środa, 28 grudnia 2016

Szesnaście powodów, dla których zapamiętamy rok ‘16/ The Sixteen Reasons to Remember the Year ’16


Iberia va al cielo!!!


Agusti Fernandez/ Albert Cirera/ Ramon Prats Liquid Trio  Marianne (Vector Sounds) read the review!

Agusti Fernandez/ Yasmine Azaiez  Revelation (Fundacja Słuchaj!) read!

Discordian Community Ensemble  Contrast/ Movement (Discordian) read!

Albert Cirera/ Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian) read!

Rodrigo Amado Motion Trio  Desire & Freedom (Not Two) read!

Susana Santos Silva/ Jasper Stadhouders / Goncalo Almeida/ Gustavo Costa  Buku (Cylinder Recordings) read!






Old England has an immortal power!!!


Barry Guy Blue Shroad Band – Small Formations  Tensegrity (Not Two)  read!

Evan Parker/ John Russell/ John Edwards/ Pat Thomas/ Alison Blunt/ Benedict Taylor/ David Leahy/ Kay Grant/ Alex Ward  Mopomoso Tour 2013: Making Rooms  (Weekertoft)  read!

Evan Parker/ Mikołaj Trzaska/ John Edwards/ Mark Sanders  City Fall (Fundacja Słuchaj!)  read!

Sylvie Courvoisier/ Mark Feldman/ Ikue Mori/ Evan Parker  Miller’s Tale (Intakt) read!



The global hero !!!


Nate Wooley  Seven Storey Mountain V  (Pleasure Of The Text)  read!

Nate Wooley  Polychoral (MNOAD)  read!





As brilliant, as well !!!!


Fred Lonberg-Holm/ Adam Gołębiewski  Relephant (Bocian)  read!

Michał Dymny/ Rafał Mazur/ Vasco Trilla  Tidal Heating (Not Two)  read!

Biliana Voutchkova  Modus Of Raw (Evil Rabbits)  read!

Joëlle  Leandre/ Theo Ceccaldi  Elastic (Cipsela)  read!




Happy New Year!!!!

wtorek, 27 grudnia 2016

Nate Wooley – Chorał polifoniczny


Jakżeby inaczej zwieńczyć pierwszy rok egzystencji Trybuny w sieci globalnej i setną już opowieść tu zamieszczaną, jeśli nie kolejną doskonałą płytą w dorobku Nate’a Wooleya, wyjątkowego trębacza, a także istotnego innowatora w zakresie podejścia do generowania dźwięku z prostego instrumentu dętego, blaszanego.

Doskonale się zatem składa, bo najnowsza płyta nowojorczyka świetnie wpisuje się w ów wątek innowatorski. Płyta zawiera muzykę na dwie akustyczne trąbki, nagrane w wersji live, czyli ewidentnie na żywo. Jednakże muzyków w procesie tworzenia przestrzeni akustycznej koncertu, wspiera specjalna, ośmiokanałowa instalacja. Stworzona ona została przez Wooleya na potrzeby Knockdown Center’s Auditorium Series. Czymkolwiek nie byłaby, zarówno ta inicjatywa, jak i owa zmyślna instalacja, z punktu widzenia słuchacza, zanurzającego się w dźwięki zawarte na płycie, nie ma to większego znaczenia. Dodajmy, iż drugim trębaczem jest tu Peter Evans, a całość nagrał, a potem zmiksował Jake Nussbaum. Trudno nam z perspektywy domowego zacisza ocenić poziom ingerencji w/w osobnika w materiał muzyczny na etapie postprodukcji. Ten wątek też proponuję dziś pominąć. Nie jesteśmy wszak w filharmonii, nie jesteśmy tym bardziej znudzonymi odbiorcami, pozbawionej wszelkich emocji muzyki współczesnej, byśmy musieli wspaniałą muzykę obudowywać tomem wyjaśnień, inspiracji kompozytorskich, czy opisu procesu wykonawczego. Przed nami Polychoral, niespełna 46-minutowa opowieść, podana w jednym traku i wydana przez belgijską oficynę MNOAD na srebrnym krążku, w limitowanym nakładzie.




Polifoniczny chorał rozpoczyna czysty, akustyczny dron, generowany przez dwie (?) trąbki. Brzmienie jest krystalicznie szkliste, a w głowie przemyka całkowicie zbędna myśl, by zapytać o szczegóły procesu wykonawczego. Puśćmy wodze fantazji. Ta podniebna akustyka wiedzie nas ku nieokreślonemu, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Słyszymy chór składający się z niezliczonej ilości głosów, który ma całkowicie nieludzki wymiar, docierają do nas dźwięki muzyki organowej, która ewidentnie nie ma cielesnej powłoki.

Jeśli chcielibyśmy w tym właśnie momencie otworzyć kajet recenzenta i odnieść Polychoral do innej, podobnej produkcji Wooleya (wtedy na trąbkę solo) The Almond, to ta muzyka, zwłaszcza na wstępnym etapie płyty, jest zdecydowanie bardziej delikatna, wręcz ulotna. Jeśli szukamy porównania do innej płyty duetu Wooley/ Evans (choćby High Society), to nie uświadczymy tu elektroniki, ani specjalnych amplifikacji. Żywa muzyczna struktura wiedzie nas za nos, budując swą narrację przez antynomie cicho-głośno, czy pojedynczy dźwięk-wielogłos. Muzyka jest monotonna, ale to przykład braku zwrotów dramaturgicznych, którego efektem jest rosnący poziom koncentracji po obu stronach sceny. Jeśli tylko starczy nam dziecięcej wyobraźni, poczuć się możemy częścią soundtracku do niepowstałej jeszcze części Gwiezdnych Wojen.

Gdy towarzyszący nam od pierwszej sekundy dron, ostatecznie wybrzmi, dostajemy się w wir skromnej wojny na trębackie przedechy (doświadczamy tego mniej więcej w 17 minucie). Po krótkiej chwili dron wraca, ale ma bardziej … anielską charakterystykę. Przekora doskonałych muzyków karze w tym miejscu postawić stempel przesteru. I tak się dzieje w istocie, dzięki czemu popadamy w delikatny dysonans poznawczy. To jest wszak żywa muzyka i ta oczywista konstatacja skutecznie buduje podwaliny pod nasz końcowy entuzjazm. Atmosfera koncertu z każdą chwilą robi się mniej anielska i ciekawie gęstnieje. W zaułkach dostrzegamy uśpione demony, które tylko czekają na moment swojego zaistnienia. Brzmienie instrumentów systematycznie się brudzi, a akustyczne, czyste dźwięki obu trąbek przesuwają się jakby na drugi plan, za kotarę pogłosu, atakując nasze receptory słuchu z oddali (30 minuta). Dźwięk się multiplikuje i mamy wrażenie, że trąbki zostały sklonowane (osiem kanałów robi swoje!). Znów dopada nas myśl, by dowiedzieć się, jak powstają takie akustyczne historie, ale boimy się postawić znak zapytania. Wielka orkiestra symfoniczna nieistniejącego radia publicznego gra multifoniczny, diabelski chorał, niczym nieuzasadniona nadzieja na przetrwanie dla tych, którzy genetycznie są jej pozbawieni. Tajemnicze głosy z offu, niczym stukot upadłych aniołów, bezskutecznie szukających swojej golgoty, drapią nas po karku. Na drodze stają nam kolejne akustyczne cuda – pokrętny bit (?), coś pulsującego, co próbując niszczyć membrany naszych uszu wysoką amplitudą drgań, po chwili przepoczwarza się w dron, który ma za zadanie stłamsić równomierny dotąd oddech słuchacza. Jakbyśmy zaczynali nową opowieść. Postaci niby takie same, ale narrator próbuje zaproponować nowy wymiar dla tej podróży. Spokój, jaki nas dopada jest jednak pozorny, to raczej defekt poznawczy, budujący lęk przed nieznanym. Czas uzmysłowić sobie jednak, dość oczywisty w sumie fakt, że wystawieni jesteśmy na pastwę … jedynie dwóch trąbek i pewnej tajemniczej, ośmiogłowej instalacji. Wooley i Evans, niczym krwiożerczy demiurgowie, prowadzą nas na skraj akustycznej nieoczywistości. Pulsacje, zmiany narracji intensyfikują nasze doznania. Finał koncertu zostawia nas zupełnie samych, z długą kolejką znaków zapytania, które pozwalają na obranie jedynie słusznego kierunku… Play It Again!!!!


****

Nate Wooley każdą swoją nową płytą podkreśla oczywistość tezy, iż jest jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków improwizujących. Niewątpliwie zaś w kategorii twórcze eksploracje możliwości sonorystycznych trąbki dzierży berło króla i nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta w najbliższych latach mogła ulec zmianie.

Nie mniejszą radość niż obcowanie z nowościami Wooleya, sprawia także Panu Redaktorowi śledzenie starszych płyt, do których dotąd nie udało się dotrzeć. Dziś z niekłamaną radością chciałbym zarekomendować formację Blue Collar. Dekadę temu z okładem, w trakcie dwóch edytorskich ujawnień, tworzyła ją trójka muzyków. Doskonały nowojorski puzonista Steve Swell, japoński perkusjonalista Tatsuya Nakatani, no i nasz bohater na trąbce. Pierwszy krążek nosi tytuł Is An Apparition, a wydał go włoski label Rossbin, drugi zaś to Lovely Hazel, który dociera do nas dzięki kanadyjskiemu Public Eyesore (też stykacie z nazwami tych wytwórni po raz pierwszy?).




To drugie wydawnictwo przynosi dziewięć zwartych opowieści w czystej estetyce free improv, zatytułowanych wyłącznie przy użyciu cyfr. Niewiele wiadomo o samym nagraniu, co najwyżej domyślamy się, że powstało w warunkach studyjnych (w każdym razie bez oklasków). Swell i Wooley dokonują tu sonorystycznych cudów, iskrzy między nimi, nie brakuje konwulsyjnych przepięć energetycznych (dodajmy – całkowicie akustycznych). Japończyk drepta trochę z boku i raczej trzyma się swojego terytorium, udanie komentując szaleństwa dęciaków. Gdy w niektórych fragmentach stara się istotniej sygnalizować swoją obecność, a nawet próbować przejmować inicjatywę (rytm?), atmosfera całości spada o kilka kondygnacji, ale i tak trzyma się zdecydowanie nad ziemią i cieszy ucho od pierwszej do ostatniej minuty. Jeśli jakimś cudem znajdziecie się w pobliżu tego krążka, kupcie koniecznie i zróbcie kopię wszystkim znajomym!

Kończąc dzisiejszą opowieść, trzeba koniecznie zasygnalizować kolejną nową płytę Nate’a Wooleya. Tym razem będzie to trio z udziałem Chrisa Corsano (perkusja) i Sylvie Courvoisier (fortepian). Ukazała się ona dzięki Relative Pitch Records, a nosi tytuł Salt Task. Zapewne tuż po nowym roku, płyta ta do mnie dotrze i wtedy trochę o niej porozmawiamy.


Podziękowania dla Krzysztofa za umożliwienie odsłuchu omówionych dziś płyt. Liczymy na krótki komentarz w kwestii tajemniczej, 8-kanałowej instalacji, która wsparła w  istotny sposób finalny efekt Chorału Polifonicznego.



czwartek, 22 grudnia 2016

Fred Lonberg-Holm! Adam Gołębiewski! Red Trio! Gerard Lebik! Piotr Damasiewicz! New Monuments! Blip! – późnojesienna BOCIANia inwazja


Słowo się rzekło (kilka tygodni temu), kobyłka u płotu! Tym razem ptasia przesyłka docierała do mnie chyba jedynie krajowymi okowami, zatem już u progu finalnego miesiąca roku, nowa muzyka tryumfalnie zagościła w domowych odtwarzaczach, przy okazji także, rozdziewiczając gramofon produkcji niekrajowej.

Cechy, którymi obdarzyłem płyty z poprzedniej paczki z Bocian Records, w przypadku tej nowej, zdecydowanie nie tracą racji bytu. Każda płyta trzyma wysoki poziom artystyczny, dodatkową będąc bardzo oryginalnym i osobnym głosem w nurcie współczesnej muzyki improwizowanej.

Skupmy zatem naszą przedświąteczną uwagę na kolejnych pięciu płytach z katalogu wytwórni, zaczynając ów przegląd absolutną i dalece smakowitą świeżynką.


Fred Lonberg-Holm/ Adam Golebiewski  Relephant (Bocian Records, CD 2016)

Na płytę tego duetu ostrzyłem moje recenzenckie siekacze od momentu, gdy stałem się dobrowolnym świadkiem doskonałego koncertu tych muzyków w poznańskim Dragonie, dokładnie dwa lata temu (ślad po nim odnajdziecie na Trybunie). Głód oczekiwania od tamtej chwili, podsycał także odsłuch płyty, którą Ci dwaj muzycy popełnili … w kwartecie (z Piotrem Mełechem i Witoldem Oleszakiem Divided by 4).




Teraz przede mną nagranie powstałe jeszcze wcześniej niż ów koncert – w maju 2013r., także w Dragonie – które z bocianią zwinnością, raczy nas 35 minutową ekspozycją dalece frapujących i istotnie swobodnych improwizacji, w wykonaniu wiolonczelisty (wspomagającego się tradycyjnie elektroniką) i perkusisty, perkusjonalisty, cymbalisty, a także operatora przedmiotów różnych. Ta muzyczna opowieść podzielona została na cztery części (każda wyposażona w osobliwy tytuł).

Od pierwszego dźwięku dostajemy się w wir sonorystycznego zwarcia dwóch muzyków i ich naelektryzowanych instrumentów. Macanki, tarcia, zgrzyty i zdzieranki w gęstym, jak świeży miód, tyglu pomysłów i wzajemnych inspiracji. Jeśli tylko wiolonczela unika tradycyjnego frazowania (czyli prawie zawsze), trudno nam wskazać prawidłowo na źródło dźwięku. Ta iście szatańska zabawa ma swój rytm, swoją dramaturgię, jest ekspresyjna, wulgarna i krwista. Odnosimy wrażenie, że na scenie jest duża orkiestra, nie zaś dwóch, w sumie dość niepozornych mężczyzn, wyposażonych jedynie w kilka strun i parę bębnów. Dzieje się tak wiele, że przydałaby się dodatkowa para uszu (słuchając tej muzyki na koncercie, mając do dyspozycji sprawne oczy, percepcja była odrobinę ułatwiona). Mnóstwo dźwięków i incydentów akustycznych, szmery na kablach i surrealistyczne przepięcia energetyczne. Gołębiewski ma sto pomysłów na sekundę, jak zainspirować starszego kolegę. Łyżeczkowanie, talerzykowanie, polerowanie - wszystkie przedmioty w rękach Adama stają się agresywne. Prawdziwa dzikość serca! Fred swobodnie nadąża, gra swoje i jeszcze pręży muskuły! Fragment drugi stanowi delikatne, elektroakustyczne interludium. Adam nie daje się zwieść próbie zasygnalizowania rytmu i ochoczo narusza trzeci fragment opowieści. Muzycy zacieśniają skalę akustycznego zwarcia, szorują się wzajemnie, zakładają dramatyczny suples. Próba oswobodzenia ma klimat świątecznej wigilii w domu dla obłąkanie chorych. Niespodziewanie robi się jednak z tego bombastyczne Halloween. Depresyjny finał fragmentu wieńczy prawdziwa wojna światów. Na sam już koniec płyty dopada nas turpistyczna wersja trwania dźwięku w estetyce późnego AMM, która zwinnie przeradza się w udaną próbę odszukania konstruktywnej – na przekór całemu światu – nieoczywistej puenty. Doskonałe!


Red Trio + Gerard Lebik + Piotr Damasiewicz  Mineral (Bocian Records, LP 2015)

Oto przed nami migawki z trasy koncertowej portugalskiego Red Trio, poczynionej w roku 2014, z gościnnym udziałem Gerarda Lebika (saksofon) i Piotra Damasiewicza (trąbka). Piszę migawki, bo fragmenty dwóch koncertów (Kraków, Wrocław), zgrabnie usadowione na dwóch stronach czerwonego winyla, trwają łącznie… 22 minuty. Szczęśliwie, to jedyna ambiwalencja dotycząca tego wydawnictwa.




Epizod krakowski zaczyna nienatarczywa narracja kwintetu, akustycznie dewastowana jednak przepięciami energetycznymi Hernaniego Faustino na kontrabasie. Krajowy zaciąg instrumentalny sunie zgrabnym, sonorystycznym dwugłosem. Standardowa enigmatyczność edytorska Bociana sprawia, iż nie jesteśmy raczeni opisem wykorzystywanych środków wyrazu, wszakże wprawne uchu i szczypta doświadczenia recenzenta, pozwalają wskazać, iż pierwszy z polskich muzyków dmie w saksofon tenorowy i nie używa – jakże częstej w jego przypadku – elektroniki. Damasiewicz ciekawie rwie akustykę koncertu, wgryzając się w narrację kolegów interesującym pasażem wielodźwięków, zaś Lebik trzyma odpowiedni poziom emocji, mając oparcie w agresywnej sekcji rytmicznej. Może jedynie Rodrigo Pinheiro na fortepianie wciąż szuka argumentu, by w tym tyglu improwizacyjnym skutecznie zatrybić. Pod koniec pierwszej strony, Ferrandini (perkusja) i Faustino biorą sprawy w swoje ręce, rżną scenę na nierówne połowy i dynamizując poczynania całego kwintetu, gonią ku udanej eskalacji, która spełnia się wytłumioną ciszą.

Epizod wrocławski wita nas bardziej przestrzennym dźwiękiem sali koncertowej (czyżby Impart?). Saksofonista ładnie łamie estetykę improwizacji, szukając zagubionych dźwięków na samym dnie instrumentu. Trąbka Damasiewicza intonuje w delikatnie … bluesowym klimacie, lekko oparta na backgroundzie kontrabasu. Wyciszenie łapiemy w onirycznych pasażach, które generują wszyscy muzycy, trochę w oczekiwaniu na nadejście … nieoczekiwanego. Efektem drobna batalia na mikrodźwięki, molekularna wymiana poglądów, która wieńczy ów ułamek większej, koncertowej całości. Uczucie niedosytu karze odpalić ten krążek ponownie, w ułamek sekundy po jego zakończeniu!



Gerard Lebik/ Piotr Damasiewicz/ Gabriel Ferrandini veNN circles (Bocian Records, CD 2014)

Skoro po odsłuchu Red Trio w wersji po części krajowej, ciągle nam mało, szybko sięgnijmy po wydawnictwo, które zdecydowanie łączy się z wyżej omówionym w ujęciu personalnym, a stopień powinowactwa sięga 60%!

Na scenie (choć tu, raczej okoliczności studyjne) pozostaje Gerard Lebik, który tym razem wbił się w kable i będzie nas raczył dźwiękami elektronicznymi. Piotr Damasiewicz i Gabriel Ferrandini stoją, jak stali, zwarci i gotowi przy swych akustycznym instrumentach. Dostajemy jeden nieprzerwany ciąg dźwiękowy, trwający 41 minut i podzielony na cztery traki bez tytułów.




Wgryzamy się w tę płytę, ostro nadstawiając uszu. Docierają do nas szmery, zgrzyty, jęki (trąbka?), subtelne polerowania (perkusja?). Wszystkie te incydenty dźwiękowe są ledwie sugerowane, w maksymalnym stopniu… minimalistyczne. Nad całością dominuje – nie do końca przyjazna – elektronika. Mniej więcej w 10 minucie tego spektaklu, instrumenty akustyczne odzywają się nieco śmielej, aczkolwiek Damasiewicz wciąż przebywa w poczekalni i ma problem z oddaniem garderoby do szatni. Ferrandini zaczyna dość dynamiczne (jak na te okoliczności) werblowanie, mając spore oparcie w upalonym generatorze niskich częstotliwości. Modulowane zawodzenia budzą do życia także trębacza, który wchodzi w dyskurs poznawczy. Mruczy, jak niedźwiedź po śnie zimowym, jeszcze przed pierwszym śniadaniem, a potem śmiało sięga po krzyk, skutecznie zapętlając się w wehikule czasu. Gdyby zmienić tu elektroakustyczne proporcje w dostępie do przestrzeni dźwiękowej (na korzyść żywych!), gdyby warstwa martwa była bardziej poszatkowana dramaturgicznie … Cierpliwi będą jednak wysłuchani! Początek ostatniego traku to ewidentna próba przejęcia władzy przez instrumenty akustyczne. Prowodyrem zajścia jest Ferrandini, ale i Damasiewicz nie chce być uznany za dezertera. Drobna próba eskalacji, będąca konsekwencją tego salonowego przewrotu, wieńczy nagranie, jednak sukces akustyków na pyrrusowy charakter.


New Monuments  Long Pig (Bocian Records, CD 2015)

W dzisiejszej opowieści, z płyty na płytę, oddalamy się od prawdziwie akustycznych dźwięków. Czas teraz na torpedę dużego kalibru i istotnie gwałtowną eskalację hałasu. Przed nami Nowe Pomniki/ New Monuments!

C. Spencer Yeh (skrzypce i elektronika), Don Dietrich (saksofon i elektronika) oraz Ben Hall (mały zestaw perkusyjny) biorą nas w jasyr na prawie godzinę i w trakcie sześciu fragmentów, groteskowo zatytułowanych, zdewastują nas emocjonalnie, a potem puszczą wolno, kierowani nie do końca uzasadnioną potrzebą litości. Okoliczności bitwy mają charakter studyjny, a rzecz dzieje się w roku 2012, w Nowym Jorku.




Atakuje nas od samego progu iście pomnikowa ściana dźwięku! Aura jest silnie psychodeliczna. Skrzypce przefiltrowane na kablach sterydową elektroniką, niczym gilotyna, tną wszystko, co napotkają na swojej drodze. Perkusista bije w werbel z siłą, od której zależy los żołnierzy w okopach kilku wojen światowych, głosząc powszechną zagładę. Saksofonista zaś ekspresyjnie rywalizuje ze skrzypkiem o miano lidera potencjometrów. Spektakl można skwitować tylko jednym wulgaryzmem – to deathmetal! Owa ściana dźwięku ma czysto fizyczny wymiar. Trzeba się z nią ordynarnie poprzepychać. Epitet noise brzmi w tych okolicznościach stanowczo zbyt zachowawczo. Kupując ten dryl, godząc się na konsekwencje, nakładamy na głowę czarci kaptur i całkowicie dobrowolnie szczytujemy. Okazuje się, że agresja, perwersja, czy turpizm potrafią być synonimami piękna w muzyce. A ostatecznym celem tej opowieści, na którą składają się nawarstwiające się eskalacje emocji, jest makabrycznie dosłowny, perfekcyjny dron, wobec którego tylko śmierć może być prawdziwym wybawieniem. Ekscytujące!

Wrzask, krzyk i permanentna desperacja w trakcie tej dźwiękowej orgii, wyznaczają podstawowe charakterystyki naszego współuczestniczenia w procesie. Elementami zaś decydującymi o improwizowanym charakterze całości, zdają się być przede wszystkim, poziom emocji (po obu stronach wyimaginowanej sceny!) i intensywność hałasu. Finał muzycy osiągają skrajnie upoceni, emocjonalnie transseksualni, acz moralnie uwzniośleni. Wybrzmienie całości ma smak koktajlu Mołotowa, podawanego doustnie.

Zdecydowanie warto odbyć tę podróż. Jeśli przetrwacie, kolejny raz może być jeszcze silniej oczyszczający i już prawdziwie zniewalający. Sam odbyłem już trzy takie tripy!


Blip  Dead Space (Bocian Records, CD 2012)

Na koniec należy nam się chwila konstruktywnego wygaszenia emocji. O dobry klimat dla kojenia nerwów zadbają dwaj Australijczycy -  Jim Denley, dalece doświadczony free improwizator (choćby ćwierć stulecia temu, nagrywał smakowite rzeczy z Johnem Butcherem i Chrisem Burnem), flecista i saksofonista (zagra także na … balonach) i Mike Majkowski, kontrabasista (także piszczałki i obiekty), który był już uczestnikiem poprzedniej, bocianiej opowieści (przy okazji płyty solowej). Studyjne spotkanie w Sydney miało miejsce latem 2011 roku.




Muzycy zapraszają nas do świata niemal akustycznego, choć nie zabraknie masowania naszych skroni poświatą udanej elektroniki. Denley będzie nas skutecznie zaskakiwać frapującymi incydentami, na swych dętych narzędziach, nie ustając w próbach zwrócenia na siebie uwagi. Majkowski, przyczajony bardziej z prawej strony, będzie trenował swój kontrabasowy, minimalistyczny dron, którego zdążyliśmy już poznać na płycie solowej. Te dwie opowieści będą się toczyć trochę, jakby obok siebie, a punkty styczne nie będą częste, ani oczywiste. Między muzykami słyszeć będziemy martwą przestrzeń, która zaboli, bo i muzyka wokół niej powstaje w bólach, minimalizm mając wpisany w swoje DNA. Bywa, że dźwięki są tu jedynie sugerowane, jakby słuchacz miało sobie resztę dopowiedzieć (dośpiewać?). Ten improwizowany świat w wymiarze mikro będzie nam skubał skronie przez 41 minut z sekundami. 

Sonorystyczne próby zaistnienia Denleya, chwilami zderzają się z dronami kontrabasu, który bywa traktowany suchym na wiór smyczkiem. Narracja ma charakter kropelkowy. W czwartym fragmencie, poniewierany moralnie Denley dokonuje cudów akustycznych na flecie (jego depnięcia budzą respekt), by zrobić jakiekolwiek wrażenie na kontrabasiście. Ten zaś, stosując najprostsze sposoby dobywania dźwięki, nie daje się zbić z tropu. Królestwo mikromuzyki panuje tu niepodzielnie (scenariusz tej opowieści jest jednak dość precyzyjny i nie przewiduje zmian repertuarowych). Jedynie fragment szósty upływa w klimacie dramaturgicznego rozgardiaszu, a do naszych uszu docierają pojękiwania, łaskotania i czułe, wzajemne drapanki muzyków. 

Choć każdy fragment Martwej Przestrzeni ma w tytule zakończenie, to na prawdziwy finał przejdzie nam czekać aż do części siódmej, gdzie znów koncepcja sonorystyka vs. dron będzie święcić tryumf. Denley popisowo żegna to nagranie drobną, dętą eskalacją, a Majkowski – zupełnie przy okazji – robi dodatkowy fakultet na perkusję. Na słowo końcowe saksofonista sięga do dna instrumentu (deep music?), są i balony, i … kontrabasowy dron. What ever you want!


wtorek, 20 grudnia 2016

Motion Trio! In Layers! – dwie wiśniowe świeżynki, jedna delikatnie pomarańczowa, może odrobinę niebieska


Nie czas jeszcze na - kolejną na Trybunie - zbiorówkę recenzji krystalicznie świeżych wydawnictw z muzyką improwizowaną. Najpewniej trafi ona pod strzechy wielbicieli gatunku w trakcie świątecznego weekendu (niezbyt, niestety długiego). Póki co, w ramach introdukcji, dwie płyty, które – z racji muzyki na niej zawartej, jak i rosnącej rangi muzyków ją tworzących – zasługują na tych łamach na zdecydowanie więcej niż miejsce w okresowym podsumowaniu.

Przed nami płyty poczynione przez muzyków portugalskich (czy kogoś zaskoczyłem?), przy czym w tworzeniu drugiej z nich maczali także palce ich holenderscy i islandzcy koledzy, zatem kolory w tytule dzisiejszej opowieści mamy definitywnie rozszyfrowane.


Rodrigo Amado Motion Trio  Desire and Freedom (Not Two Records, 2016)

Pożądanie i Wolność to szósta płyta formacji Motion Trio, w której – przynajmniej tytularnie – moc sprawczą zwykło się przypisywać Rodrigo Amado, saksofoniście z portugalskiego krańca Europy, który obok Carlosa Zingaro, jest z pewnością najbardziej rozpoznawalnym muzykiem improwizującym z tego rejonu wszechświata. Kompetentne ramiona tego muzycznego trójkąta uzupełniają Miguel Mira na wiolonczeli i Gabriel Ferrandini na perkusji.

Wnikliwi badacze tego tria, a także uważni czytelnicy Trybuny, wiedzą doskonale, iż pierwsza płyta Motion powstała w składzie…. trzyosobowym, zaś cztery kolejne już w konwencji 3+ . Dwie nagrane zostały z Jebem Bishopem, dwie kolejne zaś z Peterem Evansem (za każdym razem były to incydenty studyjne w parze z rejestracją koncertową). W roku 2016 trio powraca ze studyjnym materiałem, poczynionym w wersji saute i nagranym w Lizbonie, w lutym bieżącego roku.




Płytę zdobi ciekawy cytat literacki, zaś tytuły trzech jej części są jego konsekwencją. Przyznać należy, iż słowa Jacka Parsonsa sprzed 70 lat świetnie opisują samą muzykę zawartą na krążku, a kładą istotny nacisk na jakże istotne elementy w muzyce improwizowanej – wolność i dyscyplinę. Takaż i jest sama muzyka – szaleństwo (pożądanie?) skondensowane w dyscyplinie, wzajemnej odpowiedzialności za siebie i cały zespół. Ta wolność rzeczywiście ma dwa końce (Freedom Is A Two-Edged Sword) – sekcja pędzi od pierwszej sekundy, jak oszalała, wiolonczelista jest szybki i zwinny jak jaszczurka, perkusista ma kocie ruchy, jest ponadinteligentny i znaczy teren zmyślnymi synkopami. Saksofonista porządkuję tę galopadę, ów pozorny chaos dramaturgiczny, organizując przestrzeń akustyczną stabilnymi i rozważnymi pasażami. Jego tenor jest wygimnastykowany, twardy, odrobinę zawadiacki, ewidentnie w dobrej formy, zdecydowanie gotowy na wszystko. Wytłumienie emocji – bezwzględnie zamierzone – dopada nas już w piątej minucie tej eskalacji, by szybko stać się udanym zaczynem kolejnej. Fragment drugi stanowi tu poniekąd wyzwanie estetyczne i poznawcze (Liberty). Sekcja zaczyna go spokojnymi pląsami wokół siebie, jakby szukała dramaturgicznego punktu zaczepienia (smakowite, libertyńskie solo… w duecie!). Amado dociera z oddali i rysuje coś na kształt melodii (operuje trwającym dźwiękiem). Po uzasadnionej dobrym scenariuszem, dynamizacji tej improwizacji, znów tygrysi spryt wiolonczeli i lisia przebiegłość perkusji wzmagają w nas poczucie przyjemności. Muzyka brzmi czysto, perfekcyjnie pod względem akustycznym, mimo, iż muzycy są w pełnym galopie. Uniesieni dobrze skonstruowaną trajektorią ekspresji, muzycy sięgają szczytu, a prym estetyczny wiedzie ewidentnie tenorzysta, który fantastycznie balansuje między tłumioną ekspresją, a saksofonowym wrzaskiem. Finał fragmentu należy już do wiolonczelisty, który nie po raz pierwszy tego dnia, zgłasza aspiracje do bycia królem polowania. Fragment ostatni muzycy czynić będą w poszukiwaniu artystycznej pokory, wszak tytuł zobowiązuje (Responsibility/ Odpowiedzialność). Znów początek wyznacza skupiona dyskusja na argumenty. Niedługa eskalacja tuż po niej, akurat w tym momencie niczym nas nie zaskakuje, jedynie śmiało konstytuuje wysoką, ponadnormatywną jakość tego muzycznego spotkania. Mira znów chce być (i po prawdzie jest) postacią tu najbardziej ekscytującą, czyniąc kolejne wytrawne solo … w duecie z Ferrandinim. Gdy do gry wróci Amado, dźwiękami tyleż właściwymi dramaturgiczne, co odpowiedzialnymi, muzycy mogą już rozpocząć wydłużoną, finałową eskalację napięcia. Dopada nas zakończenie, które nie jest zwyczajowym tłumieniem emocji, a raczej ich erupcją.

Jeśli Motion Trio zdaje się być najciekawszą muzyczną przygodą Rodrigo Amado (taka teza padła już onegdaj na tej stronie), tyleż wersją tego pomysłu, najgłębiej zapadającą w serca wielbiciela muzyki improwizowanej, jest przede wszystkim skład trzyosobowy. Desire and Freedom jest głosem, który tezy powyższe wynosi do rangi aksjomatu.

Agusti Fernandez drugą płytę Liquid Trio – w przeciwieństwie do pierwszej - podpisał nazwiskami wszystkich muzyków ją tworzących, poniekąd doceniając ich wkład artystyczny w powstanie dzieła. Myślę, że płyty Motion Trio, od tego momentu, winny być także podpisywane trojgiem nazwisk.


Onno Govaert/ Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente/ Kristjan Martinsson  In Layers (FMR, 2016)

Międzynarodowe zwarcie improwizacyjne, poczynione w dość znanym przybytku kultury niderlandzkiej, w zacnym Klubie Zaal 100 (Amsterdam), zaowocowało krążkiem, który za pośrednictwem znamienitej brytyjskiej stajni Trevora Taylora (FMR), trafia do nas w gorącym okresie przedświątecznym. Dostępny on jest oficjalnie od ostatniego czwartku, dramaturgicznie spinając te kilkanaście dni, jakie dzieli rocznice urodzin Luisa Vicente (trąbka) i Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna). Ów antrakt jubileuszowy kompetentnie wspierają -  Onno Govaert na perkusji (on tu pełni rolę gospodarza) i Kristjan Martinsson na fortepianie (zaciąg islandzki, choć rezydencja holenderska). Trzy kwadranse muzyki, powstałej pod koniec kwietnia tego roku, podzielono na sześć fragmentów, opatrzonych tytułami. Proces twórczy został podsumowany określeniem all music by the musicians.




Przygodę z muzyką In Layers rozpoczynamy bardzo wyważoną, czułą, choć akustycznie nieco drapieżną narracją. Vicente pracuje na intensywnym zadęciu, Govaert nieco kanciastym drummingiem tyczy granice improwizacji, zaś Dos Reis i Martinsson wypełniają przestrzeń koncertową stanowczymi akordami. Muzycy grają bardzo blisko siebie, podszczypując się wzajemnie drobnymi, akustycznymi ornamentami. Fragment drugi należy do zaciągu portugalskiego – Luis i Marcelo pędzą w konwulsyjnym duecie, przy okazji z góry ustalając zasady gry i wskazując, do kogo w tej batalii należeć będzie słowo decydujące. Dołącza piano z delikatnymi preparacjami (jestem tu tylko przejazdem). Akcja toczy się wartko, mamy nawet do czynienia z niezobowiązującą eskalacją hałasu. Prowodyrem marszu ku górze jest ewidentnie trębacz, który tyczy sonorystycznie (what a game!) kierunek wycieczki. Pozostali muzycy dość konwulsyjnie egzystują wedle zasady akcja-reakcja. Eskalacja spotyka nas w sposób zamierzony. Być może ten kwartet bardziej podoba mi się w wolniejszych tempach, być może jednak dyskomfort akustyczny, będący moim udziałem w tym właśnie fragmencie, to sprawka subdoskonałego nagłośnienia w Zaal 100. Ta drobna ambiwalencja nie przeszkadza recenzentowi w docenieniu kunsztu technicznego gitarzysty i kipiącej wyobraźni improwizatorskiej trębacza. Fragment kolejny nie może nie być spokojnym leczeniem ran do burzy. Instrumenty ciężko oddychają, dając przy okazji asumpt do pochylenia się nad udanymi improwizacjami w wolnych tempach. Fragment czwarty rozpoczynamy ochoczo w tempie marszowym. Pianista udanie trzyma ryzy tego marszu, choć po prawdzie jego gra nie ma rewolucyjnego charakteru. Oś tego kwartetu, jego kwintesencja, ma zdecydowanie posmak wiśniowy. Ciekawie rytmizuje narrację Marcelo, gra trochę upalone flamenco, a może to jednak ujarane fado (!). Muzycy zdecydowanie kroczą ku kolejnej eskalacji, a ten orszak szaleńców ciągnie ku koniecznej ekstazie – nie po raz pierwszy – będący w doskonałej formie Luis. Całość uroczo wybrzmi przy wtórze silnie zjednoczonych sił gitary i perkusji. Fragment przedostatni upływa nam na sonorystycznych tarciach, perkusjonalnym polerowaniu powierzchni płaskich i wzajemnych macankach dobrze rozgrzanych już muzyków. Marcelo chyba sięga po smyczek, dając smakowity background dla kolejnego wyśmienitego pasażu trębacza, który w górnych rejestrach czyni cuda. Kristjan akordami nieco tłumi emocje, ale napotyka … akordy Marcelo, którego mają przeciwny grot. Finał staje nam przed oczyma. Kolektyw czterech (w sumie, na tej płycie fragmenty zabawy w podgrupach nie mają miejsca) drepta ku wyciszeniu, co znów stwarza okazję do sonorystycznego popisu na prostym instrumencie dętym, blaszanym. Ostatni dźwięk muzycy łapią stojąc na palcach.



Happy Birthday Marcelo!!! (to dziś)

czwartek, 15 grudnia 2016

El Pricto y sus amigos - Discordian Records Strikes Again!


Barceloński label sieciowy Discordian Records jest na tyle częstym gościem na Trybunie, iż raczej nie wymaga specjalnej introdukcji. Przypomnę jedynie, iż pierwsza opowieść dotycząca wytwórni pojawiła się w poście z 26 marca br. (Iberia va al cielo!). Potem było już z górki, a każdorazowa w tym miejscu obecność Alberta Cirery, Vasco Trilli, czyli El Pricto wiązała się z listowaniem nagrań tejże edytorskiej inicjatywy.

Dziś powracamy do stolicy Katalonii po raz kolejny, by zaprezentować garść niebanalnych nagrań, które w rzadko spotykany sposób łączą muzykę improwizowaną i komponowaną, czerpiąc inspiracje z każdego niemal gatunku muzyki. Być może właśnie, wyniesienie artystycznego eklektyzmu do rangi sztuki jest najważniejszym, jak dotąd, dokonaniem El Pricto i jego licznej grupy przyjaciół z Discordian Records.

Dwóm płytom z dzisiejszego zestawu poświęcimy trochę więcej miejsca, choćby z racji ekscytacji, jakie budzą w głowie Redaktora, pozostałe zaś zaanonsujemy w taki sposób, by w głowach zacnych Czytelników zrodzić pełnokrwisty głód poznawczy.


Kwartet współczesny

Zaczynamy od kwartetu, który już samą swoją nazwą wpisuje się w idiom muzyki współczesnej – Infatuous Chamber (2015). W jego składzie: Johannes Nästesjö – kontrabas, Stefan Pöntinen – skrzypce, Luiz Rocha – klarnet basowy i klarnet, El Pricto – saksofon altowy i klarnet. Muzyka powstała w okolicznościach studyjnych w czerwcu 2014r., podzielona została na jedenaście części i trwa niewiele ponad 40 minut. Dwie z tychże części określone zostały jako kompozycje (autorstwa kontrabasisty), pozostałe zaś funkcjonują jako all music by the musicians.




Początek nagrania podany zostaje przez wszystkich muzyków unisono, stanowiąc próbę zasygnalizowania zgrabnego tematu. Już po chwili udanie przepoczwarza się on w kolektywną improwizację, która szybko osiąga stan twórczego zamętu. Kwartet funkcjonuje dwubiegunowo, trochę na zasadzie konstruktywnej opozycji dęciaki vs. strunowce. Dźwięki są drapieżne, ale nie brakuje sonorystycznej zadumy i konfrontacyjnego what ever. Jesteśmy w środku, jak najbardziej współczesnego tygla tłumionych emocji, ale krew krąży nam w żyłach w tempie ponadnormatywnym, jakbyśmy byli częścią ścieżki dźwiękowej do manierycznego horroru o leniwych wampirach. Narracja gęstnieje, atakują nas pyskówki niezdyscyplinowanych instrumentalistów, niczym feeria ekscytujących brzmień pozytywnej, akustycznej histerii. Opowieści mają krótki, zwarty i czytelny charakter. Jeśli saksofon i klarnet wchodzą w bardziej dynamiczny dyskurs z kontrabasem i skrzypcami, to jedynie na warunkach tych drugich. We fragmencie szóstym natrafiamy na twardy, wręcz jazzowy walking kontrabasu, który kontrapunktowany jest kardynalną, acz molekularną improwizacją trójki pozostałych instrumentów. Tuż potem, na głowy spada nam piękny, wyważony pasaż dźwiękowy, podawany konwulsyjnym czterogłosem. Filharmonia płonie, z zagubionym w pętli czasu saksofonem. Kolejny trakt walkingowy kontrabasu wytycza nowe ramy tej karkołomnej historii, stworzonej dla wielbicieli chamber music, którzy utknęli w korku, w drodze na kolejny nikomu niepotrzebny spektakl. Ten pasus dla mniej wymagających, puentuje głośna pyskówka dęciaków, które na schodach wielkiego gmachu koncertowego, oczekują na odbiór biletu na koncert, który może się nie odbyć. Ujmujące piękno finałowych dźwięków, dobitnie trawestują głosy samych muzyków, którzy zwinnie komentują wyczyny kwartetu. Być może – w tych okolicznościach – chcieliby zaśpiewać, ale ewidentnie nie wypada. Muzyka, dla której znalezienie klucza poznawczego jest równie prawdopodobne, jak orgazm dziewicy, kończy się oczywistym wybrzmieniem, które implikuje w naszych uszach błaganie o ciąg dalszy. Beautiful! Chamber can fly!


Okręt flagowy

O najnowszej produkcji Discordian Community Ensemble - Contrast/Movement - pisaliśmy całkiem niedawno i były to czerstwe słowa zdrowego zachwytu. Dziś sięgnijmy po starsze nagranie ansamblu Desertio Impecable Vol. 1 (2013). Nazwa formacji sugeruje jej istotną pozycję w katalogu wytwórni, sama zaś muzyka konstytuuje ów oczywisty fakt, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Nagranie powstałe w trakcie kilku studyjnych sesji firmuje oktet muzyków. Połowę składu stanowią instrumenty dęte: Natsuko Sugao i Pol Padrós – trąbki, Tom Chant – saksofon tenorowy i Don Malfon – saksofon barytonowy. Rozbudowana sekcja rytmiczna, to Pablo Rega – gitara elektryczna, Núria Andorrà - marimba i Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia. Składu muzyków dopełnia, dysponujący operowym głosem (tenor? baryton?) Iván García. To jednak nie koniec podmiotu wykonawczego. Po jednym fragmencie skomponowali i podjęli się roli dyrygenta - Owen Kilfeather i Xesc Llompart, zaś trzykrotnie w tychże rolach wystąpił El Pricto.




Kompozycja startowa raczy nas smakowitym, orkiestrowym wprowadzeniem, który natychmiast (!) gwałci sonorystyczny tygiel ekspresyjnych dźwięków, które istotnie łechtają receptory przyjemności recenzenta. Po wytłumieniu emocji, muzycy znów zwinnie tańczą wokół zapisów pięciolinii, by przy pierwszej nadarzającej się okazji, uciec w dość wąską uliczkę kolektywnej improwizacji. Fragment kolejny donośnym głosem intonuje śpiewak, który korzystając z poetyckiego libretto (autor do wglądu w redakcji), ochoczo komentuje popisy instrumentalistów. Ci zaś, zespoleni w twórczym chaosie sytuacyjnym, porządkowanym dyrektywami kompozytora wprost z zapisu nutowego, grymaszą, tarmoszą się wzajemnie, a poziom ich niesubordynacji przekracza od wielu już chwil dopuszczalne normy. Ta ognista opera bez garniturów trwa w najlepsze, a największym łobuzem zdaje się być Rega na gitarze elektrycznej, który pojedynczymi akordami sieje ferment poznawczy. Kompozycja kolejna próbuje trzymać fason i łagodzić obyczaje, co dałoby efekt finalny, gdyby nie … gitara Regi, która jest w nastroju do hałasowania. Do gry wchodzi Trilla i swoją perkusją przywołuje wszystkich do porządku. Inspiruje pozostałych muzyków do szukania w jego konstruktywnej grze, dramatycznych punktów zaczepienia. Oktet (tu: septet, głos bowiem milczy) puentuje to sonorystycznym wybrzmieniem, subtelnymi macankami, w udanej formule free improv. Powraca tenor/baryton i zaprasza nas na zwiedzanie … biblioteki! Zginęlibyśmy w odmętach współczesnej kameralistyki, gdyby nie nasze wspaniałe koło ratunkowe (Rega!!!). Dęciaki delikatnie eskalują, muzyka nabiera niepokojącego drive’u (Trilla!!!), a w oddali czai się już konstruktywna, głośna i ekspresyjna kulminacja. Jej finał wieńczy ugrzeczniony fragment z pięciolinii, który nie trwa jednak zbyt długo, bo separatystyczne ciągoty wiecznych improwizatorów, drzemiące w doskonałych muzykach, nie pozwalają na banał. Wraca donośny głos i stawia wszystkich na baczność. Gitara (dzięki!) wpada w noisowy szał, dęciaki ociekają potem i wypraszają wokalistę za kulisy. Wreszcie prawdziwy finał – potężne akordy sekcji pełnią tu rolę raczej destymulatora emocji, ale z szyku niespodziewanie wyrywa się marimba, która zaczyna znaczyć teren i eskalować emocje na powrót. Docierają do nas dwa głosy (czyżby saksofoniści? może dyrygent?), które na tle rozchichotanych instrumentów, gonią ku ekscytującemu finałowi. Trafiają na zdecydowaną na wszystko marimbę, która bierze organizację ostatniego dźwięku w swoje ręce. Po ponad trzech kwadransach dopada nas finał, a zaraz potem chęć ogarnięcia całości naszym małym rozumkiem. Oj, będą problemy!

Desertio Impecable posiada ciąg dalszy. Vol. 2 został nagrany kilka miesięcy później, już w składzie sześcioosobowym (El Pricto także w roli instrumentalisty). Jego odsłuch pozostawmy na kolejne spotkanie z dokonaniami DR.


Samotność improwizującego solisty

Odpocznijmy na moment od rozbudowanych personalnie formacji, stosów nutek na uginających się pod ich ciężarem pulpitach i pełnokrwistych metafor recenzenta. Czas na wskazanie dwóch solowych nagrań w katalogu DR.




Najpierw Ferran Besalduch i jego intrygująco zatytułowany album Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde (2016). Studyjna rejestracja z marca br. przynosi jedenaście zwartych, improwizowanych opowieści na saksofon basowy i sopranino. Zakładam, że literacka inspiracja jest dla wszystkich czytelna, dodam zatem jedynie, iż w roli odpowiedzialnego Dr Jekylla występuje tu najmniejszy z saksofonów, zaś w czarny charakter Pan Hyde’a wciela się saksofon basowy. Instrumenty wykorzystywane są przez muzyka naprzemiennie, tworząc udaną dramaturgicznie i zgrabnie prowadzoną opowieść. Mnie szczególnie do gustu przypadła gra Ferrana na sopranino – zwinna, lisia narracja, wiele bezoddechowych, ekspresyjnych pasaży i smak dobrego pomysłu na improwizowanie. Nie chcę przez to powiedzieć, że fragmenty na saksofonie basowym mniej mnie intrygują. Cała płyta to dawka dalece interesującej muzyki, bazującej na konkretach, nieprzegadana i silnie przykuwająca uwagę. Biorąc pod uwagę młody wiek muzyka (właśnie przekroczył trzydziestkę), przyszłość pod znakiem Ferrana Besalducha może być bardziej niż frapująca.

Trochę na przeciwległym biegunie moich preferencji, umieściłbym solową płytę gitarzysty Diego Caicedo. Muzyk, który świetnie radzi sobie w formule wolnej improwizacji w grupie (patrz: recenzowany na tych łamach album trio RCJ Adeptus Exemptus), ma w katalogu DR incydent solowy na gitarę elektryczną Violencia (1962) (2014). Tytuły poszczególnych fragmentów zdają się być tajemnicze, zawierają bowiem sporo cyfr i jakże istotne dla percepcji tej płyty określenie metal. Tak, tak – solowa płyta Diego to muzyka metalowa, ba! zdecydowanie heavymetalowa. Ponad czterdziestominutowa porcja zgiełku i hałasu z pewnością znajdzie swoją grupę wielbicieli, ale wśród nich zabraknie niżej podpisanego. Ale, choć płyta Caicedo jest dla mnie mało strawna, to również ona dowodzi, iż w diskordiańskiej grupie poszukujących muzyków nie ma artystycznych zahamowań, a każdy pomysł na muzykę bywa tu dogłębnie analizowany i może liczyć na swoje zaistnienie.


Let’s rock and dance!

Skoro jesteśmy przy głośnej, hałaśliwej muzyce, głęboko tkwiącej estetycznie w muzyce rockowej, nie możemy nie zajrzeć na aż trzy płyty, którym do solowego ekscesu Caicedo jest artystycznie dość blisko.




Zacznijmy od Reptilian Mambo. Z tą nazwą zetknęliśmy się na Trybunie całkiem niedawno, gdy recenzowałem najnowszą płytę grupy Mamboree. Teraz sięgamy po znacznie starsze nagranie It’s Peeling Time! (2012). O ile najnowsze dzięcie RM poczynione zostało dość rozbudowanym składem personalnym, o tyle to starsze nagranie firmowane jest jedynie przez kwartet: El Pricto (syntezatory, saksofon altowy), Don Malfon (saksofon barytonowy) i podwójny zestaw perkusyjny, za którym zasiedli – Vasco Trilla i Javier Carmona. Muzykę gramy wg zapisków kompozytorów (nie tylko El Pricto, także dzieła wspólne muzyków), ale w trakcie egzekucji kipi ona feerią barw, emocji i iście diabelskich brzmień. Bazą jest tu rytm (podawany przez syntezator, baryton i dwie jurne perkusje), tematy mają melodię, bogatą instrumentację i odpowiednią dynamikę. Do tańca i do różańca, bez jakichkolwiek zahamowań. Artystyczna bezczelność godna największych mistrzów gatunku (skojarzenie z Prince’em, bardziej estetyczne niż czysto muzyczne, jest jak najbardziej właściwe). Polecam bez dwóch zdań, nawet bardziej niż najnowszą produkcję. It’s Peeling Time! swym brakiem artystycznych komplikacji, unikaniem przepychu brzmieniowego Mamboree, rwie mi trzewia dobitniej i daje czystą, bardzo rockową radość z obcowania ze sobą.

Kreśląc onegdaj na tych łamach sylwetkę artystyczną Vasco Trilli i wskazując źródła doświadczeń i jego muzycznych inspiracji, przywołałem nazwę Filthy Habits Ensemble. To rozbudowana personalnie formacja, dla której ojcem-rozpłodowcem jest zdecydowanie El Pricto (komponuje, dyryguje i gra). Ma w katalogu DR dwa albumy – pierwszy, zawierający intrygujące trawestacje muzyki napisanej przez Igora Strawińskiego - Plays Stravinsky (2013), drugi zaś, oparty już na kompozycjach lidera - Gruesome Routines (2014, nagrania powstały jednak wcześniej, niż te, do pierwszej z nich).




Zabawę w dynamiczne, rockowe reinterpretowanie Strawińskiego firmuje oktet muzyków, w którym obok rozbudowanej sekcji dętej (także Pablo Selnik, Don Malfon, Tom Chant i Natsuko Sugao), mamy pełnokrwistą sekcję rytmiczną z pianem, elektrycznym basem i perkusją. Muzyka kipi pomysłami, jest ekspresyjna i ma twardą, rockową dynamikę. Jeśli miałbym szukać recenzenckiego punktu zaczepienia, dodałbym, że zbytnio obfituje w nieco wodewilową melodykę. Zdecydowanie ciekawsza zdaje się druga z płyt Filthy Habits Ensemble. W składzie subtelne korekty personalne (Agusti Martinez), dochodzi druga gitara basowa (!), a w miejsce piana pojawia się syntezator. Płyta jest zdecydowanie bogatsza instrumentalnie, ciekawiej poszukuje swojego smaku i rytmu, zawiera więcej fragmentów improwizowanych, a na każdym kroku kipi pomysłami, stanowiąc czterdziestominutowy wulkan kreacji.


Sin Anestesia

Zostawmy rockowy sztafaż i wróćmy do akustycznych dźwięków instrumentów dętych, drewnianych. Przed nami wyjątkowa formacja Sin Anestesia, która składa się instrumentalnie prawie wyłącznie z saksofonów.

Pierwszy krążek SA omówiliśmy już kiedyś na tej stronie. Intervención Mecánica, zagrany przez dziesięć saksofonów pod dyrygenckim okiem El Pricto, zebrał wówczas grad oklasków. Dziś sięgnijmy po dwie kolejne płyty. Pierwsza z nich - H+ (2012) – powstała także w tentecie, jednak zamiast jednego saksofonu odnajdujemy tu naszego ulubionego perkusistę z Barcelony, czyli Vasco Trillę. Płyta zawiera sześć niedługich opowieści, z których trzy skomponował El Pricto, jedna jest swobodną improwizacją (!), zaś dwie ostatnie określone zostały jako dyrygowana improwizacja. Piękno tych saksofonowych symfonii jest upiorne, ewidentnie czyste i niezaprzeczalne. Melodyjny finał kopie rowy pod każdym przejawem artystycznego defetyzmu. Wcześniej do naszych uszu dociera także kompozycja Reptilian Mambo, którą poznaliśmy już w prawdziwie heavymetalowej interpretacji.




Nie mniej smakowite jest inne wydawnictwo Sin Anestesia The Transdimensional Seduction Handbook (2014). Na liście obecności ponownie dziewięć instrumentów dętych, które w żmudnym procesie improwizacji, na bazie udanych kompozycji (co za melodie!), głównie autorstwa El Pricto, wspomaga Ildefons Alonso na perkusji i wibrafonie oraz jego koleżanka Nuria Andorra - na marimbie i perkusjonaliach. Mimo zapewne precyzyjnego zapisu kompozytorskiegp, muzyka formacji bazuje na saksofonowych improwizacjach, głównie tyczonych zwartym, kolektywnym wielodźwiękiem (piękne harmonie!), narracją prowadzoną w spokojnym i odpowiedzialnym tempie.


****


Ważna informcja dla tych, którzy stykają się z muzyką Discordian Records po raz pierwszy. Płyty wytwórni nie mają fizycznego nośnika. Są dostępne na bandcamp.com, do kupienia w plikach audio lub pełnego odsłuchu w streamingu. Jeśli wyjątkowo jakaś pozycja katalogowa została wydana na CD, to stało się to jedynie z woli i tudzież kosztów samych muzyków.