był już na nią gotowy od pierwszej sekundy tej części, Ward dojrzewał kilka chwil dłużej. 6 minuta wyznacza krok w kierunku ambientowej psychodelii, pełnej pogłosu i głuchej przestrzeni. Kawalkada pętli na gryfie, inkrustowana dynamicznym flow perkusji. Rock in! Czym chata bogata! Pomysł goni pomysł, a każdy bardziej udany od poprzedniego. Barokowy niemal przepych. Tuż potem spowolnienie, które pachnie dobrym jointem. Solowy Alex, niczym stempel jakości! I znów nowy wątek w tej improwizacji. W galopadzie, moc technicznych fajerwerków. Brawo! Metalizujące spiętrzenie na ostatniej prostej. Fire rock! A Andrew jeszcze dokłada do pieca! Noise for ever!




poniedziałek, 5 marca 2018

Spinifex! Amphibian Ardour! Sufi Rock in!


Europejska muzyka improwizowana ma się doprawdy wyśmienicie! Jeśli tylko odrzucimy stare przyzwyczajenia, jeśli tylko zapomnimy o zasadzie konstytuującej kulturę masową (lubimy tylko te piosenki, które znamy), jeśli kanon muzyków jedynie słusznie tolerowanych pęknie, niczym bańka mydlana, bezmiar audiofilskiego szczęścia stanie się naszym udziałem!

Kolejny dowód rzeczowy na celność krucjaty uprawianej przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, polegającej na lansowaniu nowego w miejsce starego, zapyziałego i zwyczajnie nudnego, nazywa się Spinifex!

Piąta już płyta w dorobku tego istotnie międzynarodowego składu zwie się Amphibian Ardour. Na liście zatrudnionych znajdujemy zarówno muzyków dobrze już poznanych na tych łamach, jak i zupełnie świeżych. Melting pot narodowościowy jest prawdziwie wielogatunkowy (Niemcy, Belgia, Portugalia, Holandia, USA), przy okazji celnie burząc ślepą wiarę, iż miejsce urodzenia, czy kolor flagi w paszporcie mają znaczenie dla czegokolwiek, tym bardziej dla muzyki.

Wkraczamy śmiało w obszar muzyki jazz-rockowej, współczesnego, niebanalnego modern european fussion! Będzie głośno, będzie dynamicznie i będzie… tanecznie! Nie zabraknie semickiej melodyjności, która przy głębszym poznaniu okaże się tradycją kultury sufi, która płynie do nas wprost z Iranu i Pakistanu!

Panie i Panowie, Spinifex!




Lizbońskie Studio Namouche gościło paręnaście miesięcy temu sekstet intrygujących muzyków. Poznajmy ich z bliska: Bart Maris - trąbka, Tobias Klein – saksofon altowy, John Dikeman – saksofon tenorowy, Gonçalo Almeida – bas, Jasper Stadhouders – gitara i Philipp Moser – perkusja. Muzycy grają swoje kompozycje (pięć Kleina, dwie Almeidy) oraz utwory inspirowane muzyką tradycyjną (patrz: wyżej). Całość Amphibian Ardour trwa 53 minuty, a została nam udostępniona przez TryTone Records (od listopada 2017).

Bohemians Gone Extragalactic. Taniec w naturalnej bliskości brutalnie brzmiącego basu. Tuż nad nim drapieżny trójząb dęty, drumming z kosmicznym wykopem, no i gitara elektryczna, wzmacniająca efekt skrajnie dynamicznej sekcji rytmicznej. Prawdziwie rockowy ogień! Ścieg kompozycji jest gęsty, wplecione w niego mikroimprowizacje, w początkowej fazie płyty, stanowią jedynie ornament. W 3 minucie eksplozja sfuzzowanego basu, szaleństwa na gryfie gitary i błyskotliwa partia na saksofonie. Energia kinetyczna wprost rozsadza muzyków. Na finał dużo melodii. Open game on high level!

Dhamal Qalandar. Pierwszy kontakt z tradycją, ale w wersji krwiście free jazz-rockowej! Suficka melodia do tańca! Jakże piękna! Noise’owa gitara i bas ciężki, jak stopiony ołów, pędzą środkowym pasmem. Dęciaki strzygą uszy i śpiewają na chwałę niemożliwego. Rock in! Prosta, niebywale komunikatywna muzyka.

Things That Occur. Solo trąbki, kontrapunkty obu saksofonów. Zmyślna, dęta symfonia! Sekcja rytmiczna tym razem jedynie w roli komentatora. Moc swobodnych improwizacji na wysokim poziomie.

Losing an Object a Day. Dęte unisono (polifonia?) na start kolejnego dynamicznego utworu z piorunującą sekcją, rozśpiewanymi saksofonami i trąbką, a także rzewną melodyką upalonej gitary. Tu narracja ciekawie rozwarstwia się (podwójna synkopa?), podlega ciągłym zmianom.

Revathi Tilana. Kolejna cytat z tradycji (wszystkie epizody sufickie świetnie komponują się z resztą materiału, już tego współczesnego, stanowiąc estetyczne punkty odniesienia dla jazz-rockowej energii Spinifexa). Ta pieśń ma wręcz balladowy klimat, z piękną ekspozycją trąbki, wspieraną melodycznie przez saksofony i gitarę (ta ostatnia, niczym wisienka na torcie).

Doppio Nudo. Spokojny temat, podany niezobowiązująco przez studzące emocje dęciaki, delikatnie rozkalibrowane szczyptą psychodelii, ukrytą głęboko w tubach. Gitara kropelkuje, czujna sekcja stawia stemple, tyczy szlak. Do pewnego stopnia rodzaj call & response, dzięki dużej swobodzie w zakresie interpretacji zapisów z pięciolinii. Zdaje się, że każdy z utworów na tej płycie jest inny od poprzedniego. To sprzyja rosnącej egzaltacji recenzenta. Zwłaszcza, że improwizacja w tym fragmencie tańczy już swój układ, mając za nic szczegóły scenariusza (brawo!). W 6 minucie sytuacja na scenie ulega znaczącej dynamizacji. Jazz-rock in! Pot ścieka z ścian.

Pegasus. Pierwszy utwór na płycie, skomponowany przez basistę, nie może nie rozpocząć się od stosownego wprowadzenia Almeidy. Dużo melodii i rockowej ekspresji. Do tańca i do różańca! Rockowe riffy przerywane mikro eksplozjami sekcji dętej. Klasycy amerykańskiego hardcore punk mogliby się od nich uczyć biegłości w zakresie łamania struktur rytmicznych! Whaw! Gęsta rytmika, ekspresja zatopiona w rdzeniu kręgowym!

Amphibian Ardour. Saksofony i trąbka czynią piękne wprowadzenie. Sekcja wchodzi dynamicznie z gotującą się gitarą. Niewyczerpalne zasoby energii! Na tle tego szaleństwa, piękne pasaże trąbki, które wiją się pomiędzy uderzeniami bass and drums. Wyrazisty Almeida, błyskotliwy Dikeman (tu, jego najbardziej dosadna ekspozycja), świetny Maris! Rozgadana sekcja, która wiedzie tę kompozycję niemal do 10 minuty.

Zikr. Wraca tradycja. Piękna, chasydzka (?) melodyka, jak powiew świeżego wiatru od morza. Taniec, taniec aż po kres! Solowy alt, solowa gitara. Motyw przewodni powtarzany jak mantra.

Icarus. Zgrabny temat basisty, podany przez sekstet jak najbardziej kolektywnie. Tuż potem zadziorny walking basu, daje znak do synkopy podszytej swingiem! Melodyka sekcji, osadzona trwale w rdzeniu tej muzyki, znów kipi, nie dając chwili oddechu. Taniec, śpiew i zabawa do białego rana! I to zdecydowanie w estetyce traditional! Rockowa trawestacja ma i tu rację bytu, dając kolejny plus dodatni tej muzyce! Na finał odrobina pętli i zadziorów w rozgrzanych tubach, bez smutku i nostalgii, której moglibyśmy się spodziewać na ostatniej prostej. Brawo!



piątek, 2 marca 2018

Biliana Voutchkova! Ernesto Rodrigues! Guilherme Rodrigues! Magda Mayas! ‎The Afterlife Of Trees … and Strings!


Czy istnieje muzyka postsmyczkowa? Czy wystarczy nam wyobraźni, by wzbudzić w głowie obraz takich dźwięków? Może łatwiej będzie jednak sięgnąć po muzykę, skoro jest już z nami od kilku tygodni.

Historia jest następująca. W październiku 2016 roku do Berlina zawitała para przesympatycznych Portugalczyków. Ernesto Rodrigues i Guilherme Rodrigues, wyposażeni odpowiednio w altówkę i wiolonczelę, w Studio Borne 45, napotkali parę przeuroczych berlińskich rezydentek – Bilianę Voutchkovą i Magdę Mayas. Pierwsza miała w rękach skrzypce, druga posadowiona była u podnóża fortepianu. Wspólnie postanowili zagrać kilka dźwięków. Powstała muzyka, którą nazwali The Afterlife Of Trees.

Dziś, dzięki wydawnictwu pierwszego z Portugalczyków, Creative Sources, możemy poznać owoce ich ciężkiej pracy. Pięć odcinków z tytułami, jak niżej, potrwa równo czterdzieści minut. Mamy dopiero początek marca, a już jest z nami muzyka, która z pewnością zawłaszczy sobie tegoroczne listy najlepszych płyt w naszej ulubionej kategorii swobodnej improwizacji.




The Afterlife Of Trees. Wielogatunkowy szum, rodzaj napięcia na strunach, które znamionuje chęć wydania pierwszych dźwięków. Sonorystyka strun, które gotowe są niemal na wszystko, ale na razie postanawiają wymownie milczeć. Wewnątrz fortepianu dzieją się już pewne zdarzenia akustyczne, które możemy potraktować w kategorii wydawania dźwięku. Cisza, która jest grozą chwili obecnej. Pasaże mikrodronów, które próbują łapać punkty styczne. Towarzyszy temu zatracenie źródeł dźwięku, które dopada każdego słuchacza tego spektaklu. To opowieść, która ma bohatera zbiorowego. Rodzaj elektroakustyki, która nie wymaga jakichkolwiek amplifikacji. W 5 minucie nisko posadowiony dron buduje zręby narracji, pozbawionej wszakże typowych dla tego zestawu instrumentalnego dźwięków. Incydentalnie na strunach pojawiają się drobiny meta noise’u. W oddali pojedyncze, suche, młoteczkowe akordy piana. Trochę wzajemnego siłowania się na strunach. Wszystko odbywa się w bezpośredniej bliskości ciszy. Na finał kilka epizodów akustycznych na gryfach i inside piano, które przypominają nam, że obcujemy z czterema całkiem żywymi instrumentami.
           
The Multiplied Self. Jakby kilka upalonych pozytywek wyszło na długooczekiwany spacer. Narracja toczy się w oparach dronów, sprawia wrażenie jednego wielodźwięku, który drąży skałę. Chwila industrialnej wręcz zadumy – trzy strunowce drżą, rezonują i kaleczą się wzajemnie. Piano przyjmuje zaś rolę dosadnego komentatora. Jakże błyskotliwy moment na płycie! Magda wkleszcza się jeszcze głębiej w swój instrument i udowadnia, iż także on jest strunowcem i to na pełnych prawach członkowskich.
           
Suddenly Forgotten. Cisza w ciszy, nanodźwięki, akustyczna uroda tej ekspozycji wprost eksploduje. Ciąg dalszy dronowej symfonii. Drżenie, rezonans, ejakulacja. Narracja ma urok i delikatność baletnicy na balu u księcia. Dziewicy, która nie spotkała jeszcze prawdziwego mężczyzny. Cisza Cage’owskiego 4:33, to przy tej muzyce hałas! Skupiony słuchacz obcuje jednak z czymś wyjątkowym. Minimal art of noise! Silent noise! Niebywałe chamber, które wyszło z fiharmonii i zapomniało drogi powrotnej.
           
Elective Affinities. Ciąg dalszy błyskotliwych wzmagań z ciszą akustyki perfekcyjnej. Polerowanie strun, frazy urywane w ćwierć słowa. Piano Magdy wciąż w roli genialnego strunowca, które jest ledwie dotykany końcami palców. Kind of chamber fire music in deep silent! Repetycja i pętle, jako wyjątkowo skuteczna i precyzyjna metoda twórcza. Znów, delikatne jak puch, palce Magdy czynią możliwym zjawiska całkowicie niemożliwe… Być może, to ona jest królową tego balu! Oczywiście precyzyjne wskazanie who is who w tej narracji nadal graniczy z cudem. Ponownie ostatnie dźwięki odcinka improwizacji budzą w naszych głowach obraz prawdziwych instrumentów. Tak, pamiętamy: skrzypce, altówka, wiolonczela i fortepian.
           
Notes On Blindness. Na start call & response. Być każda improwizacja choćby w ułamkowej części bazuje na tym kanonie. Szumy i szmery, rezonujące przedmioty różne. Inside piano, outside strings. I na odwrót. Tu może zdarzyć się wszystko. Chwila akustyki normalnej. Jeśli to słowo cokolwiek znaczy w trakcie tego spektaklu. Zejście na poziom prostej percepcji akustycznej wzmaga poczucie przyjemności z obcowania z dźwiękami niezwykłymi, jakie były naszym udziałem od początku tej opowieści. Na finał eksperymentalny kontrapunkt. Czy strunowiec potrafi szumieć? Retoryka pytania wybrzmiewa, podobnie jak cała płyta. Bliska doskonałości!




czwartek, 1 marca 2018

Birchall! Cheetham! Webster! Willberg! Plastic Kneecap! Young Empire Strikes Again!


Jeśli czytaliście na Trybunie dość obszerną epistołę Raw Tonk! Mission Possible! ze zrozumieniem i w należytym skupieniu, jeśli saksofonista Colin Webster  jest już dla Was muzykiem wystarczająco rozpoznawalnym, to znak, że poniższa recenzja nie wymaga jakiegokolwiek wprowadzenia.

Jeśli w trakcie czytania tekstu przywołanego w pierwszym zdaniu, natrafiliście na krążek Plastic Knuckle, zrealizowany przez kwartet młodych wilków brytyjskiej improwizacji, to z pewnością jesteście już w domu.

Ta sama sesja - popełniona w dniu 13 grudnia 2015 roku, w miejscu zwanym The Room at 4A Studio, w Stockport - która dała trzy improwizacje zawarte na w/w dysku, dziś przynosi kolejne dwie, tym razem dostarczone przez Raw Tonk Records w formie czarnego winyla, pod bliźniaczym, ale nie tożsamym tytułem Plastic Kneecap.




Lista płac jest następująca: David Birchall – gitara, Andrew Cheetham – perkusja, Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas. Dwie strony płyty przynoszą nam niespełna 36 minut muzyki. Zaglądamy do środka!

Side 1. Od pierwszej chwili narracja szyta jest gęstym ściegiem, z dynamicznym walkingiem kontrabasu, zwinną perkusją, gitarą i saksofonem płynącymi bardzo swobodnym, wartkim strumieniem. Birchall i jego podłączony do prądu strunowiec, który smakuje dobrym noise rockiem, zdaje się, że robią tu najwięcej wiatru. Zresztą cała opowieść nasączona jest starym, ukochanym przez wielu, soczystym post punkiem! W kwartecie odnotowujemy bardzo dobrą komunikację, muzycy bowiem doskonale znają się z wielu improwizacji i nic nie jest to dla nich zaskoczeniem w takich okolicznościach dramaturgicznych. 5 minuta przynosi bardzo jazzową ekspozycję Willberga, którą wspomaga kompetentny drumming Cheethama. Gitara w tym samym czasie rzeźbi swoje, zaś saksofon niebanalnie… milczy. Brzmienie kwartetu jest brudne, bez akustycznych fajerwerków (punk’s not dead!). Muzycy grają blisko siebie i ocierają się o siebie upoconymi łokciami. W 8 minucie fundują nam krwistą, kolektywną eskalację. Brawo! Tuż po niej, perfekcyjnie schodzą o tempo wolniej i snują autodygresyjne opowiastki. Odrobinę oniryczna gitara intonuje meta balladę dla złych dzieci. Mantryczna perkusja tyczy szlak narracji, a reszta instrumentów płynie, dokąd ich wyobraźnia poniesie. W 13 minucie muzycy postanawiają zejść do poziomu ciszy. Kings of slow sonore! Saksofon śle drony, gitara plecie głęboki ambient, niczym sfuzzowany instrument Dirka Serriesa, nie stroni także od flażoletów. Zwyczajnie urocza improwizacja z nutą niebanalnej psychodelii, prawdziwie wyswobodzony trans!

Side 2. Kontrabas ze smykiem, zakleszczonym pomiędzy strunami, ryje norę w ziemi. Saksofon prycha, gitara poleruje struny, talerze rezonują od ściany do ściany. Rozgrzewka na wysokim C! Zwinne interakcje - dziś pytanie, dziś odpowiedź! Muzycy bez zbędnej zwłoki łapią dynamiczny dryl. Może jedynie perkusista robi to z drobnym opóźnieniem. 5 minuta - ekspozycja Birchalla na rockową nutę, a alt Webstera zadziorny, z błyskotliwie brudnym soundem, w dosadnym komentarzu. Jakby punkowa narracja, z synkopą zaszytą w rdzeniu kręgowym! Intrygujące! Następująca tuż potem wyzwolona eskalacja ma już, pod względem gatunkowym, całkowicie wykorzenioną formułę. Jest dynamiczna, poszarpana i istotnie hałaśliwa. Brawo! Przystanek, po niedługiej chwili, zaczepiony jest na gitarowej pętli i kontrabasie w stadium rozedrganego walkingu. Saksofon wchodzi jako kontrapunkt! Musi być chleb z tej mąki! Jakby David i Colin mutowali brzmienie swoich instrumentów w tym samym momencie. Ta opowieść ma kilka wątków, instrumentalnie pachnie noise’owym sznytem. A sekcja gra delikatny acoustic. Cóż za wyśmienity dysonans! Pętla na saksofonie stawia stempel doskonałości na tym nagraniu! Błyskotliwość techniczna na ostatniej prostej jest także udziałem gitarzysty!

Jutro premiera tego krążka! We are on time!




wtorek, 27 lutego 2018

Levin! Pitsiokos! Seabrook! Stomiidae!


Dokonania Dark Tree Records, francuskiego labelu free jazz/ free improve, śledzimy na tych łamach niezwykle pilnie, a recenzji doczekały się niemal wszystkie jego wydawnictwa (no, może poza jednym). 

Całkiem niedawno pisaliśmy o drugiej pozycji serii korzennej (Carter & Bradford!), wcześniej omówiliśmy także kilka pereł współczesnej, francuskiej, prawdziwie wyzwolonej improwizacji (Lazro! Duboc! Risser!). Pomocne linki na końcu recenzji.

Teraz pod lupę recenzenta wpada najnowsza płyta w katalogu, datowana już na rok 2018. Nowa muzyka, nowi, młodzi muzycy (no, prawie!), tym razem jednak nie znad Sekwany, ale z gorącej amerykańskiej ziemi.

O ile wiolonczelista Daniel Levin znany jest zapewne wszystkim, którzy zaglądają na tę stronę, a saksofonista Chris Pitsiokos – mimo bardzo młodego wieku - doczekał się już tu kilku ciepłych słów, o tyle gitarzysta Brandon Seabrook zapewne debiutuje na scenie Trybuny (dociekliwi winni go pamiętać ze wspólnych nagrań z Peterem Evansem).




Przenosimy się zatem na dwa dni do New Haven i dobrze rozpoznawalnego miejsca, jakim jest klub Firehose 12. Jest kwiecień 2016 roku. Trójka wyjątkowo kompetentnych amerykańskich improwizatorów rejestruje nagranie Stomiidae, które – czas pokaże – jest być może także nazwą własną tria. Siedem utworów potrwa niewiele ponad 38 minut.

One. Od linii startu dobrze rozgrzany saksofon altowy rusza do zdecydowanego ataku. Wspierają go perkusyjne szumy na gryfie wiolonczeli i drobne sprzężenia w pudle gitary elektrycznej. Cała trójka zgrabnie rozpoczyna swą pieśń i ochoczo – od pierwszej sekundy - wchodzi w dynamiczne zwarcia. Ogień płonie już po kilkudziesięciu sekundach. Fire music! Zadziory, zdania składane współrzędnie, onomatopeje, wrzaski, piski i skowyty. Cello brzmi jak kontrabas, ale nie żałuje smyka, ma jakby dwa równoległe oblicza. Już w 4 minucie zgrabne zejście w kierunku ciszy i czas na krótki oddech. Tuż po nim, drobna galopada, pokazująca, zapewne nieprzypadkowo, bardzo wysoki kunszt techniczny i improwizatorski całej trójki. Szczególną błyskotliwością grzeszy Pitsiokos, który może naprawdę dużo, potrafi już chyba wszystko, a chce jeszcze więcej! Two. Ciągle iskrzy na osi gitara – saksofon, przeciwległe flanki w permanentnej dyskusji. A po środku wiolonczela, wręcz gotuje się z emocji. Seabrook wyjątkowo zgrabnie zarządza dźwiękiem swojej gitary. Lubi eksperymentować, nieustannie poszukuje nowych rozwiązań, szuka ciekawostek akustycznych na gryfie, potrafi zaskoczyć. Po 3 minucie snuje eksplozywne drony, w czym wspiera go czujny i gotowy na wszystko saksofonista. Improwizacja tria nie stroni od hałasu, ale ten noise ma dużo smaku, jest środkiem, a nie celem muzykowania. Po 7 minucie muzycy idą w ciszę i także w tej roli są niezwykle wyraziści. Kolejny duży plus na koncie Chrisa! Three. Cóż za sonore! Brawo! Gitara płynie niskim dronem, saksofon pętli się w szumie, bąbelkuje i przelewa wodę. Obok drapieżne cello, jakie pazury! Popisowe 120 sekund! Four. Gitarowa pętla, pełna technicznych fajerwerków. Pozostałe instrumenty wchodzą w to, jak w masło. Świetna komunikacja i głębokie pokłady kreatywności znów wiodą trio ku błyskotliwej eskalacji. Dynamika, piękne, surowe emocje! Five. Siarczyste intro Brandona. Po 80 sekundach świder Chrisa, w sam środek ziemi! Tuż potem stukot na dyszach. Daniel stawia stemple. Cała trójka z kocią zwinnością łapię wewnętrzny nerw i buduje kolejny poziom piętrzącej się improwizacji. Znów lecą iskry! Narracja jest niezwykle bogata, ciągłe zmiany tempa i metod artykulacji dźwięku. Arytmia, atonalność, abstrakcja! W 6 minucie jakże udane tłumienie emocji. Drobinki oniryzmu na strunach, nostalgia i cichy skowyt w tubie. Po minucie znów gonią za królikiem! Energia aż kipi, a pomysłów ciągle przybywa. Six. Saksofon prycha, cello poleruje zapocone struny, niezbyt głośno, ale bardzo dynamicznie. Gitara? Mała fabryka niespodziewanych dźwięków. Kolejna dwuminutowa perła! Seven. Sam finał, to już mała bonanza! Czego tu nie ma?! Cello gra motyw przewodni serialu o historii rockabilly. Na flankach dzieją się niesamowite historie. Sto tysięcy pomysłów na dramat w trzech aktach, każdy udany. Multieksplozja podszyta bezczelnością artystyczną, godną samego Johna Zorna! W 4 minucie, o tempo wolniej. Chytre i przebiegłe call & response. Tytuł mistrza kreatywności wędruje chyba w ręce gitarzysty, choć pozostali muzycy także nie zmarnowali na tej płycie choćby jednego dźwięku. Koniec przychodzi łatwo, może nieco zbyt szybko i gwałtownie. Play It again? With no doubt!